Geoblog.pl    louis    Podróże    Hiszpania - Santander    Hiszpania - Santander
Zwiń mapę
2018
10
paź

Hiszpania - Santander

 
Hiszpania
Hiszpania, Santander
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 0 km
 
Przypominam – właśnie wyszliśmy z Sekondi w Ghanie i zmierzamy już w kierunku Europy. Naszym pierwszym portem w drodze powrotnej do kraju miało być Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich, gdzie mieliśmy jedynie zatankować paliwo i pognać dalej do Europy Zachodniej – najpierw do Antwerpii, a potem do Holandii i Niemiec – jednakże podczas tego przelotu zdarzyło się coś, co spowodowało naszą kilkudniową dewiację z trasy, zmuszając nas do całkowicie niespodziewanego zawinięcia do hiszpańskiego Santander.
Cóż takiego to było? Ależ oczywiście, że pożar naszej rybnej mączki w jednej z ładowni, bo przecież właśnie o takim zagrożeniu już w rozdziale o namibijskim Walvis Bay pisałem, no nie..? Cały ten towar był bowiem w swej masie dość poważnie zamoczony, skoro ładowano nam go podczas opadów deszczu, a jeszcze wcześniej także był na otwartym pokładzie polskich trawlerów składowany, gdzie był nieustannie na kolejne zamoknięcia narażany, toteż teraz – po około trzech tygodniach swobodnego „zaparzania się” w zamkniętych Lower Holdach naszych ładowni – miał już pełne prawo do samoistnego zapalenia się. A jeżeli to prawo już miał, to... się zapalił, i tyle.
A fakt ten odkryliśmy tuż przed naszym zawinięciem do Las Palmas, kiedy to o świcie poczuliśmy nagle niezwykle przykrą dla nozdrzy woń – takiej jakby spalenizny pomieszanej ze smrodem ryb. Dobiegała ona do nadbudówki od strony dziobu, najwyraźniej wydobywając się z którejś z naszych przednich ładowni, toteż od razu domyśliliśmy się w czym rzecz. Ot, po prostu, gdzieś nasza mączka się zapaliła, a wysłany tam natychmiast na przeszpiegi Wachtowy Marynarz ten fakt wkrótce potwierdził, po tym swoim rekonesansie meldując, iż zapach ten pochodzi z ładowni numer trzy. Tak więc wątpliwości nie było już żadnych – mamy pożar mączki w ładowni i natychmiast należało przyjąć to do wiadomości.
No tak, wszystko jasne, tylko że jego ugaszenie w naszej sytuacji było... zupełnie niemożliwe. A to z tej przyczyny, że przecież ta mączka – jako ładunek pakowany nam w pierwszej kolejności w Walvis Bay, dużo wcześniej niż te późniejsze logi – znajdował się na samym dnie każdej z ładowni, czyli w ich Lower Holdach, natomiast te drzewne pnie zajmowały wszystkie Międzypokłady. A to oczywiście dostęp do mączki zupełnie uniemożliwiało, bo przecież prowadzące do Lower Holdów pokrywy Międzypokładów były tymi logami całkowicie przywalone. Zatem bez ich wcześniejszego wyładowania dostanie się do rejonu pożaru było absolutnie niewykonalne.
Dlatego też kapitan bezzwłocznie nasze szczecińskie biura o tym poinformował, dostając stamtąd polecenie zawinięcia do Santander, gdzie logi z tego Międzypokładu się wyładuje, Lower Hold otworzy, aby potem ten pożar natychmiast ugasić. Póki co jednak nie mieliśmy faktu tej awarii na czas naszego bunkrowania w Las Palmas ujawniać – oczywiście dlatego, aby uniknąć tam niepotrzebnych kłopotów lub nawet doświadczyć... odmowy tankowania nam paliwa (wszak któż to widział, aby wlewano paliwo na statek, na którym jest pożar!!!?) – by dopiero po opuszczeniu tego portu z maksymalną prędkością pognać do wspomnianego Santander.
No dobra, polecenie to było bardzo wyraźne, tylko że... jak tu do cholery ukryć ten paskudny zapach tlącej się mączki, skoro ten smród był rzeczywiście bardzo intensywny, a jeszcze na dodatek wydawał się wręcz wszechogarniający? Owszem, zrobimy wszystko co tylko w naszej mocy, aby się z nim w jak największym stopniu uporać, ale on i tak całkowicie się ze statku przegnać nie da, nawet po najdokładniejszym uszczelnieniu tej ładowni, bowiem ów smrodek był naprawdę wprost nieziemski..! Komuś, którego nozdrza kiedyś już tej „atrakcji” doświadczyły, tłumaczyć tego nie muszę, spodziewam się jednakże, iż większości z was na pewno jeszcze nigdy w życiu dane to nie było, prawda..?
Spieszę zatem z wyjaśnieniem, że owa woń nie tylko że już sama w sobie jest wręcz przeokropna, bo przecież chyba nie ma niczego gorszego niż palące się ryby, ale jeszcze dodatkowo łudząco przypomina taki typowy... trupi zapach! Tak, napisałem „typowy” (być może niezbyt trafnie, ale akurat tak mi się to skojarzyło), jako że mając już kilkukrotnie w życiu okazję tego potworeństwa powąchać, właśnie w taki sposób bym to określił – trupi zapach.
Moi drodzy, dobrze sobie zdaję sprawę z tego, że zabrzmiało to jednak co nieco dziwnie – ba, dla czytelników tych słów poniekąd nawet... odstraszająco – ale, gdybyście jednak mieli okazję tego syfa się nawąchać, tak jak ja wtedy, to z całą pewnością pod tymi moimi powyższymi słowami byście się podpisali – i zapewne obiema rękoma. Tak, albowiem oprócz tego, że zapach palącej się rybnej mączki jest wprost nie do zniesienia, to jeszcze na dokładkę jest on wielce „agresywny”, wciskając się we wszystkie możliwe zakamarki, z których potem szalenie trudno go wywietrzyć.
Ha, mało tego, ta jego „agresywność” polega również i na tym, że z wielu miejsc, w których tenże zapaszek zdążył się już „zadomowić”, nie daje się on wygonić w ogóle! Ot, na przykład z wszelakich rodzajów tkanin, które nim przesiąkły, bo nawet ich późniejsze wielokrotne pranie zupełnie nic nie pomaga. Tak, niestety, kiedy na przykład jakieś bawełniane koszulki „złapały” woń dymu tlącej się rybnej mączki, to po tym doświadczeniu nadają się już tylko i wyłącznie do wywalenia, bo przecież raczej nikt nie chciałby paradować w ciuchach, które śmierdzą na odległość! Ba, i to jak śmierdzą! Trupem..! Tfu!
Dlatego też wielu z nas, kiedy tylko się w sytuacji zorientowaliśmy, natychmiast popakowało rzeczy w szczelnie pozamykane plastikowe worki, te osoby natomiast, które tego zaniedbały lub się z tą czynnością po prostu spóźniły, potem większość swoich ciuchów mogła już tylko wywalać za burtę. Ja na szczęście wszystkie swoje rzeczy zdążyłem w porę odpowiednio zabezpieczyć, więc żadnych strat w tej materii nie poniosłem, pozbywając się później jedynie kilku prawie całkowicie już znoszonych ciuchów i roboczego kombinezonu, które wcześniej zupełnie świadomie na „rozkurz” przeznaczyłem, ale byli w naszej załodze tacy ludzie, którzy ponieśli naprawdę dość spore straty. Musieli bowiem wyrzucać... nawet i świeżo zakupione jeansowe spodnie lub całkowicie nowiutkie, nabyte w Kongo sukienki i bluzki dla żon! Ale cóż, skoro się zagapili, to potem mieli za swoje, ot co.
A zatem, po lekturze kilku powyższych akapitów zapewne już podejrzewacie co znaczyło dla nas polecenie ukrycia faktu tego pożaru przed oficjelami w Las Palmas, prawda..? Ot, było to coś z gatunku tzw. „misions impossible”, jako że wywietrzenie tego pierdo*onego zapachu wcale takim łatwym zadaniem nie było, o nie. Jak bowiem mogliśmy całkowicie uszczelnić tę ładownię, skoro do wielu prowadzących do niej otworów nawet dostępu nie mieliśmy? Owszem, natychmiast pozasuwaliśmy wszystkie wentylacyjne klapy, dokładnie zamknęliśmy wejściowe włazy, szczelnie pozaklejaliśmy specjalnymi taśmami wszystkie szpary pomiędzy ładownianymi pokrywami, ale to i tak wciąż jeszcze było za mało, jako że część dymu już wcześniej zdążyła się na zewnątrz ładowni wydostać, bezceremonialnie się w naszej nadbudówce „rozgaszczając”. Naturalnie nieustannie ją wietrzyliśmy, ale pożądanego efektu w 100% uzyskać i tak się nie dało.
Ot, smrodek jak był, tak sobie nadal u nas egzystował, choć oczywiście był on już trochę mniejszy. Jednakże, na szczęście, całe bunkrowanie w Las Palmas przebiegło bez żadnych kłopotów, bo absolutnie nikt z hiszpańskiej obsługi zbytnio się tym smrodem nie zainteresował, zaś na pytania skąd on w ogóle pochodzi, grzecznie odpowiadaliśmy, że... jest to normalny zapach rybnej mączki, co oczywiście nam też niezmiernie przeszkadza. Ot, czekamy ze zniecierpliwieniem, aby ją wreszcie dowieźć do portu przeznaczenia, póki co dzielnie go znosząc, bo przecież taki jest los marynarza, i tyle. Wszak nie zawsze wozi się pięknie pachnącą wanilię, cynamon czy kawę. Ot, co...
W tym miejscu ktoś znający się na Żegludze mógłby mi zadać pytanie, dlaczego pożar w Lower Holdzie którejkolwiek z ładowni nie mógł być przez nas samych ugaszony, skoro z reguły statki wyposażone są w specjalne systemy gaśnicze z użyciem Dwutlenku Węgla, przy pomocy których dość łatwo można się z takim kłopotem uporać..? Ot, bo po prostu taką ładownię w tym wypadku się uszczelnia, a potem wpuszcza do niej odpowiednią ilość gazu z butli znajdujących się w tzw. Stacji CO2, który to gaz prawie natychmiast taki pożar zadusza. Dlaczego więc tego nie robiliśmy..?
No cóż, z bardzo prostego powodu – otóż, powyżej napisałem, że statki są „z reguły” w taki system wyposażone, tyle że akurat ten nasz miał takowy system dostosowany tylko i wyłącznie do gaszenia ewentualnego pożaru w Maszynowni, natomiast w żadnej z ładowni już niestety nie – one już przez CO2 bronione nie były. Tak więc ta wredna mączka nam się w ładowni zapaliła, a my wobec tego wydarzenia byliśmy zupełnie bezradni, bo w żaden sposób swoimi własnymi środkami jej ugasić nie mogliśmy. Ot, mogliśmy co najwyżej ją... obwąchiwać!
O, no i właśnie z tego powodu znaleźliśmy się w Santader, do którego oczywiście najserdeczniej was teraz zapraszam...


SANTANDER - Hiszpania - Marzec 1987

A zatem zupełnie niespodziewanie – z powodu pożaru w jednej z naszych ładowni (wielkie ci dzięki, kochany losie!) – zaglądamy do przepięknej stolicy hiszpańskiej Kantabrii, prowincji leżącej na północy tegoż kraju. Trafiła się więc nam wspaniała okazja zwiedzenia tego miasta, którą – co oczywiste, bo jakżeby inaczej? – ja osobiście w pełni wykorzystałem. Jednakże o tym spacerku opowiem nieco później, bo przecież najpierw musimy zająć się tą najważniejszą wówczas sprawą, czyli tym pożarem właśnie.
Cumujemy, na statek przychodzi Wejściowa Odprawa w sile czterech lokalnych urzędników, chwilkę potem zjawiają się portowi robotnicy do wyładunku logów, my im szybko tę objętą pożarem ładownię otwieramy, więc rzeczony rozładunek bez żadnej zwłoki się rozpoczyna. Wszak czas nagli, albowiem pochodzącego z tej tlącej się mączki dymu jest z czasem coraz to więcej i więcej. Towarzyszy mu oczywiście ten wspomniany paskudny zapach, ale akurat to miejscowym stevedorom już zbytnio nie przeszkadzało, jako że nosili oni wszyscy specjalnego typu przeciwgazowe maski.
Wszystko zatem od razu ruszyło „jak z kopyta”, tylko – no cóż, jak pech to pech – prawie natychmiast pojawił się dość poważny problem, ponieważ wraz z wydobywającym się na nowo na zewnątrz dymem, równocześnie pojawiły się na górnym pokładzie także i... nasze szczury! Wszak chyba jeszcze nie zapomnieliście tego, że wsiadły nam one na statek w ghańskim Takoradi, bezceremonialnie się u nas rozgaszczając, prawda..? Pamiętacie na pewno, toteż teraz spieszę z informacją, iż te bydlęta – które dotychczas gdzieś tam sobie grzecznie pod pokładem lub w ładowniach siedziały, póki co zupełnie się nam nie naprzykrzając – teraz już gremialnie swoją obecnością nam się pochwaliły, w popłochu przed tym dymem na górne otwarte pokłady ze swoich dotychczasowych kryjówek uciekając.
Lecz – co gorsza – rzuciły się one w oczy także i portowym robotnikom (jak ich zresztą można było nie zauważyć, skoro nie były to jakieś pojedyncze sztuki, lecz od razu całe ich kilkunastoosobnikowe stadko..?), którzy natychmiast odpowiednich urzędników nam na statek sprowadzili. Byli to jacyś funkcjonariusze miejscowych służb sanitarnych, którzy od razu swoją inspekcję rozpoczęli, zaś po około godzinie pojawili się w biurze Kapitana – rzecz jasna już ze sporządzonymi i gotowymi do podpisu dokumentami, którymi były ich pokontrolne ustalenia oraz zalecenia dalszego działania.
Tak więc, jakie to były zalecenia (czytaj: nakazy, bo przecież w tej sytuacji statek żadnego wyboru nie miał, musząc bezwzględnie je wykonać)..? – zapytacie. Otóż, co do samej obecności szczurów na statku na szczęście ci oficjele niespecjalnie się do nas przyczepiali, jako że... No cóż, wtedy były jeszcze takie czasy, że akurat ten problem dotyczył aż tak dużej ilości statków, że tymczasowe posiadanie tych gryzoni na swoich pokładach (bo one po prostu sobie „gdzieś tam w świecie” na dany statek wsiadły i do czasu ich wytępienia zupełnie swobodnie sobie po nim grasowały) bywało wszędzie tak powszechne, że to nawet nikogo specjalnie nie dziwiło. Ot – po prostu – póki one są to są, choć oczywiście tylko do czasu przeprowadzenia gruntownej na takiej jednostce deratyzacji.
Sęk był zatem jedynie w tym, że kiedy taki zaszczurzony statek w jakimś porcie się pojawiał, a fakt ten został w jakiś sposób ujawniony, to wtedy władze tego portu natychmiast podejmowały odpowiednie kroki zaradcze, ażeby te gryzonie w żadnym razie na ich teren się nie przedostały. To znaczy, owszem, ten pechowy zaszczurzony statek żadnej przymusowej deratyzacji ani kwarantannie nie podlegał, ale musiał w sposób skuteczny zapobiec ewentualności „wysiadki” tychże bydlaków na keję – czyli w żadnym wypadku nie dopuszczać do przerzucenia tego kłopotu z siebie na barki portu, w którym akurat cumuje. Zatem, krótko mówiąc, statek miał uczynić wszystko, aby tego problemu nikomu innemu nie „sprzedawać”, ale nadal utrzymywać go na swoim własnym pokładzie.
Moi drodzy, właśnie takie w tej kwestii zasady – choć trzeba przyznać, że jednak co nieco dziwaczne – były w tamtych czasach (czyli w czasach jeszcze normalnego marynarstwa) dość powszechne, można by nawet rzec, iż najpopularniejsze. W czasach obecnych natomiast wygląda to już zupełnie inaczej, ponieważ – po pierwsze: liczba statków, które miały pecha „dorobić się” szczurzego towarzystwa radykalnie spadła, więc i problemy z ich zwalczaniem na wielu jednostkach już same z siebie się porozwiązywały, po drugie zaś: jeżeli nawet jakiś statek z tymi gryzoniami na pokładzie zostanie gdzieś przyłapany, to wówczas jest on z reguły natychmiast w porcie zaaresztowywany, podlegając na swój własny koszt przymusowej deratyzacji, którą przeprowadzają wyspecjalizowane w tym względzie lokalne firmy.
No tak, ale nie pora teraz nawiązywać do panujących w tej materii zwyczajów w obecnej dobie Światowej Żeglugi, bo przecież my w naszych opowieściach jesteśmy teraz w Marcu roku 1987, czyli w czasach, kiedy władze większości portów na świecie jeszcze się statków nadmiernie nie czepiały – i to nie tylko samych marynarzy, ale i nawet szczurzych towarzyszów ich morskiej niedoli. Tak, bo jeszcze wtedy morski świat był całkiem normalny, zupełnie odmienny od tego dzisiejszego, kiedy to my, marynarze, mamy czasami takie wrażenie, że przez tych wszystkich portowych darmozjadów traktowani jesteśmy... już prawie na równi z tymi gryzoniami, ot co..! Jak i również – co oczywiste, bo jakżeżby inaczej? – we wszystkim winni jesteśmy tylko i wyłącznie my, nigdy strona portowa.
Ale wracajmy już do Santander, bowiem wizytująca wtedy nasz statek sanitarna komisja właśnie pracowicie spisała swoje wnioski, z którymi teraz w kabinie Kapitana się pojawiła. Zatem, jakie nam wówczas rozwiązanie tego problemu nakazano..? Otóż, nasz statek został bezwzględnie zobowiązany do natychmiastowego zakupu nowych ratgardów – specjalnego zresztą typu (bo dużo większych, masywniejszych oraz jakimś świństwem wysmarowanych) – które od razu na wszystkich naszych cumach miały być założone, pozostając tam aż do naszego wyjścia w morze. Czyli sprawa dla portowych oficjeli była absolutnie jasna – nie pozwolić szczurom wysiąść na ląd, i tyle.

Koniec „szczurzego tematu”, czas już przejść do wątków następnych, lecz o tym dopiero w odcinku następnym...
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
louis
louis Lewandowski
zwiedził 57.5% świata (115 państw)
Zasoby: 353 wpisy353 43 komentarze43 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
16.12.2018 - 16.12.2018
 
 
16.12.2018 - 16.12.2018
 
 
16.12.2018 - 16.12.2018