Geoblog.pl    louis    Podróże    Hiszpania - Santander    Hiszpania - Santander-2 (ostatni)
Zwiń mapę
2018
10
paź

Hiszpania - Santander-2 (ostatni)

 
Hiszpania
Hiszpania, Santander
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 0 km
 
Odcinek drugi, zaczynamy...

Wyładunek wszystkich logów ze znajdującego się ponad tą palącą się mączką Międzypokładu miał potrwać aż dwie pełne stevedorskie zmiany – to znaczy, około 16 godzin – toteż czasu na wyprawę do miasta miałem naprawdę dosyć sporo, co zresztą w pełni wykorzystałem, jako że akurat wtedy żadna służba na pokładzie mi nie przypadała. Byłem więc wolny jak ptak, „wyfruwając” ze statku na zwiedzanie Santander natychmiast po otrzymaniu do ręki przepustki.
A zatem, moi drodzy, zaczynam teraz moją kolejną „chwalbę” pod tytułem: „czegóż to ja ciekawego w tym mieście nie widziałem, i czegóż to nie przeżyłem”, natomiast wy... No cóż, musicie teraz uzbroić się w cierpliwość, dzielnie te moje kolejne przechwałki znosząc, lub też – co zapewne również byłoby dla was wcale niezłym wyjściem, jednak... błagam, akurat tego nie róbcie! – te poniższe traktujące o mojej długiej wycieczce po Santander kilkanaście akapitów całkowicie pominąć. Tak więc czym prędzej nad wyborem którejkolwiek z tych opcji się zastanówcie, albowiem ja... już tę moją „chwalbę” rozpoczynam.
„Wyfrunąłem” więc na miasto i... O właśnie – jak sądzicie, od czego zwiedzanie tego miasta rozpocząłem..? No, kto odgadnie, dokąd moje pierwsze kroki skierowałem..? Ależ oczywiście, nikt z was w swoich przypuszczeniach się nie pomylił – ot, wiadoma rzecz, najpierw pognałem w kierunku tutejszej Katedry, bo przecież wy już dobrze wiecie, że zwiedzanie żadnego nowego miasta bez tego „punktu programu” obyć się nie może, nieprawdaż..? Nie i już! A zatem...
Kiedy do tej Katedry dotarłem, od razu do jej zwiedzania się przymierzając, pierwszym co natychmiast rzuciło mi się w oczy był... pewien dysonas w jej opisie, który znalazłem w lokalnym turystycznym przewodniku oraz w opisie znajdującym się... na stojącej tuż obok jej głównego wejścia informacyjnej tablicy. Tak, bo wyobraźcie sobie, że wypisano na niej, iż architektonicznym stylem tej Katedry jest gotyk, gdy tymczasem na turystycznej ulotce „stojało jak wół”, że jest to Katedra Romańska! Według mojej skromnej w tej dziedzinie wiedzy, zdecydowaną rację przyznałbym tej ulotce, jako że z tzw. „strzelistym” gotykiem ta Katedra jednak zupełnie nic wspólnego nie miała (no, może jedynie łuki na wewnętrznym dziedzińcu), natomiast z typowym stylem romańskim, już jak najbardziej.
Skąd zatem brała się ta dziwaczna rozbieżność w dwóch różnych (i oficjalnych przecież!) turystycznych informacjach – czyżby sami Hiszpanie nie byli co do tego zgodni..? No owszem, gdyby chodziło tylko o moje własne osobiste odczucia i wrażenia, to oczywiście można by je zupełnie zignorować (wszak spec ze mnie w tej materii żaden), ale tam naprawdę właśnie tak było napisane – w przewodniku była to Katedra romańska, natomiast na tej tablicy... gotycka, i już. No, przyznam uczciwie, że akurat to niezmiernie mnie zdziwiło, zwłaszcza że o żadnej mojej pomyłce nawet mowy być nie mogło, jako że widniejące na tej ulotce zdjęcie ze stojącym tuż przede mną trzynastowiecznym „oryginałem” dokładnie się pokrywało – to na pewno była jedna i ta sama Świątynia!
No cóż, być może było to tylko wynikiem jakiejś chwilowej „silnej słabości” któregoś z autorów tych źródeł, który się po prostu w czymś pomylił – co jednakże nie zmieniało faktu, iż... ta Katedra naprawdę była wprost przepiękna. Niewielka, ale jednak bardzo ładna – wręcz majestatyczna – a urzekał mnie zwłaszcza jej doskonale do naszych czasów zachowany dziedziniec. Przypominał on bowiem takie jakby... niewielkie „podwórko-studnię” (dziwne to trochę, ale jednak!), otoczone kilkumetrowej wysokości murami, w których znajdowały się wspomniane powyżej łukowate (gotyckie?) wejścia do okalających je „sionek-korytarzyków”. Kiedy więc wewnątrz tego specyficznego „pasażu” powiedziało się coś głośniej (ba, można było nawet i coś jedynie wyszeptać, a efekt i tak był ten sam), to echo tych słów dobiegało zewsząd nie jednorazowo, ale w sposób niejako „ciągły” przez dobre kilkanaście sekund!
Tak, moi drodzy, ja wcale nie „ściemniam”, bo właśnie takie zjawisko tam następowało – wielokrotne odbicie każdego dźwięku, który powracał ze wszystkich stron w formie prawie w ogóle nie zmienionej! Jeśli zatem powiedziało się tam półgłosem, na przykład: „echo, echo, echo”, to do ucha jego „nadawcy” powracało nie jakieś tam „..ho, ..ho, ..ho”, ale właśnie „echo, echo, echo” – tak wyraźne, że aż ciarki po plecach przechodziły..! Serio, jakby ktoś celowo odtwarzał z taśmy dopiero co dokonane nagranie! Czyżby więc właśnie takie były zamierzenia niegdysiejszych budowniczych tej Katedry, czy może jednak takowy efekt wyszedł im jedynie „przy okazji”, zupełnie przypadkowo..? Ha, trudno osądzić, bowiem wzniesiono ją już na początku XIII-go stulecia, kiedy takie architektoniczne „sztuczki” nie były jednak aż tak często w świecie stosowane, jednakże... właśnie tak tam było, i już!
Na zwiedzanie tej Katedry oraz na spacerki po jej terenie poświęciłem w sumie aż ponad dwie godziny, wcale zresztą tego czasu nie uznając za stracony. Nie, bowiem w niej naprawdę było na czym zawiesić oko, zupełnie nie zważając na to, czy ogląda się (hi, hi)... „młody gotyk” czy też... już „przestarzały” styl romański. No dobra, ale dosyć już tych żartów – czas już najwyższy od tego miejsca się odczepić i podążyć gdzieś dalej, bo przecież nie samymi katedrami człowiek (czytaj: turysta) żyje, prawda..?
O właśnie, wszak centrum Santander było rzeczywiście równie interesujące. Miejsce to bowiem zasiedlono już w XII-tym wieku, stwarzając opactwo z roku na rok wciąż rosnące w populacyjną siłę (nazywane ówcześnie Portus Victoriae Iuliobrigensium), stając się wkrótce – rzecz jasna jak na tamte czasy – osadą dość ludną, choć prawa miejskie Santander otrzymało dopiero w roku 1755, nawet pomimo faktu, że już wcześniej swą wielkością znacznie przewyższało wiele innych okolicznych miast i miasteczek, których status i prestiż były jednak wtedy od Santander dużo wyższe.
Dziś miasto to jest stolicą słonecznej Kantabrii, posiadając około 185 tysięcy stałych mieszkańców (tak dla porównania zaznaczę, iż Santander jest zatem takim „naszym” Olsztynem, Toruniem czy Bielsko-Białą, to właśnie ten rząd wielkości), a jego obecna nazwa wywodzi się od imienia Św. Emeteriusza (Sant enter lub z hiszpańska Santos Emeterio), rzymskiego legionisty męczennika ściętego za wiarę, zaś jego głowa – oczywiście według legendy, bowiem żadnych dowodów na to nie ma – znajduje się gdzieś w tym mieście, pozostawiona tutaj jako cenna religijna relikwia.
Spacerując sobie po tutejszym Starym Mieście nie ma się jednak takiego wrażenia jakby w nim czas się zatrzymał – jakby człowiek przeniósł się nagle w czasie, głęboko w Historię, o nie. Ścisłe centrum jest dość nowoczesne, choć oczywiście ślady historii są tu wszechobecne, w sumie jednak niezbyt rzutujące na ogólny wizerunek tego miasta, jako grodu zabytkowego. Owszem, jest ono bardzo ładne, ale tej swoistej atmosfery „majestatycznej starości” jednak w nim nie ma. Jednakże główną przyczyną tego stanu rzeczy była wielka pożoga w roku 1941, kiedy to szalejące w mieście pożary pochłonęły niemal połowę wszystkich zabytków tutejszego Starego Miasta.
Ale za to muzea są tu wręcz prześwietne! Zwłaszcza dwa z nich, które zdążyłem wówczas w Santander odwiedzić i... się nimi pozachwycać! Tak, pozachwycać, jako że one rzeczywiście były doskonale urządzone, nieźle zorganizowane i przede wszystkim ciekawe. Pierwsze z nich to Museo de prehistoria y Arqueologia (czyli Muzeum Prehistorii i Archeologii), w którym prezentowana ilość eksponatów (zwłaszcza z czasów Imperium Rzymskiego) może zwiedzającego je turystę wprost o zawrót głowy przyprawić, bo to rzeczywiście jest w pewnym sensie dość zaskakujące, iż takie zabytkowe bogactwo może się znajdować w, w sumie mało jednak znanym w świecie hiszpańskim mieście. Wszak kudy Santanderowi do Madrytu, Barcelony, Valencji, Bilbao, Saragossy czy Sevilli, których znaczenie jest od niego znacznie większe, prawda..? A jednak zbiory tego Muzeum każdemu turyście bezwzględnie zaimponują.
Tym drugim muzeum natomiast jest... No, któż zgadnie? Ależ oczywiście, że Muzeum Morskie, bo jakżeby inaczej..?! Wszakże w przeciwnym razie w ogóle bym wam takowej „zgaduj-zgaduli” nie urządzał, czyż nie..? Bo przecież, jeśli właśnie ta tematyka jest nie tylko moją profesją, ale i również moim turystycznym „konikiem”, to... czy mogłem Taaakie Muzeum ominąć..? Dyć wiadomo, że nie – toteż na krótką chwilkę do Museo Maritimo również zajrzyjmy.
A cóż takiego ciekawego można w nim zobaczyć..? Ha, przede wszystkim spreparowane szkielety wielorybów (i to kilka ich gatunków, z płetwalem błękitnym na czele) oraz całą masę innych szkieletów i szkielecików rozmaitych ryb, których jest tam podobno aż ponad pięćset gatunków! Są tam także i gablotki z rybkami wypchanymi (które przecież prezentują się jednak dużo lepiej od samych ości), ale akurat ich jest niestety niezbyt wiele, choć oczywiście znacznie te ekspozycje wzbogacające.
A poza tym jest tam również nieco „morskich standardów” – wiele używanych na starych statkach instrumentów nawigacyjnych i narzędzi, jest ekspozycja różnych rodzajów rybackich sieci, modele starych żaglowców, makiety, itd., itp. Czyli ponownie miałem świetną okazję spędzić kolejne dwie godziny mojego zwiedzania Santander w miejscu, w którym naprawdę było na czym oko zawiesić.
No tak, ale pora już wracać na statek, bowiem wyładunek logów ma się już ku końcowi, a ta nasza wredna mączka przecież ciągle się w naszej ładowni pali, czyż nie..? Zatem zbliżał się moment, w którym nareszcie będziemy się mogli do niej dostać i wszelkie zarzewia jej pożaru zagasić. Zgromadziliśmy więc w pobliżu tej ładowni cały potrzebny ku temu sprzęt i z ogromnym zniecierpliwieniem oczekiwaliśmy na „wyrzucenie” z niej ostatniego logu, który dostęp do pokryw Międzypokładu blokował.
A kiedy już to nastąpiło, bezzwłocznie te pokrywy rozsunęliśmy (były one hydrauliczne, sterowane z pokładu głównego, więc nikt nie był zmuszony w tym momencie do nich się zanadto zbliżać), by od razu z wielką ciekawością pod nie „zapuszczać żurawia”, co się tam tak właściwie z tą mączką dzieje. No i natychmiast przekonaliśmy się, że ten pożar rzeczywiście był już dość poważny, jako że tych worków z tlącą się w nich zawartością już na pierwszy rzut oka mogliśmy doliczyć się aż kilkudziesięciu sztuk. Było ich zatem naprawdę dość sporo – zajmowały one bowiem co najmniej 1/3 powierzchni górnej warstwy – co natomiast działo się poniżej nich, to tego póki co oczywiście jeszcze widać nie było – jednakże należało się domyślać, że gdzieś w głębi ładowni jest z tym pożarem znacznie gorzej.
Tak, albowiem spod tych tlących się wierzchnich worków wydobywał się dym jeszcze gęstszy, niźli ten unoszący się na powierzchni, dlatego też od razu stało się jasne, że ognisko samozapłonu znajduje się gdzieś dużo niżej, więc... No cóż, od razu zdaliśmy sobie w pełni sprawę z tego, że już za chwilę czeka nas naprawdę ciężka robota, jako że wyładunek tych zajętych pożarem worków należał już nie do portowych stevedorów z Santander, ale tylko i wyłącznie do załogi statku.
Lokalni robotnicy bowiem mieli tylko zająć się naszymi drzewnymi logami – zarówno ich wyładunkiem, z czego już się wywiązali, jak i ich późniejszym załadunkiem z powrotem na Międzypokład tej samej ładowni – ale to oczywiście dopiero wtedy, kiedy my ten pożar już ugasimy, a potem te spalone worki na naszych górnych otwartych pokładach zgromadzimy. Tak, właśnie w taki sposób mieliśmy z tym towarem postąpić, gdyż jego Odbiorca w Świnoujściu dokładnie takie instrukcje naszemu kapitanowi przekazał – niczego nie wyrzucać, nawet tych worków prawie całkowicie wypalonych, tylko je skrzętnie na pokładzie aż do końca naszej podróży przechowywać. Taka zwęglona mączka bowiem – jak nas wówczas zapewniano – niewiele swoich odżywczych wartości dla hodowlanych zwierząt traci, toteż nawet tę już „wytloną” wciąż jeszcze warto zagospodarować, ponieważ do produkcji karmy i pasz nadal się nadaje.
Ha, skoro tak, no to zaczynamy – starannie rozkładamy na szczycie Lower Holdu tej ładowni specjalne siatki, do których sukcesywnie pakujemy wszystkie zajęte tym pożarem worki, zdejmując ich kolejne warstwy, powolutku w głąb całej tej masy „się wgryzając”. Zatem każdą kolejną pełną już siatkę naszym własnym dźwigiem na górny pokład wyładowywaliśmy, usiłując jakoś równomiernie je tam rozkładać, choć to zadanie wcale łatwe nie było, jako że wszystkie te worki – co oczywiste – były bardzo gorące, co powodowało, iż nawet poprzez grube robocze rękawice nasze dłonie sobie parzyliśmy.
Staraliśmy się więc kontakt z każdym takim workiem ograniczać do absolutnego minimum – ot, aby tylko złapać go jakoś za rogi (czyniąc to rzecz jasna we dwójkę, bo jeden człowiek by temu nie podołał), by jak najszybciej w żądane miejsce go przerzucić. Tam z kolei rozkładaliśmy je wszystkie w taki sposób, aby uzyskać jak najwygodniejszy do nich dostęp, oczywiście na wypadek, gdyby one ponownie uległy samozapaleniu, pomimo tego, że wcześniej – zanim je jeszcze z ładowni wyciągnęliśmy – najpierw obficie „traktowaliśmy” je silnymi strumieniami dwutlenku węgla z naszych przeciwpożarowych gaśnic.
Dzięki temu więc udawało nam się znacznie ten pożar ograniczyć, zdecydowaną większość worków z tlącą się mączką skutecznie ugaszając. No cóż, napisałem „zdecydowaną większość” – a nie, że wszystkie z nich – jako że niestety trafiła się jeszcze pewna ilość takich worków, które się naszej akcji gaśniczej oparły, o czym zresztą przekonaliśmy się dopiero po naszym wyjściu z Santander, kiedy do kontynuowania akcji gaśniczej (ale już na otwartym pokładzie, nie wewnątrz ładowni, bo przecież Międzypokład został ponownie logami przez portowych robotników obładowany) odpowiednich gaśnic już nam zabrakło.
Wieźliśmy zatem z sobą te tlące się nam na pokładzie woreczki z mączką aż do samego Świnoujścia, zupełnie nie mając szansy ich się stamtąd pozbyć, bowiem ów polski Odbiorca sobie tego nie życzył, a nasz Armator na jego żądania przystał. Oddychaliśmy więc przez cały ten czas „pełną piersią” tym przeklętym smrodkiem, nic nie mogąc na to poradzić. O ile więc z Santander wychodziliśmy w morze jeszcze w całkiem niezłych nastrojach, ciesząc się, że się wreszcie tej wątpliwej „atrakcji” choć w pewnym stopniu pozbyliśmy, o tyle później – kiedy już dopływaliśmy do Amsterdamu – znowu nam się humory poważnie zwarzyły, bowiem smród ten do nas powrócił i ani na jotę odpuścić już nam nie chciał. Tfu!

OK., no to tyle o naszej ówczesnej wizycie w Santander, co do dalszego losu naszej palącej się mączki natomiast, to... zapraszam was do lektury kolejnego rozdziału (o niemieckim Nordenham oraz Kanale Kilońskim), z którego wszystkiego na ten temat się dowiecie...
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedził 14% świata (28 państw)
Zasoby: 160 wpisów160 15 komentarzy15 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
21.10.2018 - 21.10.2018
 
 
18.10.2018 - 18.10.2018
 
 
17.10.2018 - 17.10.2018