Geoblog.pl    louis    Podróże    Chile - Valparaiso    Chile - Valparaiso
Zwiń mapę
2018
06
lis

Chile - Valparaiso

 
Chile
Chile, Valparaíso
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 0 km
 
VALPARAISO - Chile - Grudzień 2008

A zatem, moi drodzy, zacumowaliśmy w „Rajskiej Dolinie” (bo Valparaiso „z hiszpańska” właśnie to oznacza) przed południem dnia 1-go Grudnia. Pozostawiliśmy tutaj cały nasz ładunek, który aktualnie na statku posiadaliśmy – czyli ten z Azji do Chile oraz wzięte, tak niedawno przecież, z Lazaro Cardenas i z Puerto Quetzal kontenery do Hong Kongu i Pusan (buuu…) – aby już na pusto wieczorem następnego dnia rzucać nasze „żelazko” na tutejszej redzie.
Rozpoczęliśmy więc nasz trzytygodniowy postój, mający się planowo zakończyć dnia 22-go Grudnia wejściem do sąsiedniego San Antonio po ładunek kontenerów do Stanów Zjednoczonych (grrr…) oraz kolumbijskiej Cartageny.
Tak więc, ta niespodziewana zmiana naszej linii stała się faktem – klamka zapadła. Piszę w taki sposób, bowiem dopóki mieliśmy jeszcze na statku te wspomniane „pudełka” z Meksyku i z Gwatemali do Azji (a było ich w sumie jednak dość sporo – aż ponad 500 sztuk), to wciąż łudziliśmy się, że może jednak do tej zmiany nie dojdzie, że może ta zmiana naszego żeglugowego serwisu jest jeszcze zaledwie w fazie „przymiarki”, więc może jednak nic z tego nie będzie, ale niestety stało się. Nasze złudzenia zostały definitywnie rozwiane, ale chociaż – jak już poprzednio podkreślałem – na osłodę tego stanu rzeczy los podarował nam ten długi postój na kotwicowisku. Zatem, przynajmniej będziemy mieć możliwość dobrze przed tą czekającą nas wkrótce orką wypocząć, zebrać siły oraz… w końcu się z tym naszym pechem pogodzić.
Stoimy więc i… No właśnie, co robimy..? Ano rutynowo – wachty, robota, wachty, robota… Jak to na statku, wiadomo. Z tym że naszego wolnego czasu nie spędzamy już tylko na wgapianiu się w horyzont bezkresnego oceanu, bo przecież teraz statek w bezruchu, ale i również korzystamy ile wlezie z dobrodziejstwa naszej obecności w tym miejscu, codziennie zajmując się wędkowaniem i raz w tygodniu organizując sobie wypady na ląd do centrum Valparaiso podstawianą nam pod burtę wynajętą przez naszego Agenta motorówką. Czyli, jak by na to nie patrzeć, to jednak w sumie nam tutaj źle nie było. Nasze uprzednie narzekania szybko zatem minęły, będąc zastąpionymi przez… ogromną satysfakcję z efektów naszych połowów.
A tak, bo rzeczywiście było się wtedy czym pochwalić. Ryb bowiem nałapaliśmy sobie wówczas takie mnóstwo, że nasze chłodnie dosłownie się nimi zapchały, a z konsumpcją co ciekawszych ich gatunków (których już na zapas sobie nie odkładaliśmy, ale pożeraliśmy je ze smakiem na bieżąco, a jakże!) wręcz nie nadążaliśmy. Ach, w istocie było czym się zajadać – mniam mniam…
Ale oprócz tego urządzaliśmy sobie polowania na wielkie kalmary i kałamarnice, od których zresztą w tych wodach aż się roiło, a które to łowy okazywały się równie obfite jak te rybne. A jeszcze w dodatku wyobraźcie sobie, iż wiele z tych łapanych przez nas kałamarnic osiągało takie rozmiary, że aby je móc w ogóle wytaszczyć z wody na pokład trzeba było wysiłków aż dwóch osób, bo nierzadko jeden pojedynczy człowiek nie dawał sobie z ich ciężarem rady!
Tak tak, to wcale nie żart – trafiały nam się bowiem sztuki ważące nawet i… około 30 kilogramów (!), z tym że mój osobisty rekord w tej dziedzinie to osobnik ważący „tylko te skromne” 16,5 kilograma. Jednakże to i tak jak na moje umiejętności wędkarskie był gigant..! Wyobrażacie więc sobie jak przemiło wypadam ze swą zdobyczą na fotografii, dumnie ją w rękach prezentując..?
Ot, wyglądam równie zacnie, jak – nie przymierzając – jakiś niegdysiejszy kolonialny myśliwy z leżącym u jego stóp właśnie ubitym tygrysem albo lwem..! Ha, co najmniej tak samo, jeśli nawet… nie lepiej, zważywszy na moje dużo skromniejsze możliwości. Ot, alem ci ja rybak, co nie..? A jużci, co tak, z tym że…
Hm, czy też może raczej, akurat w tym wypadku, jakowyś… „kałamarnik”, skoro złapałem wtedy tegoż wielkiego mięczaka..? No tak, ale jednocześnie pozwolę sobie zauważyć, że jeśli nałowiłem wówczas również i dość dużo całkiem przyzwoitych karmazynów i jakiegoś gatunku pacyficznych śledzi (nie wiem jak się one nazywały), a i nawet jednego małego halibutka oraz całkiem sporą doradę, to może jednak pozostańmy już przy tym „rybaku”, dobrze..?
Jednemu z naszych Filipków natomiast udało się któregoś wczesnego poranka złapać na swoją żyłkę samogłowa, z którym jednakże ponad półgodzinna walka okazała się daremna, jako że ta wielgachna ryba w końcu mu się wraz z haczykiem zerwała, w otmęty oceanu czym prędzej powracając (ale patos!), chociaż próbowało ją na pokład wciągać… aż czterech ludzi jednocześnie!
Ale niestety, ciężar tego giganta okazał się jednak zbyt wielki, więc naszym chłopakom po prostu ta sztuka się nie powiodła. Ale przynajmniej choć przez chwilę miałem wtedy okazję się tej specyficznej „rybce” przyjrzeć i muszę stwierdzić, że ona rzeczywiście robi wrażenie. Nie dosyć bowiem, że przedstawiciele tego gatunku potrafią podobno dorastać nawet i… do kilku ton (uczciwie jednak przyznaję, że nie za bardzo w to wierzę), to jeszcze oprócz swych budzących słuszny podziw rozmiarów, wyglądają jak jakiś dziwaczny… „żywy dysk”. No tak, ale właśnie dlatego zwie się „to-to” samogłowem, czyż nie? Bo przecież ma cielsko złożone wyłącznie z dużego okrągłego i płaskiego łba…
Jak zatem sami widzicie, nasze ówczesne rybackie „osiągi” były całkiem do rzeczy, więc czas na tym kotwicowisku nam się nie dłużył, a jeszcze dodatkowo wszystko to odbywało się w przepięknej scenerii tutejszych „okoliczności przyrody”. Tak, bowiem widoki, które można było podziwiać z redy Valparaiso, są rzeczywiście boskie.
Ot, wystarczy powiedzieć, że widać stąd – i to nawet wcale nieźle – pasmo pięknych Andów (choć o tej porze roku niestety niezbyt mocno ośnieżonych, wszak tu lato), w dodatku jeszcze z ich najwyższym szczytem Aconcaguą, który to wulkan zresztą („stoi” w encyklopedii, że to wulkan, więc tak wam to przekazuję) leży już po argentyńskiej stronie tych gór. Wyobrażacie więc sobie jaka „ściana” nieomal przed naszymi oczyma tam się rozciągała i z jak daleka w ogóle była ona widoczna..? Uczta dla oczu, wierzcie mi…
A sama Aconcagua..? Nnnno, to przecież najwyższy szczyt całej Południowej Ameryki, liczący sobie aż 6940 m n.p.m. – choć encyklopedia BŁĘDNIE (według tamziemców, tak!) podaje tych metrów 6959 – leżący w Argentynie, w najwyższym tam łańcuchu andyjskich Kordylierów. Znajduje się on aż ponad 100 kilometrów od redy Valparaiso, a jednak widoczny stąd jest podczas dobrej pogody - kiedy żadna mgła lub deszcz widzialności nie ogranicza - całkiem nieźle. Ot, rzeczywiście potęga, prawda..? Natomiast najwyższych szczytów innych kontynentów, czyli europejskiego Mt. Blanc, azjatyckiego Mt. Everest, afrykańskiej Mt. Kenia czy nawet Góry Kościuszki w Australii z morza nie widać, o! Hm, fajny żarcik..? Udał mi się..?
Zanim przejdziemy do następnego wątku, jeszcze na temat tej góry mała ciekawostka, zgoda..? Otóż, główny szczyt Aconcagui według aż kilku dostępnych mi źródeł (tak, bo rzeczywiście w kilku różnych wydawnictwach to kiedyś sprawdzałem, nie tylko w samym atlasie i encyklopedii) znajduje się na geograficznej pozycji: φ = 32*39’S i λ = 070*14’W, podczas gdy na naszej nawigacyjnej mapie Brytyjskiej Admiralicji (podobno najdokładniejszej z dokładnych przecież!) jej Szerokość geograficzna – owszem, zgadza się, jest dokładnie taka sama – ale już jej geograficzna Długość wynosi: λ = 070*01’W.
Skąd zatem bierze się aż tak duża rozbieżność w położeniu wierzchołka tej góry? – zastanawialiśmy się. Wszakże to jest – ha, bagatela – niezgodność rzędu aż około dwudziestu kilometrów..! Czyżby to zatem oznaczało, że sam szczyt Aconcagui (czyli krater, wszak to wulkan) jest tak rozległy?
Hm, jeśli tak, to rzeczywiście tylko pozazdrościć wszystkim taternikom/alpinistom/himalaistom* (*właściwe podkreślić – choć tak po prawdzie ja bym jednak nazwał ich… „andystami”, nie trafniej bowiem?), którym ten wierzchołek zdobyć się kiedyś udało i go „własnoocznie” oraz „własnonożnie” przeeksplorowali, bo przecież zapewne jest to taka okolica, od widoku której aż dech w piersiach zapiera, ani chybi.
Choć jednocześnie dodać trzeba, że od roku 1897, kiedy to jako pierwszy w historii wspiął się na Aconcaguę Szwajcar Zurbriggen, sztuki tej również dokonało naprawdę stosunkowo bardzo niewielu górskich podróżników, można by więc śmiało rzec, iż jest to prawdziwa elita w środowisku Zdobywców. Kto wie, czy nawet nie „wyższa rangą” od „Himalajowłazów”…
No cóż, patrząc tak z oddali na przepiękny widok tej majestatycznej góry wielokrotnie myślałem sobie o tym, jak wspaniale byłoby osobiście się tam znaleźć i samemu tego uczucia doświadczyć, ale to rzecz jasna są jedynie zwykłe mrzonki, bo cóż w ogóle wspólnego może mieć marynarz z wysokimi i trudno dostępnymi górami, no nie..? To, że się czasami na swoje maszty powspina..? Eee tam… Takich Zaruskich, co to częstokroć „i tu, i tam” bywali, na naszym świecie zbyt wielu już nie ma, ale przecież… kto mi pomarzyć zabroni..? Wszak to zawsze wolno, nieprawdaż..?
Ach, prawdaż li to, prawdaż – a zatem… marzyłem sobie, że kiedyś może rzeczywiście uda mi się (hm, na starość jeszcze?) tam wybrać i ze szczytu tej wspaniałej góry Argentynę, Chile i duży szmat Pacyfiku (z bujającym się na nim statkiem, a jakże) sobie pooglądać, bo kiedy tak z kotwicowiska Valparaiso majestat wielkiej Aconcagui się podziwiało (ach, znowu ten patos), to… rzeczywiście mogły człowiekowi aż tak głupie myśli przychodzić do głowy, zwłaszcza kiedy podczas długich kotwicznych samotnych wacht nudził się jak ten przysłowiowy mops.
A poza tym – jeszcze kolejny „kamyczek” do tego mojego braku realizmu (ale tylko chwilowego!) dorzucając – muszę zaznaczyć, że na takową ewentualną wysokogórską wyprawę takiego cherlawego marynarzyka jak ja, przecież zupełnie by stać nie było – i to zresztą nie tylko z racji samego braku finansów, ale przede wszystkim z przyczyn… typowo wytrzymałościowych i fizycznej sprawności (choć naszą tatrzańską Orlą Perć prawie w całości jednak zaliczyłem, a jużci!). Ot, z czym do ludu, prawda..?

No cóż, nieco minorowo niniejszy odcinek zakończyłem, prawda..? Ale to nic, albowiem w odcinku drugim wyruszymy wreszcie na podbój Valparaiso, więc atmosfera na pewno się poprawi, zapewniam...
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
louis
louis
zwiedził 75% świata (150 państw)
Zasoby: 519 wpisów519 59 komentarzy59 574 zdjęcia574 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
01.02.2019 - 01.02.2019
 
 
30.01.2019 - 30.01.2019
 
 
29.01.2019 - 29.01.2019