Geoblog.pl    louis    Podróże    Tahiti    Tahiti - Papeete
Zwiń mapę
2018
05
sie

Tahiti - Papeete

 
Polinezja Francuska
Polinezja Francuska, Papeete
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 0 km
 
Na dobry początek, jako właśnie ten tzw „próbnik” moich „Wspominek”, proponuję wam opis moich wizyt na prześlicznej wyspie Tahiti, którą odwiedziłem aż pięciokrotnie i udało mi się ją całą objechać dookoła.
Jednocześnie przepraszam za mój niezbyt zgrabny styl pisania, ale to oczywiste, że marynarz jednak obowiązku bycia dobrym literatem nie ma, nieprawdaż..?
Zapraszam do lektury...


PAPEETE – Tahiti - Maj 1985

Na początku kilka wyjaśnień. W powyższym tytule nie umieściłem po nazwie portu jako kraju Francji, ale Tahiti, bowiem uznałem, iż tak jednak będzie znacznie lepiej, prawda? No owszem, Wyspy Towarzystwa (wraz z Tahiti, rzecz jasna) oraz okoliczne archipelagi koralowych atoli (a są ich tam całe dziesiątki tysięcy, serio!), to jeden z francuskich tzw. Departamentów Zamorskich, ale akurat w wypadku Papeete żadnych politycznych uściśleń trzymać się nie będziemy, a jedynie tych geograficznych.
Co zresztą – i to akurat jest w pełni zrozumiałe – brzmieć dla nas będzie znacznie ciekawiej, bardziej intrygująco, no i oczywiście niewspółmiernie oryginalniej, czyż nie? Bo przecież jak by ten tytuł w ogóle wyglądał gdybyśmy miast Tahiti mieli Francję – Francja… na Pacyfiku..? Jasne, że z administracyjnego punktu widzenia to oczywista i jedyna prawda, ale… Tahiti brzmi jednak dumniej, ot co! Owszem, żartuję sobie nieco, ale przecież dobrze wiecie o co mi chodzi, prawda..? Wszak, jesteśmy w raju…
Tak, to raj – moi drodzy – istny raj na ziemi. Bo w istocie, tak przewspaniałej (i czystej!) przyrody, warunków naturalnych, swoistego mikroklimatu oraz… mentalności mieszkańców próżno szukać na całym świecie. Drugiego takiego miejsca chyba nigdzie nie ma. Owszem, podczas wielu moich podróży przekonałem się, że najsympatyczniejszych ludzi spotkać można na Vanuatu – i to oczywiście jest świętą prawdą – pochwalić należy również „rajskość” Nowej Kaledonii, zapewne i Hawaje z uwagi na przyrodę oraz życiowy standard tamtejszych mieszkańców to czysty Eden dla ludzi, ale jednak Tahiti wszystkie wspomniane atuty ma naraz. Ot, powiem krótko; raj i tyle… Zresztą, poczytajcie sobie wszystko to co poniżej i popróbujcie wyrobić sobie na tenże temat swoją własną opinię…
Ale, najpierw nieco o historii tego rejonu oraz samej wyspy.
Przede wszystkim, w pierwszej kolejności podkreślić należy fakt, iż z racji niezwykłej rozległości terytorium zwanego Polinezją Francuską, nie można w jej wypadku mówić o jakimś szczególnym, jedynym lub najważniejszym tej części świata odkrywcy. I chodzi tu zresztą nie tylko o jakąkolwiek spośród wielu obieżyświatów najbardziej spektakularną, a przez to najsławniejszą w tym względzie personę, ale także i o nację tychże, albowiem podróżowali po tych wodach już od najwcześniejszych lat tzw. „epoki wielkich odkryć geograficznych” zarówno Hiszpanie, Portugalczycy, Włosi, Francuzi czy narody dzisiejszej Wielkiej Brytanii – spośród nich głównie Anglicy i Szkoci – jak i Holendrzy, Niemcy, Rosjanie, a nawet i Chińczycy. I oczywiście, każda z tych nacji ma swój odrębny znaczący wkład w odkrywaniu dla szeroko pojmowanego tzw. „Starego Świata” tych ziem oraz w ich kolonizowaniu – i choć ostatecznie do naszych czasów całe to wielkie terytorium przypadło Francji, to jednak o wielu pierwszych tutaj przybyszach aż do dziś zapominać się nie powinno. Bo historia odkryć tychże lądów jest w istocie niezwykle bogata.
Zacząć jednak powinienem od przedstawienia wam pokrótce kilku podstawowych geograficznych faktów – wyjaśnić, cóż to w ogóle jest ta Polinezja Francuska – zanim przystąpię do opisu tegoż najważniejszego dla nas w tym rejonie lądu, czyli samej wyspy Tahiti. Zatem, wiedzieć przede wszystkim należy o tym, iż przeogromne terytorium o wspólnej nazwie Polinezja Francuska rozciąga się w środkowo-wschodniej części Pacyfiku, na półkuli południowej, na obszarze – aż trudno uwierzyć – około 4,5 miliona kilometrów kwadratowych (tak dla porównania; to ponad połowa powierzchni całej Europy!), choć samego lądu, reprezentowanego tutaj przez wprost niezliczoną ilość wysp, wysepek i atoli, są tu tychże kwadratowych kilometrów zaledwie 4 tysiące! Tak, tak – jest to więc sumaryczna powierzchnia równa naszym polskim około trzem średniej wielkości powiatom, co rzeczywiście daje pewne wyobrażenie o skali tegoż rejonu, prawda?
A składa się on z czterech głównych grup wysp i wysepek. Są to Wyspy Południowe, Archipelag Tuamotu, Wyspy Towarzystwa oraz Markizy. Administracyjnie do francuskiego Departamentu Polinezji należy również kilka innych mniejszych archipelagów i pojedynczych wysepek, choć de facto położonych z dala od tego terytorium, jak wyspa Clipperton, Morotiri, Rapa, Fangataufa, a także osławiony przeprowadzanymi niegdyś na nim próbami nuklearnymi atol wysp Mururoa.
Pierwszym i potwierdzonym absolutnie pewnymi zapiskami faktem odkrycia którejś z tutejszych wysp przez przybysza z tzw. „Starego Świata” było dostrzeżenie tutejszego atolu przez jedną z załóg portugalskiej wyprawy samego wielkiego Ferdynanda Magellana w roku 1521. Do dziś nie wiadomo dokładnie, której to w ogóle z wysp owo odkrycie dotyczyło (choć przypuszcza się, że były to północne rubieże Archipelagu Tuamotu), jednakże sam fakt tegoż jest bezsporny, i jako taki – czyli, absolutnie pionierskie w tym rejonie odkrywcze przedsięwzięcie – jest przez historyków uznawany.
Ale w latach późniejszych było już pod tym względem znacznie bardziej konkretnie i wiarygodnie. W roku 1595 hiszpański żeglarz Alvaro de Mendana podczas swej badawczej wyprawy na statku San Jeronimo odkrył Markizy, zaś jego rodak, Pedro Fernandez de Quiros na statku San Pablo, w roku 1606 zbadał szereg wysp Archipelagu Tuamotu, na większości których zresztą lądował – właśnie w celu ich dokładniejszej eksploracji.
A potem „worek z odkrywczymi wyprawami” już na dobre się rozwiązał. Przybywali tu bowiem nieomal co roku jacyś nowi podróżnicy, dokonując coraz to nowszych odkryć oraz opisów zauważonych podczas swych eskapad lądów. Bywali tu więc Holendrzy, ze swym asem Jacobem Roggevenem na czele, który nota bene, w roku 1722 roku odkrył Bora-Bora (przez większość przybywających tu turystów uznawaną aż po dziś dzień za najpiękniejszą wyspę na świecie), następnie Hiszpanie i Portugalczycy, niedługo po nich zaś zawitali tu – i to od razu nieomal „masowo” – Francuzi i Anglicy, którzy za kolonizację odwiedzanych przez siebie wysp zabrali się już na serio. Ich łupem padały więc następne wyspy i wysepki archipelagów Tuamotu, Towarzystwa i Południowych, a proces ten trwał już nieprzerwanie przez kilka kolejnych stuleci – aż do początków wieku dwudziestego, kiedy to ostatecznie wyłonił się dzisiejszy polityczny kształt tegoż terytorium i jego administracyjny status.
Jednakże tym - moi drodzy - zajmować się na kartach niniejszych „Wspominek” nie będziemy. Jest to bowiem historia w sumie dość burzliwa i niezwykle we wszelakie wydarzenia bogata, pragnąc je więc choć w skrócie opisać, musiałbym poświęcić na to co najmniej z kilka następnych stronic, a na to – prawdę mówiąc – nawet nie mam ochoty. A poza tym, nawet i sensu specjalnego w tym nie widzę. Bo cóż niby miałbym teraz zrobić – spisywać historię, którą bez trudu znaleźć sobie możecie w pierwszej lepszej z brzegu encyklopedii? Tak więc, pozwólcie, że dodam jeszcze do powyższego jedynie niewielką garść najistotniejszych w tej materii szczegółów, a potem już przejdę do naszego najważniejszego tematu niniejszego rozdziału – czyli, do moich wizyt na największej tu wyspie, Tahiti.
Owąż „garstką szczegółów” zaś – choć wyda się to wam nieco dziwne, ale akurat tak zrobić postanowiłem – będzie tzw. „lista obecności”, czyli de facto spis najsłynniejszych w całej historii odkrywców, na tychże właśnie wodach swoje żeglarskie żywoty spędzających, a których to nazwiska na stałe w dziejach współczesnego świata w istocie prawdziwie złotymi zgłoskami się zapisały oraz utrwaliły na zawsze.
Najważniejszym z nich wydaje się być sławny angielski podróżnik James Cook, który odbył na wody Pacyfiku aż kilka długich wypraw w ciągu nieomal całego swojego życia, odkrywając przy tych okazjach nie tylko same Hawaje, ale i dość sporą ilość pomniejszych wysp i wysepek, których listy zresztą przytaczać tu nie ma powodu. Ot, dużo tego było, i tyle. Bywał on również i na Markizach, i na Tahiti oraz innych lądach Archipelagu Wysp Towarzystwa, a co dla nas najważniejsze, to wiedzieć powinniśmy, że to właśnie dzięki niemu wyspa Tahiti nosi dziś swą obecną nazwę, jako że to on we własnej osobie w roku 1769 „do życia” ją przywrócił – choć początkowo jeszcze jako Otahiti.
Bywało tu również wielu innych Anglików, takich jak Samuel Wallis, William Bligh, James Wilson czy też znany ze swej wspólnej podróży z samym Karolem Darwinem kapitan Fitzroy, ale akurat ich osiągnięcia w niczym wspomnianemu Cookowi nie dorównują.
Przybywali tu jeszcze również i Hiszpanie, z niejakim Don Domingo de Boenechea na czele, jak i kilku Portugalczyków, ale oczywiście największe znaczenie z czasem poczęły nabierać wyprawy w te rejony całej plejady żeglarzy francuskich, którzy już na dobre się tutaj zadomowili. A najważniejszymi z nich byli słynni; Louis Antoine de Bougainville, Petit Thouars, Nicolas Baudin, Kapitanowie Bruat i Gambier, bracia Louis i Henri Freycinet, a także sam as nad asami francuskiej marynarki, Jean-Francois La Perouse. No dobrze – moi drodzy – ale to już naprawdę koniec z tą wyliczanką, albowiem chyba już najwyższa pora, aby przejść wreszcie do właściwego tematu niniejszego rozdziału, prawda? Zatem, zaglądamy na Tahiti…
Jest to oczywiście największa z wysp całej Polinezji Francuskiej, na której także położona jest stolica tegoż terytorium – Papeete. Tahiti została po raz pierwszy dostrzeżona z morza przez przybyszów z Europy już w roku 1606. A byli nimi żeglarze hiszpańscy, którzy jednak – pomimo niezwykle zachęcającego wizerunku jakim się ta wyspa może poszczycić, bo tak właśnie wszystkim obserwatorom z morza się prezentuje – nie zdecydowali się oni na niej wylądować i choćby w skromnym zakresie jej spenetrować. Z perspektywy lat nam współczesnych wiemy już, iż możemy rzec tylko jedno – był to karygodny i wręcz niewybaczalny błąd. Ot, głupole z nich byli jak się patrzy, bo przecież mieć w zasięgu ręki prawdziwy raj na ziemi i nawet nie popróbować go odwiedzić..? No cóż, akurat pod względem ilości kolonizowanych ziem ówczesna Hiszpania cierpiała na tzw. „kłopoty bogactwa”, i chyba właśnie ten fakt był głównym powodem, dla którego jej żeglarze i zdobywcy byle gdzie zatrzymywać się nie mieli zamiaru, aby swojego cennego czasu nie tracić.
No, dobre sobie, prawda? Gdyby wówczas wiedzieli, że owo „byle gdzie” okaże się w przyszłości istnym edenem i prawdziwą żyłą turystycznego złota, to z pewnością w owym 1606 roku aż taką nonszalancją by się nie popisywali. Kierując się jednakże swoimi własnymi powodami nie spodziewali się zapewne, że omijają ląd, który stać się mógłby kiedyś prawdziwym bogactwem dla ich Metropolii, toteż nie wykazując należytego zainteresowania wyspą pożeglowali dalej, nawet nie zdając sobie sprawy z tego co tracą.
Tego błędu natomiast nie popełniali już ani Anglicy, ani Francuzi. Jako pierwszego przybysza więc, a co za tym idzie, za faktycznego odkrywcę tej wyspy uznano kapitana statku HMS Dolphin, Anglika Samuela Wallisa, który wylądowawszy na niej w roku 1767 wziął ją uroczyście w posiadanie Brytyjskiej Korony, nadając jej nazwę Wyspy Króla Jerzego (King George Island).
Zaledwie rok później ze swą ekspedycją pojawił się na niej francuski żeglarz de Bougainville na statku Boudeuse i natychmiast po wylądowaniu na jej brzegach… również wziął ją uroczyście w formalne posiadanie Korony, tyle że tym razem Francuskiej, nazywając ów „nowy” ląd Nową Cytherą (Nouvelle Cythere).
Ale Anglicy, jako naród budujący właśnie swą niezwykłą potęgę morską, nie próżnowali, bowiem… ponownie w zaledwie niecały rok po Francuzach u brzegów Tahiti pojawił się następny ich przedstawiciel – tym razem pofatygował się tutaj sam James Cook, we własnej, niezwykle słynnej już wówczas osobie. Przybył on tu na statku Endeavour, przywożąc z sobą grupę angielskich badaczy, pośród których szczególne miejsce zajmowali astronomowie, jako że właśnie tutaj, na nowoodkrytym lądzie zaplanowano przeprowadzenie szczególnej w swym charakterze obserwacji – mianowicie, przejścia planety Wenus przez tarczę Słońca. Niestety, nie wszystkie zaplanowane tu obserwacje astronomiczne oraz astronawigacyjne wówczas się powiodły, ale sam Cook zyskał od tej chwili jeszcze dodatkową sławę, odkrywając przy okazji tej samej wyprawy kilka kolejnych okolicznych wysp, między innymi znaną ze swego niezwykłego piękna wyspę Rurutu, będącej od tego właśnie czasu pierwszym znanym dla świata lądem w Archipelagu Wysp Południowych.
Tak przy okazji, pewne spostrzeżenie – zwróćcie proszę swą łaskawą uwagę na tempo tej swoistej, prowadzonej między Anglią i Francją rywalizacji. Iście szalone, zważywszy na fakt, iż od czasu pierwszego dostrzeżenia tej wyspy minęło aż ponad 160 lat, prawda? Bo teraz „nagle” zaczęły się tu zjawiać kolejne ekspedycje dosłownie rok po roku. Zadziwiający w swej naturze zbieg okoliczności..? Ani trochę! Wszak, każde kolejne odkrycie, pociągało natychmiast za sobą reakcję konkurencji, co oczywiście skutkowało właśnie takim a nie innym rozwojem sytuacji. Czyli, wyścig trwał…
Tym bardziej, że wówczas „obudziła się” również i Hiszpania, przysyłając tu kilkukrotnie swojego asa mórz i oceanów, Don Dominga de Boenechea, który pojawiając się tu w roku 1772 na statku Aguilla najpierw wyspę dokładnie spenetrował, by po około dwóch latach przybyć tu ponownie, ale już w asyście hiszpańskich misjonarzy, którzy dopomóc mieli w skutecznej kolonizacji tej wyspy. Czas pokazał jednak, że była ona w ich wykonaniu procesem zupełnie nieudanym, głównie oczywiście z tego powodu, iż Anglikom ani w głowie było zbyt łatwo rezygnować z tak łakomego kąska i dokładając wszelkich możliwych starań w dążeniu do celu, wyparli stąd Hiszpanów na zawsze.
Przy okazji oczywiście posługiwali się z kolei swoją własną rzeszą misjonarzy, którzy w latach 1798-1817 doprowadzili swoje dzieło do końca, przeszczepiając niemal w 100% Protestantyzm na tahitański grunt – do tego stopnia zresztą, że nawet miejscowy wódz, Pomare, przyjął wkrótce tę nową wiarę, będąc przy tej okazji proklamowanym nowym Królem Wysp Towarzystwa, nieformalnie oczywiście podlegając obcemu zwierzchnictwu. Pojawiła się więc w tym rejonie świata nowa królewska dynastia, która z poparciem misjonarzy władała tymi ziemiami przez niemal 80 lat, aż do roku 1880, kiedy to ostatni już król Tahiti, Pomare V, scedował swoje włości na rzecz Francji, która już wówczas bezapelacyjnie w tym rejonie panowała.
Oczywiście, „w drodze” ku temu historycznemu momentowi zaistniało tu wiele innych niezwykle ważnych wydarzeń, o których jednak rozpisywać się już nie będę. Jest tego bowiem tak dużo, iż można by na ten temat kilka niezłych tomów spisać, a przecież każdy zainteresowany owymi dziejami W.Cz.Czytelnik niniejszego „dzieła” może sobie na ten temat samodzielnie w odpowiednich źródłach poszperać i to, co go w nich najbardziej interesuje, wyłowić. Ot, choćby na przykład przesłynną i nad wyraz intrygującą historię kilkunastu członków załogi statku Bounty, którzy podejmując na jego pokładzie w roku 1789 niezwykle spektakularny bunt, zlądowali w efekcie na maleńkiej wysepce Pitcairn, z konieczności ją zasiedlając, a których to potomkowie żyją na niej aż po dziś dzień.
Historia ta zresztą, w istocie, jest przeciekawa, był to bowiem długi łańcuch wprost niewiarygodnych, choć oczywiście prawdziwych (jak najbardziej) zdarzeń, dlatego też ktokolwiek z was jeszcze jej poznać nie zdążył, to zdecydowanie powinien coś niecoś o niej przeczytać, najlepiej jednak – co serdecznie i gorąco polecam – obejrzeć film „Bunt na Bounty” z udziałem Antoniego Hopkinsa i Mela Gibsona, jako że akurat ta wersja jest najbardziej zbliżona do oryginału.
Ale my, na kartach niniejszych „Wspominek” zajmować się nią już nie będziemy, podobnie zresztą, jak i dalszą historią samej wyspy Tahiti, albowiem uznaję, iż wszystko to, co dotychczas na ten temat napisałem w zupełności nam wystarczy. A skoro już poznaliśmy historię tego niezwykłego lądu, to sądzę, że już najwyższa pora, abyśmy na nim… wylądowali, prawda? Zbliżyliśmy się bowiem do redy Papeete na tyle, aby wziąć na nasz pokład miejscowego pilota, który sprawnie i bez żadnych nieprzewidzianych przygód wprowadził nas do portu. Zacumowaliśmy. Jesteśmy więc… w raju…
To tyle w tym odcinku. Ale ciąg dalszy nastąpi, zapewniam...
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedził 18.5% świata (37 państw)
Zasoby: 195 wpisów195 15 komentarzy15 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
18.11.2018 - 18.11.2018
 
 
14.11.2018 - 14.11.2018
 
 
13.11.2018 - 13.11.2018