Geoblog.pl    louis    Podróże    Kenia - Mombasa    Kenia - Mombasa-2
Zwiń mapę
2018
09
gru

Kenia - Mombasa-2

 
Kenia
Kenia, Mombasa Harbour
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 0 km
 
I jest lepiej! Po dwóch miesiącach od mojego poprzedniego „niewypału” w Mombassie, jednak pokręcić się nieco po tym mieście mi się udało.


MOMBASA - Kenia - Maj 2013

Moi kochani – ponownie więc kolejny już rozdział mogę rozpocząć słowami: „A jednak. Moi drodzy, a jednak udało się.” Ot, po prostu mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że na ten rozdział jednak czekać się opłacało. To znaczy, nie dotyczy to rzecz jasna jedynie was – podejrzewam bowiem, iż wy i tak już z nudów ledwo zipiecie i być może ten rozdzialik co najwyżej „ciut ciut bardziej” waszą uwagę ożywi, ale nic więcej – lecz... raczej mnie samego, jako że wreszcie mogę przestać pisać „o niczym”, a zająć się w końcu czymś, co choć w pewnym stopniu jest jakimś konkretem, a nie jak dotychczas – od dłuższego już czasu zresztą – zwyczajnym i raczej nie za bardzo sensownym słowotokiem.
Tak, moi kochani, albowiem tym razem było w Mombasie znacznie ciekawiej niż poprzednio, w Marcu, a przede wszystkim... weselej. A to dlatego, że zaraz po naszym zacumowaniu – a stało się to około południa – od naszego Agenta dowiedzieliśmy się, że nasz postój w tym porcie potrwa co najmniej trzy doby z uwagi na awarię aż dwóch tutejszych suwnic kontenerowych jednocześnie (hurra!), z powodu czego obsługę naszego statku prowadzić przez cały czas będzie tylko jedna jedyna - i to jeszcze w dodatku prawdopodobnie wcale nie w sposób ciągły, ale z pewnymi przerwami.
A zatem dobra nasza! Tak, bardzo nas to ucieszyło, jako że my natychmiast „na to jak na lato” – wiadomo, wszak oznaczało to ni mniej ni więcej jak tylko podjęcie przez nas błyskawicznej decyzji o dłuższym wypadzie do miasta, bowiem wyładunek w ten sposób będzie się ślimaczył aż miło! Jeszcze przed kolacją więc zebraliśmy czteroosobową „internacjonalną silną grupę wypadową” do centrum Mombasy i ani chwilki nie zwlekając od razu „w miasto” wyruszyliśmy.
Tym razem rzecz jasna przezornie nie pozostawiłem już naszemu Trzeciemu numeru mojej komórki, aby mnie broń Boże z jakiegoś błahego powodu znowu na statek nie wezwał jak to miało miejsce w Marcu z tymi nieszczęsnymi balastami, toteż poczułem się wolny jak ptak (wreszcie!) i oczywiście – jako chyba najbardziej z naszej grupki żądny wrażeń i pełnego relaksu – poganiałem wszystkich ile wlezie do większego pośpiechu. „Jedziemy, jedziemy, nie ociągać się!” – zachęcałem gorąco.
No i oczywiście równie „gorąco” z tej naszej ówczesnej wieczornej wolności w mieście korzystaliśmy, jako że natychmiast kazaliśmy naszemu taksiarzowi zawieźć się do najsłynniejszej tutejszej knajpy (po cichutku na uszko powiem wam, iż nazywa się ona Casablanca), gdzie przy grillowanych na poczekaniu rybkach i kalmarkach oraz heeeektolitrach piwa celebrowaliśmy nasze wychodne.
Takoż więc tym razem nie musiałem już tak jak poprzednio odprowadzać tęsknym wzrokiem moich ginących w mroku ulicy kolegów, a samemu wracać na statek zajmować się balastami, tylko pełną piersią zażywałem swobody, która przecież... chyba mi się należała, no nie..?! Ach, jak to dobrze, że się te portowe gantry aż tak gremialnie właśnie wtedy popsuły! Widać, Nasza Opatrzność wówczas nad nami czuwała, natomiast miejscowy Allach chyba jednak się trochę zagapił. A może... Ha, a może było właśnie odwrotnie? Że to akurat On tym razem postanowił wszystkim nam sprzyjać, nawet pomimo faktu, iż w naszym czteroosobowym gronie był jeden muzułmanin, który zresztą... piwa wcale za kołnierz nie wylewał..? Ot, nieodgadnione są wyroki...itd., itp...
Kolejna miła niespodzianka spotkała nas zaraz po naszym powrocie na statek, kiedy to nagle zauważyliśmy, że... aktualnie żadnego wyładunku nie ma w ogóle, ponieważ nawet ta jedna jedyna przewidziana dla nas gantra odjechała w międzyczasie do roboty na sąsiedni statek, u nas natomiast aż do samego rana miał być od jakichkolwiek przeładunków całkowity spokój! Ha, ależ fajnie! Zatem, jeszcze na dokładkę, można się będzie porządnie przed następnym dniem wyspać. Hurra!
Tylko że.... No właśnie, hola hola..! Czy ja w poprzednim akapicie napisałem może: „porządnie się wyspać”? Rzeczywiście tak napisałem?! Oh, co za fatalne niedopatrzenie! Dyć wcale nam tak łatwo pospać nie dali, bowiem nasi mechanicy w międzyczasie... zrobili na statku pewien dość udany biznes (po cichutku i maleńkimi literkami napiszę, iż sprzedali „na lewo” trochę paliwa za całkiem pokaźny grosz – nie opiszę wam jednak szczegółów tej transakcji, nawet pomimo faktu, że je dobrze znam, bo byłoby to z mojej strony zwykłym świństwem) i właśnie teraz go suto oblewali, świętując go zresztą dość hucznie, bo w istocie cała mesa aż trzęsła się w posadach.
O, i tak było prawie do samego ranka, ja jednakże dużo wcześniej z tej imprezy się wyrwałem, bowiem następny dzień zapowiadał się dla mnie jednak aż nazbyt bogaty w robotę, więc „przeciągać struny” nie miałem zamiaru. I bardzo dobrze! Tak, wiem co piszę, moi drodzy. I bardzo dobrze zrobiłem, albowiem tego ranka... I otóż to..!
Zbliżała się właśnie godzina 9-ta, gdy na nasz statek zawitało nagle aż trzech umundurowanych policjantów oraz dwóch inspektorów miejscowego PSC (Port State Control), którzy zaraz po wygodnym rozlokowaniu się w naszym Pokładowym Biurze, wyciągnęli ze swych toreb - uwaga! - ...dwa alkomaty (sic!), oznajmiając nam uroczyście, że przybyli do nas w celu przeprowadzenia rutynowych antyalkoholowych testów całej naszej załogi!!!
O rety! Ależ jaja! No któż by się tego spodziewał..? Czyżby nas wczoraj ktoś z tutejszych stevedorów po prostu podkablował..? W tym miejscu od razu wszelkim niezorientowanym wyjaśnię, iż każde władze portowe mają do takich kontroli pełne prawo z uwagi na konieczność zapewnienia bezpieczeństwa wszelkim statkom stojącym aktualnie w porcie (załogi więc muszą być trzeźwe, aby zawsze były w pełni gotowe do podjęcia ewentualnej nagłej akcji w razie jakiegokolwiek zagrożenia – ot, choćby na wypadek pożaru), na co zresztą my, marynarze, żadnego wpływu nie mamy, będąc absolutnie zobowiązanymi do poddania się takim badaniom bez szemrania.
Tak, o jakiejkolwiek naszej odmowie w takim wypadku nawet mowy być nie może. Ot, takie są w tym względzie międzynarodowe przepisy i tyle – a my zresztą i tak tę zgodę już z góry w naszych kontraktach podpisujemy.
No cóż, te przepisy rzeczywiście istnieją, ale tak naprawdę to... jednak prawie nigdy się takie kontrole w portach nie zdarzają, to w istocie szalenie wielka rzadkość aby jakieś władze z tego korzystały (dzieje się tak zazwyczaj jedynie przy okazji jakiejś poważnej rozróby, jeśli właśnie takowa z powodu „nadużycia” na którymś ze statków się wydarzyła), gdy tymczasem... No masz ci los! Właśnie teraz, w Mombasie – i to akurat po taaaakim wieczorze – przypętał się do nas PSC i nakazuje nam „dmuchać w baloniki”..?! Ufff, no co za pech..! Czyżby się jednak Opatrzność wraz z Allachem od nas odwróciła..?
No i jeszcze ci policjanci! Cóż w ogóle ich obecność może oznaczać..?! Po co oni tutaj przyszli..? Czyżby jeszcze dodatkowo szykowała się jakaś afera związana z tą wczorajszą „lewizną” z paliwem? No, przyznam szczerze, że kiedy popatrzyłem tak sobie uważnie w twarze zjawiających się po kolei w Biurze naszych mechaników, to od razu widoczne było na nich wielkie zmieszanie i pełne obaw napięcie, ponieważ z całą pewnością właśnie ta sprawa kołatała im się wówczas w głowach.
Ot, sądzili, że to po prostu ma związek z tą wczorajszą akcją z ropą i tyle - więc teraz będzie zadyma na całego. No cóż, krótko mówiąc, naszym mechanikom serca zapewne do gardeł podskoczyły, dusze się wygodnie na ramionach rozlokowały, a przez ich plecki przechodziły takie ciarki, o jakich jeszcze niedawno nawet nie podejrzewali, że takowe w ogóle mogą istnieć! To znaczy, aż tak silne i gorące – ba, piekące wręcz do bólu, bo przecież to aż nadto wyraźnie na ich licach było zauważalne.
Jednakże, ku ich wielkiej uciesze już niebawem okazało się, że tym trzem mundurowym wcale o żadne „lewizny” nie chodziło. Akurat nie to było powodem ich dzisiejszej wizyty na naszym statku, ale były to najzwyklejsze w świecie odwiedziny w celu... wycyganienia od naszego Starego dodatkowych kartonów papierosów (wiadomo, „za sam fakt istnienia”), kiedy to przychodząc niby z jakąś ważną sprawą (oczywiście z „przylepionymi” na licach minami zwiastującymi „Bóg wie nie co”), tak de facto ich przybycie zawsze jest jedynie pretekstem do otrzymania odpowiednich „compliments”, właśnie w postaci fajek Marlboro, co rzecz jasna w prawie wszystkich portach Czarnej Afryki jest po prostu „powszechną normą”, i tyle.
O, i akurat tylko i wyłącznie to było celem ich wizyty, ale... co przy okazji już samym swym widokiem w duszach naszych mechaników „namieszali”, i o jak silne palpitacje ich serduszek ich przyprawili, to oczywiście nawet zielonego pojęcia nie mieli.
No tak, ale za to Nasi z kolei już to pojęcie mieli – oj, jak najbardziej tak! Bo takich „papierowych mechanicznych twarzyczek” jakie wówczas oni wszyscy razem w obliczu tych gliniarzy zaprezentowali (ba, to była bladość wręcz pergaminowa!), to ja z całą pewnością jeszcze nigdy w swoim życiu nie widziałem. Ufff, ależ mieli wtedy stracha! Aż do chwili, zanim się w końcu nie zorientowali, że to jednak nie o te nieszczęsne paliwo chodzi. Panowie Policjanci coś tam naszemu Kapitanowi „poplumkali”, jakiś byle papierek mu pod nos do podpisu podsunęli, aby tylko wypełnić wszelkie pozory swej aktywnej działalności i uzasadnić tę wizytę, by potem... szybko schować za pazuchę otrzymane kartoniki Marlboro i jeszcze szybciej zniknąć z naszego statku na dobre. O, i tyle ich było widać...
No tak, ale pozostało przecież jeszcze tych dwóch urzędasów z miejscowych władz PSC, którzy... już się do swej roboty przygotowali, rozkładając na stole swoje alkomaty oraz plastikowe jednorazowe ustniki „do dmuchania” w liczbie 26 sztuk, a zatem ich zamiarem było przebadanie wszystkich z nas – całej załogi, bez wyjątku! No cóż, a zatem zaczynamy...
Jako pierwszy podchodzi do tych oficjeli jeden z naszych motorzystów, bierze do ust ten wredny przyrządzik, oczywiście jak nasz mickiewiczowski Wojski „krwią w oczach zabłysnął i... zaaadął...” No i..? Ależ tak – alkomat okazuje się jego nieprzyjacielem, jako że wskazał wynik 1,2 promila!
Hm, obaj ci urzędnicy nieco się tym rezultatem skonfundowali, ale grzecznie w odpowiednią rubryczkę swego formularza go wpisali, nasz motorek ów dokumencik podpisał, więc... pora na następnego delikwenta, którym miał być w kolejności Trzeci Mechanik. Podchodzi on przed oblicze tych kontrolerów, dmuuuucha i... 1,4 promila! Czyli jeszcze lepiej od swego poprzednika!
Uwaga! Od razu wyjaśniam, że wszelkie odczyty z tego alkomatu, które wam przedstawiam, nie są „z kapelusza wzięte”, tylko jak najbardziej prawdziwe, jako że ja wówczas skrzętnie je sobie na boczku odnotowywałem – właśnie na potrzeby niniejszego rozdziału..! Ot, żeby w mojej relacji być całkowicie rzetelnym, nie musząc silić się na wymyślanie jakichś przykładów tych wyników, ale je po prostu jak najwierniej, w zgodzie z rzeczywistością przytoczyć.
Zatem, znowu konsternacja..! Obaj ci urzędnicy patrzą po sobie z niedowierzaniem, ale ponownie grzecznie i bez żadnych komentarzy wynik w rubryczkę przy nazwisku tego Filipka wpisali, on to swoją zamaszystą sygnaturą potwierdził, a potem... przychodzi pora na naszego maszynowego Fittera. Więc: szybki i zdecydowany „buch-dmuch” i... 0,7 promila! No cóż, skutki wczorajszego szalonego wieczoru i jeszcze tej nocnej „dogrywki” oczywiście jakoś widoczne być musiały, ale... AŻ TAKIE OSIĄGNIĘCIA już o dziewiątej rano..?! No, przyznam, że nawet i ja sam byłem tym nieco zaskoczony. A zatem, chyba jednak szykuje się jakaś niezła afera w tym porcie. Ot, bo powoli robi się ślisko..!
Jako czwarty podchodzę więc osobiście ja sam! No cóż, w swej wielkiej naiwności myślałem, że choć w minimalnym stopniu „stonuję” tę zgęstniałą już po dotychczasowych wynikach atmosferę w naszym Biurze, udowadniając tym panom, że te trzy pierwsze przypadki to po prostu zwykły zbieg okoliczności, bo cała reszta załogi „jest już correct”. Dmucham więc śmiało i dłuuugo, alkomat robi przepisowe „pik, pik”, sygnalizując koniec mojej próby i... wyświetla prawie 0,4 promila!
„O ku*wa! – pomyślałem sobie – Toż ja moje ostatnie piwo dopiłem około 2-giej w nocy, a zaraz potem aż do śniadania spałem grzecznie jak baranek, toteż byłem pewien, że wszystko już ze mnie wyparować zdążyło! A tu proszę – jeszcze TAKI WYNIK?! Rety, no to rzeczywiście afera gotowa! Dobrze chociaż, że tych policmajstrów już tu nie ma, bo może z tymi urzędasami da się jeszcze jakoś pogadać..? No, przyznam uczciwie, że w tym momencie też się dość solidnie spłoszyłem, ani chybi.
Po mnie na szczęście były dwa „zera” (Starszego Marynarza oraz jednego z maszynowych kadetów), ale już potem... ponownie nastąpiła istna „rzeź niewiniątek”! Tak, bo oto podchodzi „do dmuchanka” po kolei następne pięć osób i... wyniki są wprost oszałamiające: 1,0 , 0,7 , 0,8 , 1,1 i 0,5..!!! Ufff... No teraz to już się chyba cały świat zawali...
A zatem konsternacja „w szeregach” tych inspektorów jest totalna! Obaj ci urzędnicy ponownie spojrzeli po sobie znacząco, by po chwili... GŁOŚNO I WYRAŹNIE – uwaga!!! – naszego Kapitana... PRZE-PRO-SIĆ (sic!) za to, że nam NIEPOTRZEBNIE tyle kłopotu narobili, albowiem ich zamiarem WCALE NIE BYŁO polowanie na jakichkolwiek podchmielonych członków załogi naszego statku, ale tylko i wyłącznie... wypełnienie MIESIĘCZNEGO PLANU PRACY ich urzędu w porcie, więc właśnie dlatego tu zawitali, bo musieli mieć w Maju chociaż jedno badanie alkomatem z tzw. „natury” – czyli... prawdziwe i rzetelne, bo jak dotychczas – uwaga, uwaga, uwaga! – ich szefowie się ich czasami czepiali, że ciągle tylko te alkoholowe „blankieciki” wypisują „na kolanie”, ale na żaden statek tak naprawdę nikt z nich pofatygować się nie raczył..!
Ot, lenie patentowane! No cóż, a zatem... w końcu się pofatygowali, właśnie do nas, no i... masz babo placek..! „Captain, i co teraz..?” – pytali wyraźnie zbici z tropu, wyglądając nota bene na wcale nie mniej przestraszonych od nas samych! – „No przecież papierek z waszymi podpisami mieć musimy, a my naprawdę nie chcemy nikomu szkodzić!”
O – i właśnie takie podejście najbardziej się nam spodobało! Bo my od razu (to znaczy; Kapitan, Starszy Mechanik i ja) przystąpiliśmy do kontrofensywy, „uczciwie” (a nie?) proponując im... sporządzenie całkiem nowej listy z wynikami „od góry do dołu zerowymi” (nooo, oczywiście!), na której każdy z nas własnoręcznie (i również „uczciwie” – a jakże!) się podpisze, a potem wywdzięczymy się obu panom za ich szczerość i miłe do nas podejście podwójną „porcją” należnych im za swoją fatygę „compliments” z naszej strony. I wtedy już wszyscy będą zadowoleni. Zgoda..?
Ufff, no i właśnie tak się stało. Szybko przygotowano nową listę z odczytami alkomatu „0,00 promila” przy każdym nazwisku (no co za porządny statek! Aby tylko każdy był taki, to by tych wszystkich brzydkich wypadków na świecie nie było!), na której wszyscy z nas grzecznie się podpisali, by po chwili... jak najbardziej rączo zwiewać do swojej kabiny lub do roboty, aby tylko nikt w międzyczasie się nie rozmyślił..!
Obaj ci panowie zresztą, równie rączo (a może i nawet bardziej) swoje prezenty w torby popakowali i z naszego statku się wynieśli, my natomiast... głęboko odetchnęliśmy z ulgą, że się to wszystko właśnie tak a nie inaczej zakończyło! Trzeba więc było „chuchać” na to nasze niespodziewane szczęście, bo przecież sprawę tę udało się załatwić po... zaledwie około dziesięciu przebadanych osobach, bowiem któż wie, co mogło być dalej..? Wszak „w odwodzie” było jeszcze kilku innych delikwentów z naszej załogi, których „dmuchańce” z całą pewnością byłyby jeszcze bardziej „tłuste” niż dotychczas zmierzone! Oooo, na pewno, bowiem za prawdziwość akurat tych przypuszczeń... śmiało mógłbym pod topór moją własną głowę położyć!
Ech, no i co wy na to..? Jaja jak berety, no nie..? I to berety co najmniej komandosów, a nie jedynie te moherowe, ufff... Ale cóż, skoro już spadliśmy na cztery łapy i nam się to wszystko aż tak gładko upiekło, to teraz szybko... należało postanowić co dalej! A wiecie z jakiego powodu tak napisałem..? Skąd w ogóle wziął się ów dylemat..?
Otóż, wspomniałem o tym dlatego, iż wtedy wiedzieliśmy już, że tego samego dnia wieczór... również będzie wolny od portowej roboty, więc my JUŻ zaplanowaliśmy (jeszcze zanim się w ogóle ci panowie u nas zjawili!) nasz kolejny wypad do Casablanki oraz do sąsiednich barów Casanova, Florida i Twinster Casino, gdzie akurat na dzisiaj zapowiedziano... pokazy „gorących tańców przy rurze” miejscowych „piękności nocy”! Cóż więc teraz robić – rezygnować z takiego wypadu tylko dlatego, że nam jakaś kolejna kontrola grozić może? Ot, na przykład jutro rano..? Eee tam – nigdy! Nigdy, przenigdy! Po prostu jedziemy...

No ale o tym już w odcinku następnym, bo przecież ten niniejszy jest już jednak za długi, zgadza się..?
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
louis
louis Lewandowski
zwiedził 75% świata (150 państw)
Zasoby: 502 wpisy502 57 komentarzy57 574 zdjęcia574 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
21.01.2019 - 21.01.2019
 
 
18.01.2019 - 18.01.2019
 
 
16.01.2019 - 16.01.2019