Geoblog.pl    louis    Podróże    Kenia - Mombasa    Kenia - Mombasa-3 (ostatni)
Zwiń mapę
2018
09
gru

Kenia - Mombasa-3 (ostatni)

 
Kenia
Kenia, Mombasa Harbour
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 0 km
 
Ciąg dalszy „naszej” Mombasy, zapraszam…

No i właśnie tak, moi drodzy, uczyniliśmy... Zaraz po kolacji wyruszyliśmy „w miasto” (tym razem już dwoma taryfami, bo zebrało nas się nieco więcej niż dnia wczorajszego), kierując się od razu do rzeczonych, powyżej wymienionych miejsc (one wszystkie zresztą bezpośrednio z sobą sąsiadują), gdzie zamierzaliśmy spędzić całą resztę tego wieczoru, na żadne spacerki po ulicach – rzecz jasna z racji bezpieczeństwa – już w ogóle się nie decydując. Piwo w Casablance i tak bowiem było w bardzo przystępnej cenie (zaledwie jeden dolar za całe pół litra – no gdzie jeszcze na świecie można się spotkać z taką taniochą?), toteż nigdzie indziej szczęścia już szukać nie musieliśmy.
„No i jak było..?” – zapytacie. No fajnie było, fajnie. Tym razem oczywiście byliśmy już znacznie skromniejsi w ilości ordynowanego piwa, ale z kolei jeśli chodzi o atrakcje kulinarne, to... wręcz przeciwnie. O, w tym względzie naprawdę nieźle tego wieczora „pojechaliśmy po bandzie”, o tak.
W pewnym momencie bowiem, siedzący nieopodal nas jacyś Francuzi zamawiali... mackę ośmiornicy z grilla (!), ale kiedy obsługujący ich kelner przyniósł im jedną taką, jeszcze świeżą, aby im ją najpierw pokazać i zapytać czy na aż tak dużą się zgadzają (bo w istocie był to kawał mięsiwa ze trzykilogramowy!), to oni natychmiast odmówili, ale... po kilkunastu sekundach zaproponowali właśnie nam, że może miejscowa obsługa jednak tę prawie metrowej długości mackę w całości zgrilluje (rety, co za wyraz!), a oba nasze towarzystwa solidarnie po równo się nią podzielą, zgoda?
Bo wówczas rzeczywiście byłoby i taniej dla wszystkich, i oczywiście w ilości wcale nieprzekraczającej naszych konsumpcyjnych możliwości. No i właśnie tak zrobiliśmy. Każdego z nas taka pojedyncza porcyjka kosztowała 10 dolców (czyli tanio jak przysłowiowy barszcz), natomiast... co do smaku... No cóż – pycha i już! Istna pycha! Mniam, mniam...
A co można powiedzieć o tych słynnych, wcześniej już przeze mnie z nazw wymienionych czterech miejscowych klubach, oczywiście „sztandarowych” w całej Mombasie, w których po kolei przebywaliśmy..? (Nota bene położonych dosłownie tuż za tzw. „Bramą Słoniowych Kłów” – znacie może ten motyw, pokazywany w nieomal każdej opowieści lub w reportażu w TV z kenijskich Safari..? Te cztery skrzyżowane, rozpostarte tuż ponad ulicą wielkie słoniowe kły, oczywiście sztuczne..? Tak mówiąc zresztą między nami, to... okropna tandeta, swą brzydotą wręcz przytłaczająca!)
Otóż, o tych klubach (powracam do zadanego powyżej pytania) można rzec tylko tyle, iż... panował tam wszędzie taki bajzel, że już na sam widok osobom wrażliwym biesiady w tych miejscach od razu powinno się odechciewać, ale... akurat nam właśnie to pasowało najbardziej! Był tu bowiem, no owszem, syf jak się patrzy (typowy afrykański – nic dodać, nic ująć), jednakże... właśnie o to w tym wszystkim chodzi!
Tak, bowiem każda szanująca się knajpa musi mieć swą własną duszę! I to nawet brudną, a niech już tam jej będzie... A tak, bo tylko w takich warunkach można jeszcze poczuć się naprawdę swobodnie i „po marynarsku”! Ot, kluby palce lizać! Są więc jeszcze na tym świecie takie miejsca, które mogą marynarskim gustom dogodzić – tylko, trzeba po prostu mieć na wizyty w nich odpowiednio dużą ilość czasu, i tyle. A akurat tym razem los okazał się dla nas wyjątkowo łaskawy, więc mieliśmy wreszcie okazję w pełni z tych dobrodziejstw skorzystać. Ot, co...
I wszystko, moi drodzy, się zgadza, bo rzeczywiście dla nas „dobrodziejstwem” były potłuczone klosze wiszących ponad naszymi głowami lamp, cholernie niewygodne krzesełka, na których przyszło nam wysiadywać „co i rusz jednym i drugim półdupkiem na zmianę (a tak!), żeby w ogóle móc tak długie nasiadówki tam jakoś przetrzymać (choć i tak odciski na tyłkach jeszcze długo potem pozostawały!), biegające wokoło, a polujące na tutejsze karaluchy jaszczurki (w samym centrum miasta!) oraz ta wspomniana „rura do gorących przy niej tańców”, która... była po prostu aż ruda od znajdujących się na całej jej wysokości plam i zacieków wyjątkowo wyraźnie widocznej rdzy!
Ot, no proszę, w podobnego typu lokalach w Ameryce czy w Azji takie rury są z reguły niklowane, a tutaj... z zardzewiałego żelaza, i już! Ale to oczywiście i tak zupełnie w niczym pląsającym przy nich miejscowym panienkom nie przeszkadzało, z tym że... No cóż, niestety, ale jednak te ich tańce były w sumie nudne jak przysłowiowe flaki z olejem, bo one wszystkie... nie tańcowały wcale na golasa!
Eeee taaam... Owszem, były one w skąpych „bikiniach” (właśnie tak liczbę mnogą z „bikini” określał jeden z moich kolegów spod Kielc), ale żadnego z ich „elementów” ani jedna z tych pań, i ani razu nawet na krótką chwilkę z siebie nie zrzuciła! Ech, kudy zatem temu miejscu do Południowej Ameryki..? Ot, na przykład portom w Hondurasie czy Gwatemali, a już zwłaszcza brazylijskiemu Manaus, gdzie... (ach, tam to dopiero bywało!)
Ale... hola hola! Co ja teraz tak nagle z Brazylią wyjeżdżam..?! Cóż to, czyżbym się nagle zanadto... rozmarzył..?! Szybko powracajmy więc do naszej rzeczywistości, do Kenii – czyli do przemiłych chwil naszej aktualnej nasiadówki w Barze Casanova.
W pewnym momencie przypętał się do nas jakiś mały chłopczyk, który taszczył z sobą wielki jutowy worek pełen jakichś figurek i masek z drzewa, oferując nam do sprzedaży całkiem fajne rzeczy i to wcale nie po zbytnio wysokich cenach. Ot, zapewne „podebrał” on po cichaczu swemu Łojcu te ludowe wyroby, albo je po prostu gdzieś „zwędził”, bowiem były one wszystkie w sumie bardzo ładne, wyglądające na naprawdę dość wartościowe, zaś żądane za nie ceny były tak niskie, że... niemalże natychmiast cały ten worek został dokumentnie przez klientów rozkupiony, a ja zdążyłem ledwie złapać w ostatnim momencie piękną mahoniową figurkę lwa, wciskając czym prędzej temu brzdącowi do ręki 10-dolarowy banknocik, z którego zresztą był on całkowicie zadowolony.
O, i tak właściwie to na tym motywie powinienem już ten rozdzialik zakończyć, ale pozwólcie mi jeszcze na pewną drobną dygresję z mojej strony, zgoda..? Otóż, chyba po raz pierwszy w moim marynarskim życiu (o przepraszam: „w żywocie”, wszak to znacznie lepiej brzmi) zdarzyło się tak, że biesiadując sobie w takich lokalach, w których zawsze i niezmiennie normalną „dekoracją” oprócz muzyki, piwa i drinków jest obecność oferujących swoje wdzięki miejscowych „piękności nocy”, nie zostałem... no dosłownie, ani razu przez żadną z nich zaczepionym!
Tak, to niestety prawda – cóż, bardzo SMUTNA, ale jednak prawda. Właśnie tak tym razem było! No, po prostu, ani jedna z tych „czarnoskórych gazeli” w ogóle nie wykazała zainteresowania moją skromną osobą! A zatem... czyżby to już oznaczało „zmierzch” mojej morskiej kariery!?
No owszem, nawet gdyby któraś z tych pań chciała się do mnie przysiąść i na moje konto („na krzywkę” znaczy się) sobie chociaż jakiegoś pojedynczego drinka zamówić (co przecież, na przykład na Południówce jest wręcz NIEUNIKNIONĄ NORMĄ!), to z pewnością zachowałbym się jak typowy „Ociec-Polak” (czyli: „Ależ! Gdzież tam! Ja..?!? No też coś! Itd., itp...) i jej po prostu odmówił (choć, może jednak nie..? No ale o „czymś więcej” niż ewentualny drink, to już na pewno mowy by być nie mogło!), jednakże... niestety, ale one tym razem nawet mi najdrobniejszej szansy ku temu nie dały!
Ot, nic a nic – dyć nawet zwykłych próbnych „podchodów” w tym kierunku tym razem nie doświadczyłem! Żadna z nich do mojego stoliczka nawet i na krótki moment nie „podejszła” (co przeca drzewiej bywało aż w nadmiarze!) – ba, nawet się do niego nie zbliżała, już o takich „drobiazgach” jak „strzelanie oczyma w moim kierunku” wręcz w ogóle nie wspominając!
Czyli co..? Człek „się zaczyna kończyć”..? Czyżby moja siwizna na głowie była już aż tak wyrazista, że aż rażąca, i że jest ona może sygnałem „urbi et orbi”, iż ja... już niczego więcej od życia (o przepraszam, od „żywota” przecież!) nie chcę? Lub przynajmniej, chcieć nie powinienem? Czyżby moje stare lata na mym obliczu już aż tak bardzo wyraziście były wymalowane, że nawet afrykańskie panienki moją osobą zainteresowania nie przejawiały..? Ot, wystarczał im jedynie zaledwie krótki pojedynczy rzut oka w moim kierunku, aby od razu uznać, iż... ze „złomem” zadawać się już nie warto? Ha, nawet już nie próbować..?
Ech, żarty oczywiście żartami, ale... jednak coś w tym chyba jest, moi drodzy..! Bo przecież zauważcie sami – towarzyszący mi w tej wyprawie Filipińczycy i Ukraińcy (no fakt, że dużo duuużo młodsi) dosłownie na okrągło byli przez te „gazele” zaczepiani, kiedy to one nieustannie się do ich stoliczków przysiadały, gdy tymczasem ja... wciąż byłem samotny! No i gdzież tu dziejowa sprawiedliwość?! Czy już naprawdę ten mój siwy łeb aż tak bardzo razi w oczy..?! No owszem, powtórzę jeszcze raz, taka sytuacja akurat mi nie przeszkadzała – przeciwnie nawet, było mi z tym bardzo dobrze – ale jednak... czyżby starość już ante portas..? I co więcej, już jej zwiastuny widać..? Buuu...
No dobrze, ale tak już na poważnie, to i tak muszę się uczciwie przyznać, że właśnie tego wieczora wciąż miałem jakieś takie dziwne wrażenie, że akurat on (ten „wieczór” oczywiście) jest już chyba moim ostatnim dłuższym posiedzeniem przy piwie „gdzieś w świecie”, że jest już chyba moją ostatnią taką biesiadką, kiedy to wspólnie z kolegami ze statku mogłem wybrać się w aż tak licznym gronie do miasta, gdzieś do knajpki na przykład, i spędzić te parę fajnych chwil z dala od pracy i w pełni się po niej zrelaksować.
No cóż, po prostu akurat takie myśli mi wtedy po głowie chodziły i kto wie, czy właśnie one nie okażą się prorocze? No bo w istocie, w dzisiejszych czasach takie okazje zdarzają się już szalenie rzadko i jeśli nawet jeszcze kiedykolwiek coś podobnego stanie się moim udziałem, to... czy będzie wówczas możliwość AŻ DWA KOLEJNE WIECZORY spędzić w atmosferze zabawy i pełnego luzu, jak się to nam właśnie w Mombasie przydarzyło, a co przecież kiedyś było nieomal normą..?
Ot, szczerze powiedziawszy, bardzo w to powątpiewam. Owszem, tym razem trafiło się nam „jak ślepej kurze ziarno”, ale w przyszłości liczyć na coś podobnego raczej już się nie powinno... Ot, co...

Żegnamy Kenię i… hajda na Madagaskar..!
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
louis
louis Lewandowski
zwiedził 75% świata (150 państw)
Zasoby: 502 wpisy502 57 komentarzy57 574 zdjęcia574 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
21.01.2019 - 21.01.2019
 
 
18.01.2019 - 18.01.2019
 
 
16.01.2019 - 16.01.2019