Geoblog.pl    louis    Podróże    Filipiny - Manila    Filipiny - Manila-3 (ostatni)
Zwiń mapę
2018
21
gru

Filipiny - Manila-3 (ostatni)

 
Filipiny
Filipiny, Manila
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 0 km
 
Populacja samej Manili sięga liczby jednego miliona i siedmiuset tysięcy stałych mieszkańców, ale jednocześnie – uwaga, bo to naprawdę zabrzmi dość paradoksalnie – jest ona miastem... bardzo małym! Tak, bowiem jej całkowita powierzchnia to zaledwie 38 kilometrów kwadratowych, czyli... nawet dużo mniej od Śródmieścia Warszawy! Ot, dla jeszcze bardziej wyrazistszego porównania podam, iż nasze średniej wielkości polskie miasto pod względem powierzchni jest o wiele większe – na przykład prawie 400-tysięczna Bydgoszcz posiada ogólną powierzchnię rzędu 180 kilometrów kwadratowych, czyli aż pięciokrotnie większą od stołecznej Manili na Filipinach!
Czy zatem bylibyście w stanie – gdyby tak ową analogiczną skalę zastosować w Polsce – wyobrazić sobie ludność wspomnianej Bydgoszczy wynoszącą aż osiem milionów mieszkańców?! A 9 milionów w Gdańsku, 11 w Poznaniu, 14 we Wrocławiu czy... aż 16-17 milionów mieszkańców w Krakowie i w Łodzi..?! Toż to byłoby prawdziwym koszmarem, czyż nie..? No tak, ale właśnie to jest najbardziej typowym zjawiskiem Dalekiego Wschodu Azji – ta wręcz przeokropna gęstość zaludnienia wielkich miast – z czym zresztą chyba nigdzie w Europie by sobie nie poradzono.
No ale sama Manila to jeszcze nie wszystko, jasna rzecz. Całą jej wielką aglomerację bowiem tworzy jeszcze 15 innych miast, które „ścisłym wianuszkiem” wokoło Manilę otaczają – takie jak Capiz, Valenzuela, Caloocan, Macati czy przede wszystkim największe z nich Quezon City – a one wszystkie razem tworzą metropolię dziś już aż prawie piętnastomilionową.
No tak, ale przecież nie samym zwiedzaniem zabytków i przechadzkami po mieście człowiek żyje, nieprawdaż..? A dyć jasne, co prawdaż – zaiste! Azaliż jakowyś respektem ku swej własnej personie tryskający Człek Morza bez wizyty w jakowejś tawernie przeciwnościom losu podoła? Weźmie się z nim szczęśliwie za bary, gardła swego uprzednio dobrą okowitą, lubo piwem smacznym wielce, nie przepłukawszy..?! Ależ, wszelako nie! Przeto, kiedy ino sposobność dobra ku temu nastała, w kilku chłopa waleczni marynarze z Lechistanu ku najbliższej gospodzie przydrożnej (czyli do knajpy o nazwie American Bar) wieczorną porą się wyprawiła, harce wszelakie przy kuflu pienistego piwa tamże planując. O, o właśnie!
Tylko że niestety, akurat ten najsłynniejszy w pobliżu portu manilski bar zupełnie nam do gustu nie przypadł. Zajechaliśmy pod niego z fantazją – siedząc na budzie jakiegoś zdezelowanego pick-upa, który nas bezpośrednio z portu zabrał, więc wytrzęśliśmy się po drodze na tutejszych wybojach wprost niemożebnie (ufff, ależ nas wtedy dup*ka bolały!) – ale kiedy się w nim już na dobre rozsiedliśmy, to... namolność tamtejszych „piękności nocy” w spokoju usiedzieć nam nie dała.
No niestety, ale tak się nas wtedy te babska czepiały, że wkrótce z wielką ulgą się stamtąd jednak wynieśliśmy. Oczywiście z zamiarem poszukania sobie na tę zaplanowaną biesiadkę zupełnie innej knajpki (wszakże wieczór był jeszcze „całkiem młody”, do północy daleko, więc na statek wracać jeszcze nie planowaliśmy) – jakiegoś lokaliku dużo spokojniejszego, przytulnego, aby przez nikogo nie być niepokojonym i móc naprawdę przy tym smakowitym piwku posiedzieć. Bez nikogo skaczącego nam po głowach. Czyli, z nadziejami na takie właśnie „łowy” wyruszamy.
Zaledwie pół godzinki spacerku i już jest..! Kilka przecznic dalej natrafiliśmy na naprawdę fajny lokalik, w którym rzeczywiście całkiem nieźle się zabawiliśmy, chociaż z początku... wcale się na to nie zapowiadało. Co więcej, do tego naszego nowego wyboru niemalże jak ulał pasowałoby powiedzenie „zamienił stryjek siekierkę na kijek”, ale na szczęście – jak już zaznaczyłem – takie wrażenie mieliśmy tylko na samym początku wizyty w owej knajpeczce, bo po niedługim czasie było już całkiem do rzeczy.
A wiecie do czego „piję”..? Otóż, kiedy do tej niewielkiej knajpki wstąpiliśmy, to po pierwszym rozejrzeniu się dookoła stwierdziliśmy, iż to jest właśnie to. Dokładnie to, czego na ten wieczór poszukiwaliśmy. Lecz kiedy się już wygodnie rozsiedliśmy, a na blacie naszego stolika pojawiły się kufelki z zimnym piwem, to dopiero wtedy zorientowaliśmy się, że tutaj pod względem owej „namolności” może być... całkiem podobnie. Albo i nawet... jeszcze gorzej..! Tak, tylko że tym razem wcale nie za sprawą jakichś natarczywych „piękności nocy”, ale z powodu... małp!
Ufff. Bo my sobie spokojniutko siadamy, z rozkoszą bierzemy po pierwszym łyczku pienistego napoju, rozpoczynamy naszą biesiadkę, aż tu nagle... hyc, jakaś mała małpka nam na blat stołu wskakuje! A zaraz za nią, jeszcze druga! Nawet się jeszcze nie zdążyliśmy zorientować, skąd się one w ogóle tu wzięły – zapewne przybiegły do nas z zaplecza tego lokalu, bo wcześniej na sali ich nie widzieliśmy – gdy one już bezczelnie grzebały w naszych miseczkach z orzeszkami!
Ot szelmy! Czy miałoby to więc znaczyć, że my w poszukiwaniu spokoju wpadliśmy jednak z deszczu pod rynnę? Że teraz, tak dla odmiany, zamieniliśmy – za przeproszeniem – ladaczn*ce na małpy?! Ale, skoro chcieliśmy przygód i egzotyki, no to je mamy! I teraz pozostaje nam już tylko baczne pilnowanie zawartości naszych kufelków, żeby któreś z tych rozbrykanych zwierzątek nam do nich nie napluło, ot co!
Jednakże – jak już wcześniej wspomniałem – tylko na samym początku ta niespodziewana „małpia napaść” nam przeszkadzała, bowiem już po kilku minutach „zrobiliśmy z nimi porządek”, bezpardonowo je z naszego stołu odganiając, by na całą resztę wieczoru mieć już święty spokój, jako że one już więcej swoją obecnością nas nie niepokoiły. A zatem, potem były już tylko „długie Polaków rozmowy”, oczywiście przy dobrej muzyce i przy smacznym zimnym piwie, wszak takowy relaksik dla marynarzy zawsze jest w cenie. Eeech, dlaczego te czasy już nigdy nie powrócą..?
Moi drodzy, a skoro już jesteśmy przy temacie zoologii (wszak małpy to animale, no nie?), to pozwólcie mi „pochwalić się” jeszcze czymś innym z tej samej dziedziny, jako że ostatniego dnia naszego postoju w Manili przydarzyła nam się dość dziwna „wizyta” na naszym statku – mianowicie, taka „mini inwazja” roju... ważek. Użyłem określenia „rój ważek” – zapewne z biologicznego punktu widzenia nietrafnie – ale akurat właśnie takie mieliśmy wówczas skojarzenie.
Przysiadło ich bowiem na falszburcie w pobliżu naszego trapu kilkadziesiąt sztuk jednocześnie, a ponieważ ich rozmiary były naprawdę bardzo „słuszne” (tak, te nasze polskie nadjeziorne ważki przy nich byłyby zwykłymi liliputami), to oczywistością było, iż natychmiast wzbudziły one nasze ogromne zainteresowanie. A kiedy się jeszcze okazało, że są one zupełnie niepłochliwe, dając się bez żadnego problemu brać do ręki, to wówczas już na całego dostarczyły nam... wcale niezłej rozrywki.
A tak, moi drodzy, rozrywki. Były one bowiem w dotyku dość dziwne, jakieś takie „metalicznie twarde”, jakby były one pokryte jakimś szczególnym pancerzykiem, a jeszcze dodatkowo miało się wrażenie, iż one w ręku... głośno chrzęszczą (choć to było oczywiście jedynie złudzeniem), toteż całkiem fajną zabawą stało się nagle... wsadzanie ich komuś za kołnierz! Wyobrażacie sobie bowiem, jak takiego stwora czuło się pod koszulką na gołych plecach? Brrr..! Brało człeka w takiej chwili aż tak wielkie obrzydzenie, że porównać je można było chyba tylko do wstrętu wobec karaluchów. Jeszcze raz wieeeelkie brrr..!
A przecież były to jedynie zwykłe ważki! Owszem, duże, twarde i „chrzęszczące”, ale jednak tylko ważki. Trochę to jednak dziwne, prawda..? Około dwa miesiące później, już po powrocie z tego rejsu do domu, oczywiście zaglądnąłem z ciekawością do jakiejś encyklopedii, wyszukując w niej, że tymi owadami był najprawdopodobniej jakiś gatunek azjatyckiego straszyka, choć oczywiście głowy za to bym nie dał. Ale... dlaczego ja w ogóle o takich banałach teraz piszę..?! Zapomniałem się, czy co..? Kończmy więc czym prędzej te głupoty, bo przecież już najwyższy czas z Manili w dalszą podróż wyruszać.
A zatem, zakończyliśmy wyładunek w Manili, sklarowaliśmy statek do wyjścia w morze, więc... dalej w drogę, do Hong Kongu. Odcumowujemy, wychodzimy z portu, zdajemy pilota i natychmiast obieramy kurs na wyjście z zatoki, nad którą stolica Filipin się rozlokowała. Lornetki w dłoń, bo przecież pobliskie brzegi piękną soczystą zielenią porośnięte, jest więc na czym ciekawskie oko zawiesić, aż do chwili opuszczenia zatoki, kiedy zresztą zapada już mrok, dalsze podziwianie „okoliczności przyrody” wykluczający. Ponad naszym głowami piękne gwiaździste niebo, morska tafla spokojna jak jeziorko, ani śladu wiatru...
No i około godziny 21-szej natrafiliśmy na naszym kursie na całą chmarę rybackich łódeczek, z których tylko nieliczne posiadały na swoim pokładzie jakiekolwiek światełko, cała reszta zaś była po prostu dla nas zupełnie niewidoczna. Owszem, oba radary przepisowo pracowały, a my byliśmy nieustannie w ich ekrany wpatrzeni, tylko że naprawdę rzadko która z tych małych drewnianych łódek była w ogóle przez radary wykrywana, jeśli w tzw. „reflektor radarowy” wyposażona nie była.
Ich wszystkich więc na ekranach nie widzieliśmy, ale to akurat nie było dla nas żadnym zaskoczeniem, bowiem w tym rejonie świata po tutejszych morzach zawsze kręci się takich obiektów całe mnóstwo, a o swoje bezpieczeństwo z reguły dbają sami rybacy, już zawczasu płynącym w ich kierunku statkom schodząc z drogi. Oczywistością wszakże jest, że dużym jednostkom bardzo trudno pośród takiego gęstego „miasta na wodzie” (tak, bo wielokrotnie takie rybackie grupy liczą kilkaset łódek naraz) skutecznie manewrować, toteż w trosce o uniknięcie zderzenia już sami rybacy wolą wcześniej zareagować, na jakikolwiek manewr dużego statku nie czekając. Bo tak jest po prostu i szybciej, i łatwiej, i przede wszystkim bezpieczniej.
Bywa jednak czasem i tak, że jakiś zbyt mocno zajęty połowem rybak po prostu się zagapi, więc zawczasu z kursu nadpływającego statku nie ustąpi, bo go po prostu w porę zauważyć nie zdążył. Z tym że nawigatorzy na Mostku również bezczynnie nie siedzą, więc kiedy tylko właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia, to oczywiście zmieniamy kurs i takiego „gapowicza” omijamy. Bo cóż, człowiek jest tylko człowiekiem, więc czasem błąd popełnić może, a jeszcze dodatkowo bywa częstokroć i tak, że wyciąganie ciężkich sieci tak skutecznie manewrowość owych łódek ogranicza, że one same po prostu uciec z kursu już nie podołają. Ale my, jak już zaznaczałem, na Mostku też nie śpimy.
No tak, ale nasza skuteczna reakcja uzależniona jest przede wszystkim od jednego najważniejszego czynnika – trzeba po prostu obecności takiego rybaka na kursie być w ogóle świadomym! Takiego rybaka przede wszystkim trzeba widzieć..! Albo wzrokowo, lub chociażby na ekranie radaru, bo przecież w przeciwnym razie o żadnym omijaniu „duchów” nie ma mowy, jasna rzecz. Zatem, gdy się takiego „delikwenta” widzi, wszystko gra. Jest po prostu bezpiecznie.
Ale jak się żadnej łódeczki na swoim kursie w ogóle nie widzi, bo jej niewielkie rozmiary i drewniana konstrukcja uniemożliwiają jej wykrycie przez radary nadpływającego statku, to niestety... Wówczas jest rzeczywiście bardzo wielkie prawdopodobieństwo kolizji. Z tego oczywiście wszyscy doskonale sobie zdają sprawę, tylko co z tego, skoro w większości takich przypadków obsada Mostka jest całkowicie bezradna? Jak bowiem można skutecznie zareagować w sytuacji, w której o obecności jakiejś małej łódeczki dowiadujemy się dosłownie w ostatnim momencie? W chwili, kiedy do staranowania takiej „łupinki” pozostało zaledwie kilka sekund? No co jeszcze można wtedy zrobić..?
A tak, moi drodzy, wtedy to już tylko można się modlić o jakiś cud, bo przecież żaden duży statek błyskawicznie skręcić nie jest w stanie, wszak to nie samochód. A właśnie dokładnie to akurat wtedy nam się przydarzyło. Na obu radarach przed dziobem niczego podejrzanego nie ma, nie pojawia się tam ani jedno, choćby nawet najbledsze echo, gdy tymczasem...
Ufff... Gdy tymczasem – tak raptownie, jak ten przysłowiowy grom z jasnego nieba – pojawia się w tej ciemności tuż przed naszym dziobem kilka jaśniejszych punkcików, co do których w mig zorientowaliśmy się, że są to podpalone w popłochu przez jakichś rybaków gazety! Tak, z braku jakichkolwiek innych możliwości zasygnalizowania nam w tych ostatnich sekundach swojej obecności tuż przed nami, oni po prostu żywym ogniem pęki jakichś gazet pozapalali i teraz machają nimi rozpaczliwie, oczywiście w nadziei, że nam się jeszcze jakoś uda ich ominąć..!
No cóż, ale niestety ta sztuka już się nam nie udała, bo i tak zresztą udać się nie mogła. Owszem, położyłem jeszcze błyskawicznie ster na prawą burtę, ale reakcja tak dużego statku nie następuje tak szybko jak w samochodzie, to po prostu jest fizyczną niemożliwością. Zanim płynący statek w ogóle zacznie się powoli od swego kursu odchylać, to zawsze musi minąć te co najmniej kilka-kilkanaście sekund (i to w wypadku statku o dość dużej manewrowej sterowności – wiele jednostek o sekundowych reakcjach mogłoby tylko pomarzyć, bowiem z reguły trwa to dużo dłużej), toteż w chwili gdy tę płonącą gazetę dostrzegliśmy dosłownie tuż przed naszym dziobem, na uniknięcie kolizji było już oczywiście za późno. Ufff...
Zatem, stało się. Z prawdopodobieństwem sięgającym 99% naszym dziobem tę małą łódeczkę staranowaliśmy. Ten mikry ogieniek zniknął nam z oczu, natomiast my, czyli cała aktualna obsada Mostka (Kapitan, Marynarz i ja), spojrzeliśmy tylko znacząco po sobie, albowiem nadziei na to, że tym rybakom się jednak to ich gapiostwo upiekło, raczej być nie mogło.
Pytanie tylko, czy stuknęliśmy ich dokładnie naszą gruszką, czy też może ta łupinka dostała się jedynie w falę „odwału”, nie będąc jednak bezpośrednio przez konstrukcję statku uderzoną, dlatego też w powyżej szacowanym prawdopodobieństwie kolizji pozostawiłem ów jeden procencik nadziei, bo przecież w ciemnościach „że oko wykol” nikt z nas absolutnie nie byłby w stanie stwierdzić tego na pewno. Żadnych krzyków nie usłyszeliśmy, ani też nie poczuliśmy nawet najmniejszego wstrząsu kadłuba (co zresztą przy zderzeniu z takim malcem i tak wyczuwalne by nie było) – jedyne więc, o czym byliśmy absolutnie przekonani, to to, że tuż przed naszym dziobem ta rybacka łódeczka z całą pewnością była, i że jakiegoś uszczerbku od nas doznała. Akurat to było już pewne „na bank”.
No tak, tylko cóż to być mogło? Co tak naprawdę z tym rybakiem wówczas się stało? No cóż, skoro na własne oczy zobaczyć jego dalszego losu w stanie nie byliśmy, to pozostawały nam już tylko same spekulacje. One jednakże, wcale nie musiały już być aż tak dramatyczne, moi drodzy. Bo sprawa wyglądała tak; rybaczka uderzyliśmy, owszem, ale czy trafiliśmy go naszą gruszką czy „odwachem” wody, to tego już stwierdzić nie mogliśmy. To już mogło być tylko w sferze domysłów.
Gdyby ta łupinka dostała się jedynie na fale „odwału”, to z bardzo dużym prawdopodobieństwem mogliśmy rzec, iż ona, nie tylko że się w ogóle nie przewróciła, to jeszcze nie doznała żadnych uszkodzeń swojej konstrukcji, ucierpiały być może tylko same sieci. Jeśli z kolei została jednak naszą gruszką trafiona – nawet idealnie w bok – to wtedy „na dwoje babka wróżyła”. Tak, bo wówczas również istniały bardzo duże szanse uniknięcia wywrotki, jako że aż tak malutkie łupinki na powierzchni wody częstokroć zachowują się jak lekkie korki, które wcale zbyt łatwe do zatopienia nie są. Będący w takiej samej sytuacji jakiś większy kuterek bez wątpienia „poszedłby w drzazgi”, ale malutki i lekki „koreczek” od metalu się odbije. Tak, zaobserwowano już takich wydarzeń w przeszłości całe mnóstwo, więc w naszym przypadku również wcale nie było przesądzone, że my tych rybaków potopiliśmy.
Uffff, no cóż... Moi drodzy, aż po dziś dzień leży mi to na sercu – szczerze przyznaję – choć jednocześnie akurat w taką wersję pragnę wierzyć. Właśnie w to, że nasza kolizja z tym rybaczkiem pod Manilą jednak nie pociągnęła za sobą żadnych ludzkich tragedii – że, po prostu, nikt wtedy jednak nie ucierpiał. Owszem, równie dobrze mógłbym sądzić też i tak, że wówczas stałem się jednak mimowolnym współsprawcą czyjejś śmierci – że do takiej tragedii się przyczyniłem, nawet bez cienia własnej winy – jednakże ja nadal wolę myśleć o tym wszystkim właśnie w taki sposób, jaki powyżej wyartykułowałem.
Ale po tym nieszczęsnym zdarzeniu przynajmniej wiem jedno – że teraz mogę sobie już w pewnym stopniu wyobrazić, jak czują się zawodowi kierowcy samochodów, którzy rutynowo wykonując swoją codzienną pracę, bez żadnej własnej winy uczestniczyli w wypadku, w którym ktoś poniósł śmierć. I wierzcie mi, życie z takim „garbem” wcale takie łatwe nie jest.

No dobra, ale koniec już tego minorowego nastroju. Było, minęło. Dosyć już tej filozofii, wracajmy wreszcie do rzeczywistości.
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
louis
louis
zwiedził 75% świata (150 państw)
Zasoby: 519 wpisów519 59 komentarzy59 574 zdjęcia574 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
01.02.2019 - 01.02.2019
 
 
30.01.2019 - 30.01.2019
 
 
29.01.2019 - 29.01.2019