Geoblog.pl    louis    Podróże    "Blindziarze" z Tin Can Island (Nigeria)    Namibia - Walvis Bay
Zwiń mapę
2019
09
sty

Namibia - Walvis Bay

 
Nambia
Nambia, Walvis Bay
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 4725 km
 
WALVIS BAY - Namibia - Listopad 2011


W poprzednim odcineczku napisałem, że początkowo nasi „blindziarze” zachowywali się bardzo grzecznie, ale już niebawem powoli zaczynała już w nich wstępować jakaś „diabelska dusza” – coraz częściej słychać było ich głośne, pełne niezadowolenia wykrzykiwania, a po kolacji już nam żadnych talerzy – nie tylko że nie umytych, ale już w ogóle nie zwrócili – lecz tylko... rzucali nimi w złości poprzez kraty w marynarza, który ich akurat wtedy pilnował. Co gorsza jednak, nie oddali oni nam także i żadnych sztućców, czyli od tej pory – oj wiem, zapewne znowu zabrzmi to dla was niepoważnie, ale właśnie tak niestety trzeba było to potraktować – stali się oni... uzbrojeni. Tak, w ostre widelce i noże!
Jak zatem mógłby wtedy ktokolwiek z nas bezpiecznie otworzyć tę odgradzającą ich od nas żelazną kratę i do ich kabiny zaglądnąć, jeśli wszyscy zaczęli się już zachowywać agresywnie, krzyczeć pod naszym adresem; „rasiści” oraz „kolonialiści!” (ha, dobre sobie – nazwać Filipińczyka kolonialistą to już rzeczywiście niezły numer, nieomal numer stulecia..!), a i przy każdej nadarzającej się okazji – czyli wtedy, gdy się ktoś z nas do ich kabiny zbliżał – rzucać w niego czym popadło. Ot, resztkami jedzenia, mydełkami, swoimi butami, a i nawet… - uwaga! - …gów*em!
Tak więc jakakolwiek rozsądna rozmowa z nimi już w grę nie wchodziła, zwłaszcza że jeszcze dodatkowo rozpoczęli oni próby wyważenia tej kraty, wręcz szaleńczo ją szarpiąc, co - na szczęście - żadnego efektu przynieść nie mogło, bo przecież bez jakichś narzędzi dokonać tego nie mogli. Ale jednocześnie z obawy o bezpieczeństwo zmuszeni niestety byliśmy do zwiększenia naszej czujności, stawiając przy nich od tej pory aż trzyosobową stałą wartę marynarzy, bo… jakby im się jednak tę kratę jakoś wyrwać udało..?
O, i dokładnie właśnie tak przebiegał kolejny, piąty już dzień ich pobytu w tej „Suez kabinie” od czasu naszego ich wykrycia w rudder trunku. Wieczne krzyki, rzucanie w nas jedzeniem – już wówczas nie jego resztkami, ale nim całym, bo wtedy już niczego w ogóle jeść nie chcieli - protestując głośno, że to co im podajemy do konsumpcji się po prostu nie nadaje (sic! A dostawali dokładnie to samo co jadała załoga..!), nieustannie wciąż wykrzykując te swoje „rasiści, kolonialiści, itd.”, za żadne skarby świata nie dając się uspokoić..!
No niestety, ale nasze wielokrotne próby perswazji, że takie ich zachowanie w ogóle sensu nie ma, bowiem my i tak ich stamtąd nie wypuścimy, żadnego skutku nie odnosiły. Co gorsza, nie tylko że z nimi porozmawiać już się nawet nie dawało, to jeszcze na dokładkę zaczęli oni nam… wygrażać śmiercią (sic!), jeśli tylko zdarzy się tak, że nasz statek ponownie do Nigerii zawita, a oni w międzyczasie zostaną tam skądś z powrotem odesłani.
Szczególnego „zaszczytu” tego rodzaju gróźb doświadczał nasz filipiński Elektryk (no tak, ale akurat on rzeczywiście w stosunku do nich zachowywał się niezbyt godnie, wciąż wyzywając ich od „małp”, „śmierdzących szczurów” i… „czarnych robaków” – ufff, niezły „kaliber”, no nie? W pewnym momencie musieliśmy więc go natychmiast z ich oczu zabrać, żeby naprawdę do jakiejś tragedii nie doszło) oraz… autor niniejszych słów we własnej, wcale jednak tymi pogróżkami nie wystraszonej osobie.
No cóż, aż po dziś dzień wprawdzie nadal nie pojmuję, dlaczego akurat mnie sobie w ten sposób „upodobali”, wykrzykując w moim kierunku, że mnie w Lagos zatłuką – hmmm, może z tej przyczyny, że poza mną samym już nikt inny ze statkowej „oficerki” do nich w ogóle nie zaglądał..?
Czyli, jakby na to nie spojrzeć, to jednak byłem dla nich wtedy jedyną osobą, na której mogli jeszcze opierać jakiekolwiek swoje złudzenia co do ich przyszłych losów, może więc właśnie dlatego stałem się dla nich aż taką solą w oku, nawet pomimo tego, że ja przecież w ogóle nie pozwalałem sobie na żadne dłuższe z nimi dyskusje, a już tym bardziej na wyzwiska..?
Jednakże, eee taaam – no przecież nie będę się obawiał jakichś czczych pogróżek ze strony grupki „blindziarzy”, którzy zapewne w podobnych sytuacjach wobec wielu innych osób zachowują się podobnie, chociaż oczywiście… wcale mi się jednak do tej Nigerii wracać nie pali. Nie tylko z powyższego powodu rzecz jasna, ale tak ogólnie – wszak w tym „raju na ziemi” szukać naprawdę nie ma czego. Krótko mówiąc, od tego kraju lepiej się trzymać z daleka.
No i wreszcie przybywamy do Namibii. Na kotwicowisku w Walvis Bay przybyło do nas kilku uzbrojonych żołnierzy (jednak nie policjantów), którzy po kolei – pojedynczo, jednego po drugim, a za każdym razem starannie za sobą kratę ich kabiny zakluczając, pozostawiając wtedy jednego ze swego grona na straży z bronią gotową do strzału! – wyprowadzali naszych nigeryjskich uciekinierów poza nadbudówkę, a potem schodzili z nimi po trapie w dół do cumującej przy naszej burcie motorówki, gdzie... przykuwali ich kajdankami do znajdującej się tam na pokładzie metalowej barierki.
I tak kolejno aż osiem razy pod rząd, bez żadnego wyjątku. Nie dziwota jednak, że zachowywali aż tak daleko posunięte środki ostrożności, bowiem ci „blindziarze” nawet na widok tych żołnierzy z karabinami w rękach uspokoić się nie chcieli, wciąż jeszcze szarpiąc się kiedy ich odprowadzano do motorówki, miotając te swoje przekleństwa, odgrażając się wszystkim dookoła (a zwłaszcza naszemu Elektrykowi, którego ponownie zmuszeni byliśmy gdzieś „schować”) i agresywnie się zachowując! Krótko mówiąc, ci żołnierze wobec każdego z tych „blindziaków” musieli używać siły, odprowadzając ich na pokład mocno ich pod pachami trzymając, a jednego z nich to nawet niemalże wlekli po podłodze.
Widać więc było, że desperacji w nich wciąż nie brakowało, ale jak moglibyśmy się temu dziwić, skoro związane z ich ucieczką z Nigerii marzenia na przyszły lepszy los właśnie legły w gruzach, zaś od teraz czekać ich będzie już jedynie sama poniewierka?
Owszem, sami się na nią skazali, próbując desperackiej ucieczki w maluteńkim pomieszczonku statkowego rudder trunku, udowadniając zresztą w ten sposób swoją wręcz bezgraniczną naiwność – jednakże, cóż to w ogóle w tej sytuacji zmienia, jeśli dla takich właśnie ludzi ta droga jest częstokroć jedyną dostępną możliwością wyrwania się ze swojego pełnego nędzy piekła?
W celach podróżniczych przecież tego nie czynią, to nie są jacyś „morscy autostopowicze”, którym się nagle zamarzyło w nielegalny sposób świat zwiedzić, ale niestety są oni ludźmi pełnymi rozpaczy, dla których podjęcie takiego ryzyka jest nierzadko nawet i lepszym rozwiązaniem, aniżeli pozostawanie w miejscu, gdzie doznają – i to dosłownie na co dzień - upokorzenia, a nawet zwykłego głodu, żyjąc we wręcz niekończącej się beznadziei.
Oj, szerzy się ta bieda na tym naszym zwariowanym świecie, coraz to bardziej szerzy. Z dnia na dzień zatacza ona coraz większe kręgi, zaczyna dotykać także i takich rejonów świata, gdzie dotychczas zawsze żyło się choć w miarę względnie, na przykład w Północnej Afryce, Ameryce Południowej czy nawet w Europie. Oby ona tylko kiedyś nie wybuchła...
Powyższy akapit zakończyłem wprawdzie w tonie dość pesymistycznym, ale to przecież nie oznacza, że my wszyscy mamy się teraz temu nastrojowi poddawać, prawda..? Ba, przeciwnie nawet – powinniśmy czym prędzej do poprzedniej atmosfery i naszego dobrego samopoczucia powrócić, z pełną świadomością pozostawiając jednak te powyżej wspomniane problemy za sobą. No, przynajmniej na kartach niniejszych „Wspominek-Wypocinek”.
Owszem, w żadnym wypadku nie można pozostawać wobec tych spraw obojętnym – jednakże cóż my, „przeciętni zjadacze chleba”, możemy na to wszystko poradzić..? Czy możemy ten szalony pęd naszego świata jakoś powstrzymać lub przeciwstawić się narastającej biedzie? Ot, ma może ktoś z was na to jakąś cudowną receptę? Rzuci ktoś jakimś dobrym pomysłem..?
Nie..? To w takim razie... o czym my w ogóle gadamy..? Czy nie lepiej zatem zająć się tylko swoimi sprawami, jednocześnie pięknie Niebiosom dziękując za to, że doświadczamy jednak takiego losu, który nie przymusza nas do ryzykowania własnym życiem w jakiejś cuchnącej norze na przygodnie spotkanym statku, dokąd zagnałaby nas nasza nędza i brak życiowych perspektyw..?
Cóż, każdy z was, moi W.Cz.Czytelnicy, mógłby z całą pewnością wyrazić swoje własne nadzieje na poprawę aktualnego, swojego oraz swych Najbliższych losu, albowiem w tej materii zawsze byłoby do czego się przyczepić - to jasne, wszakże rzadko kto na pieniądzach leży oraz zdrowiem tryska - ale czy jednocześnie zgodziłby się tak ochoczo, no i rzecz jasna uczciwie i sprawiedliwie, porównać swoją własną dolę z sytuacją powyżej opisanych „blindziarzy”..?

Ech, co ja znowu w jakowąś filozofię uderzam? Ufff, muszę się szybko z tego nastroju otrząsnąć i czym prędzej… po prostu tę opowieść zakończyć, ot co…
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
louis
louis
zwiedził 75% świata (150 państw)
Zasoby: 519 wpisów519 60 komentarzy60 574 zdjęcia574 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
01.02.2019 - 01.02.2019
 
 
30.01.2019 - 30.01.2019
 
 
29.01.2019 - 29.01.2019