Geoblog.pl    louis    Podróże    Gorąca prośba do "blogowiczów" o rady, wskazówki, podpowiedzi...    Luksemburg - Clervaux
Zwiń mapę
2019
11
sty

Luksemburg - Clervaux

 
Luksemburg
Luksemburg, Clervaux
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 2455 km
 
A teraz, jeżeli mi pozwolicie, w ramach „skromnego rewanżu” za pomoc, o którą prosiłem w poprzednich odcineczkach, pokuszę się z kolei o pewną podpowiedź tym razem z mojej strony, bo może jednak kogoś z was akurat to zainteresuje. Na geoblogu udzielają się oczywiście sami „rasowi wyjadacze” podróży po świecie, więc najprawdopodobniej nikomu tymi moimi podpowiedziami nie zaimponuję, ale spróbować jednak powinienem.
Otóż, zdarzyło mi się kiedyś rozpoczynać mój kontrakt na jednym ze statków w belgijskiej Gandawie, dokąd dowieziono mnie wprost spod mojego domu specjalnie przez naszą Agencję pośrednictwa pracy wynajętą taksówką z Gdyni, z tym że nasza ówczesna podróż nie wiodła do Belgii najkrótszą z Polski trasą, bowiem zmuszeni wtedy byliśmy wziąć po drodze jeszcze jedną osobę, po którą kierowca tej taryfy musiał udać się na lotnisko we Frankfurcie.
Tak więc zamiast jechać z przejścia granicznego w Świecku poprzez Niemcy (via Hanower i Dusseldorf) wprost na Gandawę, to odbiliśmy z trasy jednak bardziej na południe, aby na odpowiednią godzinę zjawić się na tym lotnisku. Dochodziły mi zatem w ten sposób do długości mojej podróży jeszcze dodatkowe trzy godziny, ale na szczęście samolot z tym gościem (to był jakiś Mechanik, również z tej samej Agencji co ja, ale mający okrętować na inny statek w Antwerpii) przyfrunął planowo, więc żadnych dodatkowych czasowych strat więcej już nie było.
W drodze z Frankfurtu do tych portów w Belgii „zahaczyliśmy” o Luksemburg, przekraczając granicę tego państewka w okolicach miasta Vianden, by zaraz potem kierować się już na północ i stanąć na około godzinny „popas dla rozprostowania nóg” na jakiejś benzynowej stacji w pobliżu miasteczka Clervaux. I teraz właśnie chcę napisać to, do czego zmierzam.
Otóż, na tej stacji spotkałem pewne polskie małżeństwo z Warszawy, z którymi to ludźmi wdałem się w dość długą rozmowę, dowiadując się, że podróżują oni sobie po Zachodniej Europie swoim własnym samochodem, ale nie robiąc z tej podróży tzw. „objazdówki”, tylko skupiając się na kolejnych, realizowanych codziennie „objazdowych kółkach” po okolicy, bazując na swojej ulokowanej w Luksemburgu „mecie”.
Tak, ponieważ według ich dotychczasowych doświadczeń (a czynili tak co roku w różnych częściach Europy - no, przynajmniej tak mi mówili) właśnie taki sposób zwiedzania ciekawych miejsc okazywał się najtańszy, a jednocześnie dający możliwość „obkolędowania” jak największej ilości wartych odwiedzenia miejscowości wokół miejsca ich stałej „bazy wypadowej”. Czyli, wczesnym rankiem każdego dnia (lub co dwa dni) udawali się w objazd ciekawych miejsc w kilku okolicznych krajach, „zaliczając” w ten sposób kolejno Niemcy, Francję, Belgię, Holandię, Szwajcarię, ale zawsze na noc powracając w to samo miejsce w Luksemburgu, gdzie wówczas bazowali.
Pochwalili się więc wtedy tym, że na przykład „kółko niemieckie” wyglądało tak: Akwizgran-Bonn-Koblencja-Trewir. A zatem, „za jednym zamachem” obskoczyli aż cztery słynne miejsca w Niemczech za koszt jedynie samej benzyny, bowiem jedzenie i napoje przygotowywali sobie zawsze w przeddzień ich kolejnej wyprawy, więc nie tracili niepotrzebnie grosza na wizyty w restauracjach po drodze, a i również same noclegi też wypadały im dużo taniej, aniżeli podczas „objazdówek”, bowiem zapłata za ich „metę” na okres około 10 dni była oczywiście o wiele niższa (bonifikata!) niźli ta, którą by trzeba było zapłacić za dziesięć kolejnych noclegów w dziesięciu różnych miejscach po drodze w wypadku właśnie tych tzw. „objazdówek”.
No cóż, wszystko to brzmiało bardzo logicznie, dlatego też ja oczywiście dalej uparcie ten temat w tej rozmowie z nimi drążyłem, przekonując się, że właśnie taki sposób podróżowania rzeczywiście ma jakiś sens. Ot, po prostu, „raz a dobrze” wybrać się w jakąś długą drogę, aby się gdzieś na dłużej „zahaczyć” (bo przecież wtedy hoteliki czy pensjonaty kuszą dużymi zniżkami za lojalność, wiadoma sprawa), a gdzie jeszcze dodatkowo można skorzystać z możliwości tańszych posiłków za cały pobyt..! No i wtedy „kolędować” sobie po okolicy ile wlezie, za każdym razem na noc do swojej „mety” powracając.
Jak zatem było dalej w wypadku tego warszawskiego małżeństwa..? Otóż, ich „kółko francuskie” z kolei wyglądało tak: do Paryża przez Reims (słynna katedra!) oraz powrót „na metę” w luksemburskim Clervaux poprzez Metz. W sumie nieco ponad 500 kilometrów, jednakże… w sumie za jakie marne grosze!
„Kółko belgijskie”; Waterloo-Bruksela-Antwerpia-Liege. Około 350-400 kilometrów również tylko za cenę samej benzyny i poprzedniego wieczora przygotowanej „wałówki”. Warta zatem ta gra świeczki..?
„Kółko holenderskie”; Maastricht-Kinderdijk-Rotterdam. W sumie też około 400 kilometrów.
„Kółko szwajcarskie”; Genewa-Lozanna-Zurych-Bazylea. Tym razem (według ich słów) musiał to być „wyskok” dwudniowy, bo odległości do przebycia dużo większe, ale i tak „oszczędnościowa opłacalność” (że się tak wyrażę) była dla nich nie bez znaczenia. Krótko mówiąc, ponownie zjeździli sobie kawał Europy za marne grosze.
„Kółko luksemburskie”; wiadomo, tak właściwie to… wszystko.
No i co wy na to..? Spodziewam się, że w dzisiejszych czasach to oczywiście już nic nowego, dla tych tzw. „rasowych obieżyświatów” nie jest to już żadną rewelacją, ale ja jednakże chciałbym jeszcze „zdradzić” wam usłyszane wówczas od nich nazwy innych europejskich miejscowości, w których przed swoimi kolejnymi wypadami wynajmowali dość tanie „mety”, z których potem kolejno następne takie „objazdowe kółeczka” realizowali. Wszak pochwalili mi się wówczas, że właśnie dokładnie w taki sposób zwiedzili już całą Europę, więc… może jednak komuś z was taka podpowiedź się przyda..?
A zatem (z tego co zapamiętałem, bo przecież nie wszystkie z nich) te szczególne „mety” to:
- Nimes we Francji - bo w miarę „bliskim zasięgu” i Hiszpania (Barcelona ok. 400km), i Andora (ok. 250km), i Monaco (ok. 200km), i Włochy (San Remo (!) ok. 250km), a jakby się ktoś uparł, to i Genewa w Szwajcarii (ok. 400km).
- Barcs na Węgrzech – bo „w rozsądnym zasięgu” i Austria, i Słowenia, i Bośnia, i Chorwacja, i Serbia.
- Jurmała na Łowie – bo całkiem nieskrępowane i nawet dość łatwe i niezbyt kosztowne wypady stamtąd są możliwe i na Litwę, i do Estonii, i do Finlandii, i do Szwecji (podobno jakimś połączeniem promowym), a i nawet do Rosji czy na Białoruś, jeśli się posiada odpowiednie wizy.
No i to już wszystko, bo oczywiście dalszych szczegółów zapamiętać mi się już nie udało, skoro z tej rozmowy sobie ich nie wynotowałem.
No cóż, ja osobiście mam raczej pewne wątpliwości co do przydatności tej mojej „podpowiedzi” (bo przecież są to jedynie informacje zasłyszane), ale ja i tak czułem się w obowiązku choćby i taką „quasi wiedzą” z wami się podzielić. Bo może jednak jest w tym coś na rzeczy..?
Jeżeli jednak nie, to… po prostu machnijcie na to ręką, i tyle…
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
louis
louis Lewandowski
zwiedził 75% świata (150 państw)
Zasoby: 502 wpisy502 57 komentarzy57 574 zdjęcia574 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
21.01.2019 - 21.01.2019
 
 
18.01.2019 - 18.01.2019
 
 
16.01.2019 - 16.01.2019