Geoblog.pl    louis    Podróże    Tahiti    Tahiti - Papeete-4
Zwiń mapę
2018
06
sie

Tahiti - Papeete-4

 
Polinezja Francuska
Polinezja Francuska, Papeete
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 16157 km
 
Już ciąg dalszy następuje... Przypominam, jesteśmy aktualnie na rogatkach miejscowości Papava, na dziedzińcu luksusowego hotelu pobudowanego w tzw. „Resorcie Perłowych Plaż”...


Hotel Hyatt Regency wybudowany został na stromych stokach nadmorskiego skalistego wzgórza o nazwie Taharaa, którego najwyższy punkt wznosi się na wysokość 72 metrów n.p.m., a zatem, już ten fakt sam w sobie jest wystarczająco imponujący, prawda? A jeśli doda się do tego informację, iż to oczywiście jeszcze nie wszystko, albowiem projektanci hotelu dodali na jego szczycie olbrzymi recepcyjny hol, z restauracją, sklepikami, barami, itd., przykryty niezwykle pięknie się prezentującym, łódkowatego kształtu dachem, to już będziemy mieć wyobrażenie, z jak szczególnego rodzaju obiektem ma się tutaj do czynienia. Wszak, ówże hol położony jest na samym szczycie całego hotelu, ale de facto, każdy przybywający tu gość pojawia się w pierwszej kolejności właśnie tam, bowiem jego parking znajduje się dokładnie na samym szczycie tegoż wzgórza.
Czyli, wyobraźcie to sobie tak; zajeżdżamy pod samo główne wejście hotelu, wchodzimy do środka obszernego holu, który stanowi centrum recepcyjne z wszelką niezbędną tu infrastrukturą. Jednakże, wszystkie hotelowe pokoje znajdują się poniżej tegoż pomieszczenia, bowiem kolejne piętra hotelu „schodzą” w dół, jako że cała jego olbrzymia konstrukcja „przylepiona” jest do stoku wzgórza Taharaa, co powoduje, że jego absolutnie najniższa kondygnacja, położona zresztą już na samej prześlicznej nadmorskiej plaży jest de facto… piętrem ostatnim. Tak, bo przecież zamysł całej budowli właśnie na tym polegał, ażeby powstał hotelowy obiekt o układzie pięter niejako „do góry nogami”, co zresztą nawet znalazło odbicie w popularnej, potocznej i nieoficjalnej nazwie tegoż przybytku wśród całej rzeszy turystów, którzy niegdyś byli tu gośćmi, a którzy ochrzcili go mianem; „up-side down Hyatt hotel”. Ciekawe, prawda?
Tak więc, jak widzimy, położenie i pomysł na oryginalność tego hotelu jest naprawdę przedniej marki, a jak jest z jego architekturą..? Otóż, jest ona równie udana jak samo założenie jego konstrukcji – wydaje się być w istocie bajeczna, z wieloma wspaniale wyglądającymi tarasikami, pełna wplecionej weń bujnej zieleni, takich niby-ogrodów sąsiadujących bezpośrednio z loggiami gościnnych pokoi. Piętro najniższe (czyli, to „ostatnie”) nieomal opiera się o piaszczystą plażę, z przepiękną i otoczoną koralowymi rafami, i o lazurowym w tym miejscu kolorze wody laguną. Natomiast na samym szczycie hotelu, tuż obok jego wejściowego holu, znajdują się baseny otoczone niezliczoną ilością kawiarnianych, przykrytych barwnymi parasolami stolików, mnóstwem leżaków, ławek, ławeczek, itp. sprzętu do wylegiwania się na słoneczku, boiskami do gry w siatkówkę i w kule, tenisowymi kortami oraz kilkoma sztucznie stworzonymi ogródkami z paroma celowo tu posadzonymi, niezbyt wysoko piętrzącymi się palmami oraz mnóstwem kwiatów, z gardeniami, orchideami i hibiskusami na czele. Zatem, czy owa sceneria w istocie nie prezentuje się iście rajsko..? Z pewnością tak, wszakże, rosnące na dachu jakiegokolwiek budynku kokosowe palmy, już choćby same w sobie wystarczą za cały komentarz, czyż nie?
A to, oczywiście, jeszcze nie wszystko. Przed głównym wejściem bowiem, na hotelowym parkingu, stoją wykonane z drewna kokosowych palm, pandanowców, kazuaryn czy drzew chlebowych (też) dość duże rzeźby – niezwykle kolorowe i bogato zdobione, przedstawiające głównie jakieś przedziwne nierealne zwierzęce i ludzkie postaci, przypominające nieco swymi kształtami i ogólnym wizerunkiem totemy amerykańskich Indian. A co najciekawsze – uwaga, bo to warto wiedzieć – nie są to jakieś ludowe, związane z miejscowym folklorem wytwory naszych czasów, ale już w pewnym sensie zabytki, albowiem niektóre z nich liczą już sobie dużo ponad sto lat! Są więc one również szalenie wdzięcznymi obiektami do fotografowania się każdego szanującego się przybywającego tu turysty, właśnie z nimi w tle - czego oczywiście także i my zrobić nie omieszkaliśmy, to jasne.
Jednakże, co oczywiste, nie zatrzymaliśmy się przy owym hotelu Tahara’a jedynie dla tych kilku fotek, bowiem podstawowym naszym celem było skorzystanie z dobrodziejstwa tutejszych plaż oraz wręcz niezwykłej wartości punktów widokowych. Ale najpierw, rzecz jasna, wybieramy się nad lagunę. W tym celu zjeżdżamy więc hotelową windą kilkadziesiąt metrów w dół, by po chwili wysiąść nieomal nad samym morzem (czyli, na „ostatnim” piętrze hotelu), kierując się do miejsca, gdzie znajduje się czyściutki, złoty piaseczek. Od razu zaznaczyć muszę, iż jest to niestety twór sztuczny, albowiem na Tahiti, dookoła całego jej wybrzeża, wszędzie nadmorski piasek jest koloru czarnego, jest wszakże wulkanicznego pochodzenia, natomiast występujące tu gdzieniegdzie złote plaże (głównie oczywiście w pobliżu luksusowych hoteli) są na użytek turystów sztucznie usypane.
Ale nam, rzecz jasna, wcale to nie przeszkadza. Korzystamy więc z jej dobrodziejstw ile wlezie, taplając się w cieplutkiej wodzie do woli, zupełnie o bożym świecie zapominając – aż do momentu, w którym uznajemy, że nasyciliśmy się morską kąpielą na tyle, że przyszedł już najwyższy czas na… piwo. Ot, co. Wracamy więc czym prędzej z powrotem na „dach” hotelu, gdzie w pobliżu fasolkowatego kształtu baseniku zamawiamy po małym piwku, rozsiadając się wygodnie na krzesełkach i wystawiając schnące jeszcze ciała ku tropikalnemu słoneczku. Ależ bosko, rozkosz jak się patrzy…
Choć, niestety, to kosztuje – i to „zdrowo”, to jasne. Muszę się wam bowiem, moi drodzy, przyznać, iż takie niewinnie wyglądające małe piwko kosztowało tutaj równowartość aż 6-8 dolarów, ale akurat w tym miejscu takowy wydatek za te kilka raptem łyczków pienistego złotego napoju nazbyt mocno nas nie zabolał. Co wcale nie znaczy, że ponawiamy nasze zamówienie, o nie. Na tej jednej kolejce naszą biesiadkę tutaj zakończamy, oszczędzając fundusze na kolejne takie okazje, które z pewnością podczas naszej dalszej drogi jeszcze nie raz się wydarzą.
Opuszczamy więc hotel Hyatt Tahara’a w doskonałych nastrojach, kierując się natychmiast na jeden ze wspaniałych, znajdujących się tuż obok niego tarasów widokowych, z których zresztą widziane wokół nas krajobrazy mogą każdego żądnego estetycznych wrażeń turystę przyprawić dosłownie o palpitację serca. Wszak, w istocie, to co się stąd ma okazję zobaczyć, to absolutne „mistrzostwo świata” w tej dziedzinie. Tutejsze widoki są bowiem iście zniewalające dla potrafiącej je docenić duszy każdego obieżyświata, dosłownie zwalające z nóg swym spektakularyzmem, nieprzeciętnością, oryginalnością i egzotyką. Olśniewające pejzaże…
Stoimy więc tutaj przez dłuższą chwilę jak urzeczeni, podziwiając te wszystkie wizualne cuda, które tutejsza natura dla nas przygotowała, strzelamy dziesiątki fotek i sycimy nasze oczy do woli tymi prawdziwie rajskimi obrazami. I jeśli powiem, że to wszystko co właśnie teraz oglądamy jest cudowne, wspaniałe, fantastyczne czy przepiękne, to i tak będzie to stanowczo za mało na wyrażenie tych uczuć, których się tutaj doznaje, bowiem chyba żadne słowa nie są w stanie w pełni wyrazić tego, co się tutaj przeżywa.
Wiem więc, że w żadnym razie nie będę potrafił oddać tegoż piękna w moim opisie, wszak takowemu zadaniu naprawdę ogromnie trudno sprostać, ale przynajmniej popróbuję, zgoda..? Otóż, kiedy podchodzi się tu pod stojącą na samej krawędzi wzgórza Tahara’a barierkę, natychmiast rzuca się w oczy widok znajdującej się w dole prześlicznej morskiej laguny. Kolor jej wód z tego miejsca widzianych, nie jest już jedynie samym jasnym błękitem, ale całą paletą różnorodnych odcieni lazuru, szmaragdu, turkusu, błękitu właśnie i wszelkich odmian zieleni. Bowiem, obserwowana stąd woda nie zachowuje jednorodnej kolorystyki lecz mieni się nieustannie tymi barwami, intensywnie jednocześnie opalizując, zaś jej wręcz kryształowa czystość pozwala na dostrzeżenie wielu szczegółów znajdujących się w pobliżu otaczających tę lagunę koralowych raf. Wierzcie mi, że stąd – bądź co bądź z wysokości aż siedemdziesięciu kilku metrów – możliwe jest dostrzeżenie w tej morskiej toni większych okazów wprost bajecznie kolorowych ryb oraz porastających dno korali i ukwiałów! Oczywiście widoki te nie są zbyt wyraźne, ale dzięki temu owa laguna, jako całość, prezentuje się iście filmowo – jakby sztucznie stworzona przepiękna nadmorska scenografia.
Znajdujące się obok niej inne wodne akweny już tak oryginalne nie są – co więcej, o ich przezroczystości w ogóle nic powiedzieć się nie da, jako że całe dno pokryte jest kruczoczarnym wulkanicznego pochodzenia piaskiem, który rzecz jasna dokładnie uniemożliwia jakiekolwiek obserwacje ich głębin. Woda jest tam czarna i tylko czarna, natomiast owa laguna tuż pod nami, to najwspanialsza ze wspaniałych bajek.
Po chwili przenosimy nasz wzrok nieco wyżej, już poza obręb okalających lagunę raf i co widzimy..? Otóż, w oddali, kiedy spoglądamy w kierunku północno-zachodnim oraz dokładnie na zachód, widzimy kolejne dwie wyspy Archipelagu Towarzystwa – odpowiednio; Huahinę oraz przepiękny górzysty skrawek lądu o nazwie Moorea – wyspę, o wręcz symbolicznym kształcie, albowiem przypomina ona jakby… dwa złączone z sobą serca! Tak, właśnie tak specyficzny obrys swej linii brzegowej Moorea (uwaga, nie mylić jej z atolem Mururoa) posiada, a poza tym jest to miejsce, w którym napotkać można największą ilość gatunków orchidei ze wszystkich wysp Pacyfiku. Przez tubylców nazywana jest ona więc „wyspą kwiatów”, bowiem obok wprost niezliczonej ilości rosnących tu odmian storczykowatych, napotyka się wszelkie typy hibiskusów, gardenii i… buganwilli (nazwę tę, oczywiście, nadano roślince ku czci francuskiego żeglarza Bougainville’a), a także draceny, jukki i wiele innych.
My, rzecz jasna, z tak dużej odległości żadnych kwiatków, paprotek czy innych roślinek, w tym nawet i całych drzew, nie widzimy – dla nas prezentuje się ona tylko jako wystający z wód Pacyfiku górzysty ląd, gęsto pokryty tropikalną zielenią, choć z naszej perspektywy widzianą, oczywiście, nie aż tak soczystą jaką mamy tuż pod naszym nosem. Wszakże, z tak daleka – bo jest to przecież około 20 kilometrów od nas – zieleń porastających Mooreę lasów wydaje się być nieco zszarzała, ale i tak przyznać trzeba, że ogólny widok tej wyspy z pewnością robi duże wrażenie. Zwłaszcza, że jego najwyższy szczyt, Mont Tohivea, jest stąd doskonale widoczny, w dodatku jego dość spektakularny iglicowaty kształt przykuwa uwagę każdego obserwatora w pierwszej kolejności. Wszak, nie tylko, że jest śliczny, ale i jeszcze niezwykle oryginalny. Próbujemy z naszych miejsc dostrzec jeszcze jakieś inne wyspy, znajdujące się poza Mooreą, przede wszystkim słynną Bora-Bora, ale niestety są już one zdecydowanie za daleko na jakąkolwiek obserwację. Owszem, widzimy na widnokręgu jakieś niewyraźne, zaledwie majaczące zarysy lądów, ale to oczywiście zdecydowanie za mało, aby mogły nas one w jakiś sposób zainteresować.
A potem spoglądamy już przed siebie, na północ, gdzie dokładnie na linii horyzontu widnieje zarys słynnego atolu Tetiaroa. Atol ten jest miniaturowej wielkości i gęsto porośnięty kokosowymi gajami, lecz choć nie wznosi się on na żadną znaczącą wysokość, bo jest to jedynie okalający płytką lagunę wianuszek wielu płaskich piaszczystych wysepek, to i tak z naszego punktu obserwacyjnego dajemy radę go zauważyć – nawet pomimo faktu, iż jest to… ponad 50 kilometrów od wzgórza, na którym się obecnie znajdujemy!
A dlaczego nazwałem ów atol „słynnym”? – zapytacie zapewne. Otóż, kiedy kręcono tu jedną z wcześniejszych wersji filmu „Bunt na Bounty”, opisującego – jak pamiętacie – losy kapitana Williama Bligha i bunt jego załogi pod wodzą Pierwszego Oficera Christiana Fletchera, to kreujący w nim jedną z głównych ról amerykański aktor Marlon Brando właśnie na nim założył swoją bazę. A kiedy podczas realizacji zdjęć do filmu poznał na Tahiti swoją przyszłą żonę, to już za nic w świecie z tego zakątka świata na stałe do USA powrócić nie chciał. Ot, zakochał się on nie tylko w tutejszej kobiecie, ale i również w tym rajskim otoczeniu, toteż niebawem… kupił od francuskiego rządu cały ów atol Tetiaroa na własność, po krótkim czasie się na nim osiedlając, pozostając tu już do końca swojego żywota.
Atol ten jest zatem właśnie z tego powodu doskonale w świecie znany, co więcej, Marlon Brando nigdy nie czynił żadnych przeszkód, aby w każdej chwili mogli go odwiedzać turyści, zatem, organizowano z Papeete do jego rezydencji regularne przewozy pasażerskie (bilet na taki kilkugodzinny rejs kosztował około 150-200 dolarów, tak więc – niestety – nigdy się na takową wyprawę nie zdecydowałem), z tym, że… jedynym warunkiem aktora było to, aby przenigdy takowe wycieczki nie czyniły tu żadnego, najdrobniejszego nawet hałasu. O śmieceniu czy zanieczyszczaniu środowiska, to nawet wspominać nie będę, bo to oczywiste. Tak więc, przyjeżdżające tu stateczki zatrzymywały się w pewnej odległości od atolu, by potem przewozić turystów jedynie… łódeczkami wiosłowymi, jako że używanie jakichkolwiek silników było tu absolutnie zabronione. Ciekawe, prawda?
No cóż, być może i był to jakiś rodzaj dziwactwa, ale przecież równie dobrze mógł Marlon Brando zupełnie na nic podobnego nie zezwalać, gdy tymczasem on – jeśli zachowywane były żądane przez niego warunki – potrafił nawet wychodzić takim przybyszom na spotkanie, a częstokroć, to i nawet… zapraszał ich do swego ogrodu na krótkie biesiady przy wspólnym stole, zastawionym kokosowym mlekiem, owocami mango, papai, bananów, itp., itd. Fajne, no nie? Zatem, może jednak popełniłem kiedyś ów karygodny błąd, nie odżałowując choć raz na takową wyprawę tych 200 dolarów..?
A teraz, moi drodzy, ponownie zniżamy wzrok i z odległego widnokręgu powracamy ku pejzażom znacznie bliżej nas się znajdującym. Spoglądamy więc teraz w naszą prawą stronę, w kierunku północno-wschodnim, gdzie w oddali doskonale widzimy Pointe Venus, przylądek, na którym to właśnie w 1769 roku słynny James Cook ze swoją kompanią przeprowadzał owe obserwacje astronomiczne, o których już wspominałem. Przyglądamy się więc ciekawie temu płaskiemu, wybiegającemu dość daleko w morze skrawkowi lądu, wyglądającemu stąd wprawdzie niezbyt widowiskowo, bo ów mały półwysep, w istocie, zbyt piękny nie jest – jednakże, rzecz jasna, natychmiast postanawiamy udać się tam w następnej kolejności, kiedy tylko skończymy naszą wizytę na wzgórzu Taharaa i podziwianie stąd okolicznych krajobrazów. Zatem, wstrzymam się nieco z opisem tegoż przylądka do czasu, kiedy osobiście tam nie zajrzymy, zgoda?
Teraz natomiast, obracamy się plecami do oceanu, opieramy się wygodnie o zabezpieczające krawędź urwiska barierki i spoglądamy z kolei w głąb wyspy, na otaczające nas zewsząd górskie stoki oraz porastającą je gęsto tropikalną dżunglę. I ponownie mogę powiedzieć, iż oczom naszym ukazują się widoki dosłownie rzucające na kolana każdego żądnego wrażeń turystę. Bo jest to rzeczywiście coś wręcz niespotykanego. Intensywność rzucającej się nam natychmiast w oczy zieleni tutejszych lasów wydaje się być bowiem czymś niemalże nierealnym, nienaturalną zielenią, jakby jedynie stworzoną na użytek turystów sztuczną scenografią – ale, oczywiście, to co właśnie widzimy jest najprawdziwszą prawdą. Wszak Natura nie kłamie, czyż nie?
Widzimy więc stąd wprost zachwycająco się prezentujące w dziennym świetle soczysto zielonej barwy doliny, z okolicznych gór „spadające” ku brzegom pod dość ostrym kątem, zaś płynące ich środkiem niewielkie rzeczki na swej drodze do oceanu napotykające szereg górskich progów i rozpadlin, formują dziesiątki wodospadów, które to z kolei opalizują jak szalone w promieniach tropikalnego słońca. Boskie, naprawdę iście boskie widoki. Choć, niestety – co z prawdziwym żalem muszę przyznać – wiele szczegółów z oddali jest jednak niezbyt wyraźnie widocznych, a poza tym, wiszące tu zawsze przez większość dnia ponad środkiem wyspy deszczowe chmury dość skutecznie przesłaniają górskie szczyty, z Mt Orohena na czele.
Tak więc, czasem zdarza się, iż jakaś cząstka tegoż wspaniałego, dostępnego naszym oczom „wizualnego kąska”, niestety nam umknie, ale… No właśnie. Ale, to przecież żaden dramat, bowiem dość łatwo można owe chwilowe straty sobie powetować. I to nieomal natychmiast. Jak..? Otóż, wsiadamy szybko z powrotem do naszych samochodów i ruszamy w dalszą drogę, by już po niedługim czasie zatrzymać się ponownie – tym razem w miejscu, które ku celom obserwacyjnym zostało tu specjalnie wybrane i starannie urządzone. Docieramy bowiem na wzgórze o nazwie One Tree Hill, będące najlepszym pod tym względem punktem widokowym na całym Tahiti.

Tak więc, przylądek Tahara’a już za nami. Jesteśmy już na Wzgórzu Jednego Drzewa, ale o tym opowiem wam już w odcinku piątym. Zapraszam...
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedził 18.5% świata (37 państw)
Zasoby: 195 wpisów195 15 komentarzy15 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
18.11.2018 - 18.11.2018
 
 
14.11.2018 - 14.11.2018
 
 
13.11.2018 - 13.11.2018