Geoblog.pl    louis    Podróże    Tahiti    Tahiti - Papeete-5
Zwiń mapę
2018
06
sie

Tahiti - Papeete-5

 
Polinezja Francuska
Polinezja Francuska, Papeete
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 16157 km
 
Odcinek piąty czas zacząć. Zatem, do dzieła...



Jesteśmy na „Wzgórzu Jednego Drzewa” (choć w rzeczywistości jest ich tu więcej, nazwa więc aktualnego charakteru tego miejsca już nie oddaje), skąd rozciągające się przed nami widoki dosłownie zapierają dech w piersi. Nie, moi kochani, żadne słowa nie są w stanie oddać na niniejszych kartach tego, co się tutaj widzi! A już tym bardziej ja – jako niezbyt wyrobiony „literat” – nie dałbym rady opisać tego w taki sposób, na jaki de facto obserwowane z tego miejsca pejzaże zasługują. Toteż, chcąc jednak choćby tylko w niewielkim stopniu wam to jakoś przybliżyć, posłużę się porównaniem, które choć trochę mi owo zadanie ułatwi.
Zapytam mianowicie; czy powyższe opisy krajobrazów widzianych z pobliża hotelu Taharaa dały wam jakiś namacalny obraz tego, co się stamtąd obserwuje i potrafiliście sobie to jakoś wyobrazić? Jeśli tak, to pomyślcie sobie teraz, iż to, co się widzi stąd – ze Wzgórza Jednego Drzewa – należałoby jeszcze podnieść do potęgi (jakiejkolwiek chcecie, aby oczywiście nie zerowej, bo byłoby to zaledwie to samo), żeby dopiero wtedy właściwie oddać wartość tego co się przed naszymi oczyma prezentuje.
Wszak opisywanie po raz kolejny owych wzgórz, szczytów, rzek, wodospadów, raf, lagun czy plaż mijałoby się z celem, to jasne – wyobraźcie więc sobie jedynie, iż jeśli nazwę to wszystko „prawdziwie rajskimi widokami”, to powiem… zdecydowanie za mało. I tyle…
Tak więc, zupełnie oszołomieni tym przewspaniałym spektaklem, olśnieni jego wręcz niewiarygodnym pięknem wracamy ponownie do naszych samochodów i wyruszamy w dalszą drogę – tym razem w kierunku wspomnianego już Przylądka Wenus, gdzie przy stojącej tam na cyplu latarni już niebawem w komplecie się meldujemy. Wysiadamy i nasze pierwsze kroki kierujemy oczywiście ku morzu. Dlaczego..?
Ot, wiadomo – przecież najpierw, zanim jeszcze cokolwiek na temat tego miejsca napiszę, trzeba się koniecznie w pobliskiej zatoczce wykąpać, to jasne! A zatem, gnamy „w podskokach” gdzieś w pobliskie krzaki w celu kolejnej już zmiany kąpielówek, by potem z rozpędem – a jakże – jak niesforna dzieciarnia, wpaść w wody laguny i potaplać się w niej do woli. A robimy tak dlatego, iż jest to miejsce nam już z poprzednich wycieczek znane, wiemy więc, że akurat tutaj na takie harce możemy sobie pozwolić, bowiem nie grozi nam tu żadne niespodziewane natknięcie się na rafę, kamienie czy inne podwodne przeszkody. Bo jest tu wszędzie piaseczek wolny od przykrych, np. „odzwierzęcych” (czyli, gryzących) niespodzianek oraz nad wyraz czyściutki, choć… oczywiście czarny nieomal jak smoła. Tak, to prawda, piasek w tym miejscu jest tak czarny, że nawet najdrobniejszego skraweczka dna dokładnie dostrzec nie można, ale właśnie dlatego kąpiel w tym miejscu ma swój specyficzny „smaczek” i niezaprzeczalny urok, ot co.
Tak więc, spędzamy tu naprawdę niezapomniane chwile, baraszkując w wodzie jak nieujarzmiona hałastra – hałasując ile wlezie, bo akurat ludzi tu się nie uświadczy, aby komukolwiek przeszkadzać, pluskając się jak dzieci, ale… zbyt daleko od brzegu nie odpływając! O nie, strzeżonego Pan Bóg strzeże. Bo owszem, jest tu czysto, ale jednak… czarno. I to oczywiste, że tak zupełnie nieprzejrzystej toni jednak się całkowicie nie dowierza, prawda?
Po kilkunastu minutach, już nasyceni kąpielą i spacerkami po czarnej plaży, powracamy do samochodów, aby najpierw wysuszyć się co nieco, a potem… zrobić sobie wreszcie niewielki piknik, wszak najwyższa już pora na pierwszy dzisiejszy posiłek. W tym celu znajdujemy sobie zaciszne miejsce u stóp stojącej tu na cyplu morskiej latarni, wyciągamy nasze wzięte ze statku wiktuały i… piwo (a kierowcom ślinka leci, bo tknąć go oczywiście nie mogą), rozkładamy się wygodnie na trawie i jemy co nam nasi kochani Kucharze na wycieczkę przygotowali.
Pałaszujemy więc nasze tradycyjne jajeczka na twardo, ogryzamy pieczone udka kurczaka, wcinamy kiełbaski i jabłuszka, popijając to wszystko – rzecz jasna – doskonałym (i jeszcze zimnym) polskim piwem. Sama rozkosz więc, nieprawdaż? W trakcie biesiady zaś, oczywiście, rozglądamy się ciekawie po okolicy i rozmawiamy o dość znaczącym historycznym epizodzie, który dokładnie w tym właśnie miejscu się wydarzył.
A było to w Kwietniu 1769 roku. Przybyła tu specjalnie w tym celu ekspedycja pod dowództwem kapitana Jamesa Cooka właśnie tutaj dokonywała swych astronomicznych eksperymentów, polegających na obserwowaniu przejścia planety Wenus przez tarczę Słońca oraz na obliczaniu parametrów jej ruchu, właśnie w oparciu o owe przeprowadzone tu obserwacje. Kapitan Cook, oczywiście, zupełnie sam tego nie robił, był zaledwie jednym z wielu uczestników tegoż przedsięwzięcia, jako że najważniejszymi jego aktorami byli, rzecz jasna, przysłani tu w tym celu angielscy astronomowie, z ówczesną wielką sławą w tej dziedzinie, niejakim Charlesem Greenem na czele.
Co ciekawe, owe eksperymenty poprzedzone były… wybudowaniem dokładnie w tym miejscu specjalnego astronomicznego obserwatorium, które w iście ekspresowym tempie tu wówczas wyrosło, choć niestety do naszych czasów z owej budowli nie zachowało się nic szczególnego. Były to bowiem jakieś tymczasowe drewniane konstrukcje, które z czasem po prostu gdzieś się zapodziały. A szkoda, bo z chęcią coś podobnego bym sobie pooglądał, choć prawdę mówiąc, to… wcale nie jestem tak całkiem do końca pewien, czy jednak gdzieś na tym niewielkim półwyspie coś z tego nie pozostało, bowiem całej jego powierzchni nigdy nie penetrowaliśmy, a akurat podczas moich tam odwiedzin nie było możliwości kogokolwiek o to zapytać, jako że absolutnie nikogo tu nie napotkaliśmy.
Przylądek Wenus jest zatem miejscem dość szczególnym, głównie oczywiście z tego powodu, że powyżej opisane obserwacje były wydarzeniem jak najbardziej prawdziwym – nie jest to żadną legendą lub choćby przypuszczalnym, niepotwierdzonym absolutnie pewnymi historycznymi badaniami epizodem z dziejów tej wyspy. Nie, to najprawdziwsza z prawdziwych prawda, a w dodatku, nawet i samo miejsce zaistnienia tych zdarzeń znane jest z absolutnie stuprocentową pewnością. I właśnie teraz my na nim stoimy, próbując sobie, rzecz jasna, jakieś sceny z tamtych chwil wyobrazić – „widzimy” więc purpurowe mundury angielskich żołnierzy, dostojne peruki naukowców, zainstalowane tu lunety, stojący gdzieś w oddali na kotwicy w lagunie okręt HMS Endeavour, itp., itd.
I choć ówczesne obliczenia, oparte na przeprowadzonych tu wtedy obserwacjach Wenus okazały się w efekcie zupełnie bezużyteczne, z racji popełnionych tu przez nawigatorów, astronomów i matematyków błędów, to i tak dla takowych przybyszów jak my, nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Bo my przecież i tak – bij, zabij, ale kompletnie nie byliśmy w stanie dociec, czego w ogóle rzeczone obliczenia dotyczyły. Dla nas najważniejsza była wtedy gra wyobraźni, przywoływane na myśl obrazy scenerii tegoż miejsca z drugiej połowy osiemnastego wieku oraz świadomość, że stąpamy właśnie po dokładnie tej samej ziemi, której wówczas dotykały stopy samego wielkiego Jamesa Cooka. No cóż, być może nazbyt to patetyczne co właśnie powypisywałem, ale nie dziwcie się – dla każdego człowieka morza takowe chwile są naprawdę szczególne i mają dla kogoś z naszego środowiska przeogromne znaczenie…
Dojadamy nasze „drugie śniadanko”, pakujemy się niebawem do samochodów i rozpoczynamy następny etap naszej podróży…
A jedziemy teraz, moi drodzy, do miejsca zwanego Arahoho, gdzie znajduje się bardzo specyficzny geo… (no właśnie, jaki? Geograficzny, geologiczny, geofizyczny..?) twór, znany turystom jako „Blowhole of Arahoho” (z francuska brzmi to „le trou du souffleur). A cóż to takiego jest? Otóż, jest to po prostu… dziura w ziemi, która – uwaga! – „pluje”, „dmucha”, „tryska” lub jak kto woli „wieje z niej jak diabli”. I właśnie dlatego, oprócz swej oficjalnej nazwy mówi się tu o niej, że to; „plująca dziura”, „oddech diabła”, „diabelska dziura”, a nawet… „armata Neptuna”. I nic dziwnego, bowiem jest to rzeczywiście ze wszech miar twór szczególny, który najprawdopodobniej nigdzie indziej na świecie swojego odpowiednika nie ma – a jeśli już, to z pewnością nie w takiej skali. Zresztą, już za chwileczkę postaram się go jak najdokładniej opisać, a wy na tej podstawie wyrobicie sobie sami opinię, czy jest to w istocie jakaś na światową skalę rewelacja, czy też może jedynie jest to zaledwie lokalna atrakcja – owszem, bardzo oryginalna i rzadko spotykana, ale jednak tylko „atrakcja jedna z wielu”. Choć, moim skromnym zdaniem, jednak zdecydowanie to pierwsze…
Dlaczego tak sądzę..? Ot, wyobraźcie sobie takie miejsce; mała morska zatoczka wrzynająca się łagodnym łukiem w ląd, który w tym akurat miejscu jest dość stromy i skalisty. Owa zatoczka jest de facto płytką laguną, albowiem otoczona jest nieomal dokładnie ze wszech stron barierą koralowych raf, zaś jej dno nie jest piaszczyste, muliste, żwirowe, ani nawet pokryte koloniami korali, ale tylko i wyłącznie skaliste. Co więcej, rzeczona podwodna skała jest gładka i równa, prawie jak blat stołu – jest to bowiem zastygła w tej formie wulkaniczna lawa, która niegdyś w jakieś trudnej do określenia geologicznej epoce, podczas erupcji któregoś z tutejszych wulkanów (Mt Orohena?), spływając z pobliskich zboczy do morza doń się wlała i tak już na wieki całe pozostała.
Tak skamieniała magma nie znajduje się oczywiście jedynie na dnie laguny, ona jest tu wszędzie dookoła, pokrywa cały brzeg zatoki oraz część podstawy okolicznych wzgórz, będąc już oczywiście w wielu miejscach porośniętą gęstym tropikalnym lasem.
I teraz właśnie dochodzimy do sedna mojego wywodu. Otóż, wyobraźmy sobie spływającą tędy do morza rozżarzoną do czerwoności wulkaniczną lawę, która w nagłym zetknięciu z morską wodą powoduje jej gwałtowne wrzenie i wyparowywanie, ale i również ona sama niemalże natychmiast zastyga. A dzieje się to w takim momencie, w którym prąca ku morzu lawa wcale nie jest w swym kształcie jednorodna – nie jest ona bowiem jedynie całkowicie zbitą i szczelną masą, ale niesie z sobą zabrane po drodze z wulkanicznego stożka popalone drzewne pnie i kłody, jak również skalny materiał zupełnie innego niż ona sama rodzaju. A zatem, znajduje się w niej w tym czasie dość sporo najprzeróżniejszych dziur, nisz, szczelin i innych podobnego typu wolnych przestrzeni, które dokładnie w chwili kontaktu lawy z wodą i jej gwałtownego ochładzania, a w rezultacie dość szybkiego zastygania, mają szansę właśnie w tej formie pozostać w jej wnętrzu na trwałe. Ot, po prostu, jakiś fragment magmy zastygł, zaś znajdująca się w jej wnętrzu jakaś pusta nisza nie zdążyła się jeszcze zasklepić, co oczywiście jest powodem tego, iż takowa pusta przestrzeń pozostaje w jej strukturze na wieki.
I właśnie tutaj, w Arahoho, dokładnie takie zjawisko nastąpiło, z tym, że taka niezasklepiona podczas stygnięcia lawy pusta przestrzeń ma tu kształt… długiego na kilkadziesiąt metrów (sic!!!) ciasnego korytarza! Tak, dokładnie tak – jest tu bowiem skalny wewnątrzmagmowy wąski tunel, który w dodatku, nie tylko, że biegnie pod kątem około 20-30 stopni nachylenia wobec tutejszego gruntu, ale przede wszystkim – uwaga! – ma swój wlot… na samym dnie skalistej laguny (!), natomiast wylot tuż przy stromym, znajdującym się nad brzegiem morza urwisku.
Zatem, wyobraźmy to sobie tak; ówże tunel jest de facto taką wąską i szalenie długą „rurą” łączącą brzeg wyspy z dnem oceanu! I powtórzę jeszcze raz – wąską, o okrągłym przekroju skalną niszą, ciągnącą się przez dobrych kilkadziesiąt metrów! Niezwykle ciekawy twór, prawda?
Ale, to oczywiście nie wszystko, choć nawet i obecność tutaj takowej struktury jest już sama w sobie nad wyraz atrakcyjna, czyż nie? Gdy tymczasem, jeszcze na dokładkę jest tak, iż owa dziura w ziemi… „oddycha”, „pluje” i „strzela” wodą ze swego wylotu jak z armaty! A dzieje się tak – oczywiście – wskutek... ruchu powierzchni wód oceanu. Ściślej mówiąc, wskutek uderzeń nacierających tu od strony raf morskich fal.
Zatem, kolejny raz ruszmy wyobraźnią, aby dokładnie pojąć o co w tym wszystkim chodzi. Otóż, w skalnym dnie laguny jest otwór – czyli, wlot do opisanego powyżej „tunelu-rury”, który kończy się na brzegu wyspy, gdzie jego wylot znajduje się tuż obok prowadzącej tędy szosy, na maleńkiej łączce u stóp wysokiego urwiska. Kiedy więc nadchodząca od strony raf fala uderza w skalisty brzeg tejże laguny, to oczywiście jednocześnie uderza w samo jej dno, a zatem, również i w ów otwór, który się w nim znajduje, co – rzecz jasna – powoduje, iż wtłoczona w ten sposób do tegoż tunelu woda z drugiej strony (czyli, już na brzegu) pod silnym ciśnieniem wystrzeliwuje. To jasne, bo przecież – praktycznie rzecz biorąc – nie jest to nic innego jak tylko… kilkudziesięciometrowej długości armatnia lufa! O, i to właśnie ten twór przyrody nazywa się „Blowhole of Arahoho”… Ciekawe..?
No pewnie, że tak. A już z pewnością zainteresuje to was jeszcze bardziej, kiedy podam wam kolejną garść szczegółów tejże „plującej rury” dotyczących. Otóż, jak sądzicie; kiedy taka przedziwna, biegnąca gdzieś „z dna piekieł” dziura w ziemi jest najbardziej aktywna? Podczas pięknej bezwietrznej pogody, czy też może wówczas, kiedy idące od oceanu fale są znacznie wyższe niż ma to miejsce zazwyczaj – i gnane sztormowym wiatrem wściekle uderzają o brzegi wyspy, rafy i o dno znajdującej się pomiędzy nimi laguny? Odpowiedź wydaje się oczywista, prawda? I tak w istocie jest – gdy przybijające do brzegów zatoczki fale są łagodne, co praktycznie rzecz biorąc równa się zaledwie niewielkim zmianom poziomów wód w lagunie, to wtłaczana do tegoż „tunelu” woda powoduje u jego wylotu ledwie nieznaczne wydmuchy powietrza, kiedy to z reguły w „wydychanej” w ten sposób „porcji” powietrza (wyrzucanej z dziury z każdą nadchodzącą falą) znajdują się zaledwie nieduże rozpryski morskiej wody – ot, takie właśnie „plucie” rozpylonej jak w aerozolu cieczy.
Jednakże, kiedy pogoda jest zła i nacierające na brzeg fale uderzają w niego ze znacznie większą siłą, a co za tym idzie, zmiany poziomu wody w lagunie są o wiele gwałtowniejsze, to ów… „wytrysk” pomieszanego z wodą powietrza (lub, jak kto woli, odwrotnie – pomieszanej z powietrzem wody) z wylotu tunelu znajdującego się na brzegu przy urwisku jest iście atomowy! Bo to rzeczywiście jest wystrzał jak z wojskowego działa! I wówczas biada takiemu śmiałkowi, który odważy się w takim momencie zajrzeć w głąb tejże podłużnej niszy! A muszę wam powiedzieć, że wylot tejże podziemnej rury jest… zupełnie niczym nie zabezpieczony! Każdy ciekawski może więc sobie tam zaglądać kiedy tylko zechce, robiąc to dokładnie tyle razy, ile tylko mu się spodoba, albowiem czyni to wyłącznie na swoją własną odpowiedzialność.
Aczkolwiek zapewniam was jednocześnie, że kiedy jakieś „ciekawe jajo” zbytnio zbliży się do wylotu dziury, a potem zaglądając do niej poczuje na swej własnej twarzy lub piersi (lub, co gorsza, jeszcze niżej!) jej iście diabelską moc „odrzutu”, to z pewnością dobrze się po tym najpierw zastanowi, zanim ponownie odważy się na podobny krok. Bo z reguły jest tak, że po takowym doświadczeniu, na powtórkę tegoż „splunięcia w twarz” już nie każdy ma jakąkolwiek ochotę. Wszak, moi drodzy, to ogromnie boli..! Bo przecież jest to, de facto, otrzymanie silnego uderzenia – to nic, że z wnętrza dziury nie wytryskują żadne kamienie, odłamki skalne czy inne tego typu twardsze „atrakcje” (choć niestety zdarzały się przypadki „wypluwania” przez tę dziurę… niewielkich monet (!) – ot, wiadomo, turyści tę rzymską tradycję z Fontanny Di Trevi roznieśli już po całym świecie), ale już sam podmuch powietrza – a już zwłaszcza zmieszanego z wodą podczas silniejszego wiatru na morzu – w zupełności wystarczy, aby po takim ciosie wręcz obrazowo „nakryć się nogami”! Co, nie wierzycie mi..? Oj, zapewniam, że to szczera prawda…
Jak się zatem domyślacie, autor niniejszych słów – we własnej, nazbyt wówczas ciekawskiej osobie – oczywiście (a jakże) takiego właśnie przykrego zdarzenia doświadczył. Podlazłem bowiem kiedyś pod tę dziurę tak blisko, jak tylko mogłem, aby poprzyglądać się jej działaniu oraz… wsłuchać się w jej „oddechy”. Tak, „oddechy”, bo musicie wiedzieć, że wydobywające się z niej odgłosy poruszającego się w środku, a wypełniającego dno tegoż specyficznego tunelu, wąskiego słupa wody – na przemian zasysającego i wyrzucającego strumienie powietrza – w istocie przypominają oddychanie jakiegoś nieziemskiego stwora (może diabła właśnie?), natomiast samemu momentowi wydmuchu zawartej aktualnie w tunelu „treści” towarzyszy tak głośny syk i świst, jakby w istocie dochodziło do armatniego wystrzału. Wiem, to wszystko co teraz czytacie brzmi może dość dziwnie, dla wielu z was nawet i zupełnie nieprawdopodobnie, ale powtórzę jeszcze raz; wierzcie mi, to oczywiście sama prawda.
No i kiedyś mnie podkusiło… Zajrzałem sobie do tejże dziury i… o nie, nic się tak od razu nie stało, albowiem uczyniłem to w takim momencie, kiedy „dziura z piekieł” jedynie sobie „dyszała”, przygotowując się dopiero do następnego, powstającego wraz z kolejną przychodzącą od morza falą „splunięcia”. Przyjrzałem się więc dokładnie poruszającej się tam na dnie wodzie, obejrzałem krawędzie tuneli i – oczywiście – zdążyłem się w porę przed wydmuchiwanym powietrzem na bok odsunąć. Ale, niestety, takowe „wystrzały” absolutnie nie są tu zjawiskiem regularnym. Następują sobie w interwałach zupełnie nie mieszczących się z żadnych czasowych regułach, toteż prawie nigdy nie wie się kiedy akurat taki „trysk” nastąpi, ani nawet nie da się przewidzieć jego aktualnej siły. Ot, „strzela” sobie ta dziura tylko wtedy, kiedy jej się podoba, i już. Ale, jak już sobie wystrzeli, to…
Ufff… Ja dostałem takim dość silnym podmuchem prosto w pierś, co spowodowało, że za nic w świecie utrzymać równowagi nie mogłem i – oczywiście – skosiło mnie to z nóg wręcz „popisowo”. A poczułem się wtedy dokładnie tak samo, jakby mnie ktoś z rozmachem, po prostu, w klatkę piersiową kopnął. Na szczęście, nie towarzyszyła temu podmuchowi żadna większa ilość morskiej wody, bo było tego jedynie jak na lekarstwo, toteż doznałem przy tej okazji zaledwie lekkiego pomoczenia twarzy i włosów rozpylonymi w powietrzu kropelkami. Ot, nie przymierzając, jakby mnie ktoś potraktował silnie rozpyloną cieczą dezodorantu w aerozolu. Padłem więc jak skoszony z nóg na ziemię, rozciągając się na niej „jak długi”, ale moje wścibskie oblicze pozostało nietknięte. Zaspokoiłem zatem wówczas swoją ciekawość w sposób może nieco nazbyt wybuchowy, ale za to bez tzw. „strat własnych” – chociaż jednocześnie owa nauczka okazała się nad wyraz skuteczna.
Spowodowała ona bowiem, że już nigdy więcej – pomny również i dość silnego bólu, który temu uderzeniu towarzyszył (aż mi na chwilę dech odebrało!) - aż do samej krawędzi dziury się nie zbliżałem. Wystarczyło mi już wtedy całkowicie odczuwanie lekkich podmuchów dochodzących do twarzy i piersi, kiedy stałem od dziury w bezpiecznej odległości, ale… niektórzy z moich kolegów wciąż jeszcze wykazywali nadmierne wścibstwo w bliższym poznawaniu tego specyficznego tworu, co zaowocowało między innymi tym, że kiedyś nasz Bosman – dostawszy silny cios powietrzem pomieszanym z wodą prosto w twarz – doznał takiego nagłego oszołomienia, że aż przez kilka następnych minut musieliśmy go cucić, jako że dość długo nie mógł dojść do siebie! Natomiast Ochmistrz dostał kiedyś z bliska taką szprycę morskiej wody bezpośrednio w głowę i w cały korpus, że aż go na dobre kilka metrów od wylotu dziury odrzuciło! W dodatku, nie tylko, że zgubił on wtedy swą ukochaną bejsbolową czapeczkę, zabraną z podmuchem gdzieś w pobliskie krzaki, i nie tylko, że usiadł z rozmachem swym dupskiem na skaliste podłoże, ale również dorobił się wówczas… dość solidnie podbitego oka, co już zupełnie i ostatecznie (!) wszystkich innych do nadmiernego zbliżania się do tejże dziury zniechęciło. No tak, ale akurat wtedy nieco silniej na morzu w pobliżu Tahiti wiało, toteż słynna „Blowhole of Arahoho” strzelała sobie wtedy znacznie mocniej niż zazwyczaj.
Napisałem „zazwyczaj”, albowiem wietrzne dni zdarzają się w tym rejonie szalenie rzadko, toteż z reguły jest tak, że owa dziura jest zupełnie niegroźna – stanowiąc doskonałą turystyczną atrakcję, przy której zresztą nieomal każdy przejeżdżający tędy samochód się zatrzymuje. Co też, rzecz jasna, uczyniliśmy i my sami, zaś efekty naszego tutaj postoju powyżej opisałem. Mam nadzieję, że w sposób wystarczający.


Ufff, no to odcinek piąty mamy już odhaczony. Pora na dalszy ciąg naszej wyprawy, ale to już w odcinkach następnych. Zapraszam...
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedził 18.5% świata (37 państw)
Zasoby: 195 wpisów195 15 komentarzy15 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
18.11.2018 - 18.11.2018
 
 
14.11.2018 - 14.11.2018
 
 
13.11.2018 - 13.11.2018