Geoblog.pl    louis    Podróże    Tahiti    Tahiti - Papeete-8
Zwiń mapę
2018
06
sie

Tahiti - Papeete-8

 
Polinezja Francuska
Polinezja Francuska, Papeete
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 16157 km
 
Odcinek ósmy, jedziemy dalej...


Następnym przystankiem naszej wycieczki był niewielki parking w okolicach przylądka Hitiaa, gdzie stoi pomnik niegdysiejszego zdobywcy tej wyspy, francuskiego żeglarza Bougainville’a, który w roku 1768 właśnie tutaj po raz pierwszy przybił do brzegów Tahiti. Znajduje się tu bowiem niezwykle dogodne miejsce do bardzo bliskiego podpłynięcia do lądu i zakotwiczenia statku, jako że tutejsza zatoczka jest doskonale od morskich fal osłonięta, wolna od zdradliwych raf i kamieni oraz niezbyt głęboka. Postaliśmy więc tu z kilkanaście minut, ten i ów strzelił sobie przy tej okazji pamiątkową fotkę, a potem pognaliśmy dalej, jako że takich „zwykłych” widoczków jest tu wszędzie pod dostatkiem, nie było więc zbytniego sensu akurat tutaj naszego czasu marnować.
A potem, moi drodzy, były… kolejne wodospady. Zajechaliśmy bowiem w okolice mostu przerzuconego nad ujściem rzeczki Faatautia, na której w niewielkiej odległości od morza znajduje się cały szereg skalnych progów, tworzących dość spektakularnie wyglądające kaskady – niezbyt wysokie, ale za to dość liczne i w dodatku… hałaśliwe. Tak, tu wreszcie można było pochodzącego od wodnych spadów szumu posłuchać, co rzecz jasna czyniliśmy, ale… w sumie dość krótko, bowiem uznaliśmy, iż tematem wodospadów w pewnym sensie się już nasyciliśmy. Toteż, zrobiliśmy po chwili „w tył zwrot” i podążyliśmy dalej.
Dokąd..? Otóż, dobrnęliśmy wreszcie do półmetka naszej podróży. Zajechaliśmy bowiem na wspomniany już przeze mnie wąski skraweczek lądu łączący obie części Tahiti – czyli, Istme de Taravao w małym miasteczku Afaahiti, będący naturalnym „mostem” spajającym Nui i Iti w jedną całość. Widzimy więc teraz dokładnie oba przeciwległe horyzonty oceanu, stojąc w najwęższym miejscu Tahiti i… zastanawiając się co robić dalej. Tak, właśnie tak – przeprowadzamy teraz gorącą dyskusję dotyczącą dalszych planów naszej wyprawy, albowiem w tymże miejscu ostro starły się z sobą dwa przeciwstawne poglądy przez uczestników naszej ekspedycji reprezentowane.
Mianowicie, część osób z naszego grona chciałaby kontynuować dalszy objazd wyspy, ale z pominięciem wjazdu w „ślepą” drogę prowadzącą na część tego lądu o nazwie Iti, w obawie, że taka dewiacja z naszej trasy może spowodować zbyt dużą stratę czasu, którego potem na zwiedzanie znacznie atrakcyjniejszych miejsc mogłoby nam nie wystarczyć. Z kolei, druga grupa dyskutantów (w tym także i ja, to jasne), pragnęła jednak w tę dodatkową kilkunastokilometrową drogę się wybrać – wszakże, to nic, że potem trzeba będzie dokładnie tą samą szosą powracać, ponieważ (jak już wiecie) części Iti całkiem dookoła objechać się nie da, bowiem w miejscu o nazwie Tatafua (około kilometr na wschód od wioski Tautira) droga całkowicie ślepo się kończy, ale przecież słyszeliśmy od naszego Agenta, że jest to jednak miejsce dość atrakcyjne i naprawdę warto czasami zboczyć z drogi, aby do niego się udać. Więc co..? Robimy jakieś głosowanie, czy też może rozdzielamy się na pewien czas na dwie grupy, z których każda podążać będzie dalej swoim własnym torem?
Po burzliwych obradach doszliśmy do wniosku, że to drugie rozwiązanie będzie jednak ze wszech miar korzystniejsze, jako że żadna ze stron ze swoich projektów odpuszczać nie zamierzała. Ustaliliśmy zatem, że część naszej grupy pojedzie sobie dalej dookoła części wyspy o nazwie Nui, bez zapuszczania się w skaliste ostępy Iti, a na drugą grupę osób, które jednak na takową dewiację z trasy się zdecydowały, po prostu poczeka w Muzeum Gauguina, gdzie i tak zamierzaliśmy zatrzymać się na znacznie dłużej. Tam się zatem ponownie spotkamy, aby jednak dzieła całkowitego objazdu Tahiti dokonać razem, bez niepotrzebnej konieczności pogubienia się na naszej trasie. Wspólnie bowiem pragnęliśmy zakończyć tę podróż w miejscowości Faaa, jako że akurat tam zaplanowaliśmy wejście do tzw. „Podwodnego Świata” – oceanicznego „akwarium”, do którego grupowe bilety są znacznie tańsze, aniżeli te, za które płacić byśmy musieli co najmniej potrójnie (!), gdyby się wykupywało karty wstępu w małych grupkach lub indywidualnie. Tak więc, wszystko ustalone..? Ruszamy…
Ja oczywiście - a jakże, wszak to jasne jak słońce – byłem w tej grupce, która wybrała się w podróż do krańca części Iti, bo przecież jakby to wyglądało, gdybym nie skorzystał z możliwości zwiedzenia dodatkowych atrakcyjnych miejsc na swojej drodze, mając je zaledwie w zasięgu ręki, tylko dlatego, że mnie nagle jakiś „leń obleciał”, albo pożałowałbym na to cennego czasu, prawda? Toteż, akurat mój wybór był oczywisty i całe szczęście, że do tegoż projektu udało mi się zjednać kilku sprzymierzeńców. Zjechaliśmy więc czym prędzej z drogi prowadzącej na południe, obierając kurs na leżące w pobliżu przesmyku miasteczko Afaihiti.
Już chwilę później mijaliśmy po naszej lewej stronie ruiny starego francuskiego fortu, przy których jednak się nie zatrzymaliśmy – pilno nam bowiem było do celu naszej podróży, a ponieważ jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy ile czasu nam to wszystko zajmie, postanowiliśmy ewentualne ich zwiedzanie pozostawić na drogę powrotną. A potem, kiedy już mijaliśmy zabudowania miasteczka, to z kolei – z uwagi na dużą stratę czasu spowodowaną spowolnieniem naszej jazdy przez tworzące się na tutejszych ulicach korki (!) – już zupełnie zrezygnowaliśmy z dodatkowych postojów, aby rzeczywiście naszej dewiacji z trasy nadmiernie nie przedłużać. Już i tak bowiem nasza strata czasowa w stosunku do ułożonych uprzednio planów była dość znaczna, toteż lepiej było dalej „struny nie przeciągać”, aby jeszcze o „rozsądnej” porze spotkać się z naszymi kolegami na parkingu Muzeum Gauguina.
Podążaliśmy więc dalej, ażeby jak najszybciej dotrzeć do ostatecznego celu naszego wypadu – do przylądka o nazwie Pointe Tatafua. I kiedy już tam dotarliśmy, to z całą pewnością mogliśmy stwierdzić, iż los wszelkie poprzednie ewentualne straty z nawiązką nam wynagrodził – i to, można by rzec, że co najmniej w dwójnasób. Bo to, co się nagle przed naszymi oczyma objawiło, w istocie znacznie przerosło wszelkie nasze oczekiwania. Kiedy bowiem minęliśmy już niewielką wioskę Tautira, poza którą lokalna szosa całkowicie ślepo się zakończała, to zobaczyliśmy przed sobą takie widoki, od których dosłownie aż dech w piersiach nam zaparło. Tak, warto było tu jednak przyjechać – oj, warto!
Bo wyobraźcie sobie, moi drodzy, że dotarliśmy do miejsca, w którym nieomal cały znajdujący się w zasięgu naszego wzroku morski brzeg uformowany był przez… kilkusetmetrowe (tak, to nie żart!) urwiska i niezwykle strome skalne ściany, z których spływała w dół wręcz niezliczona ilość wodospadów – małych kilkuprogowych kaskad, siklaw, siklawek, siklaweczek, spadających wąskich wstążek i strumyków wody, itp., itd. Oczywiście nie wszystkie zbocza aż tak gęsto „pajęczynką” wodnych żyłek były poprzecinane, ale akurat te ściany, na których owe twory się znajdowały, wydawały się być… jak żywe (sic!), bowiem cała ich powierzchnia była w nieustannym ruchu. A my, podziwialiśmy to wszystko z oddali, stojąc dosłownie jak urzeczeni tym pięknem, nie mogąc się jednocześnie nadziwić temu, że aż tak spektakularnie wyglądające i wprost przecudownie się prezentujące miejsce nigdzie - w żadnym z przewodników, które tutaj nam wpadły do rąk – nie doczekało się o sobie ani jednej wzmianki!
A przecież informacje o takim cudzie natury bezwzględnie w lokalnych folderach być powinny! No cóż, zadecydowały o tym być może tzw. „kłopoty bogactwa” z turystycznymi atrakcjami Tahiti związane, toteż nawet i tak wspaniale wyglądające miejsca z uwagi na swe położenie na uboczu wszelkich dostępnych tu tras, niejako z przymusu pozostają w cieniu. Lub, co również bardzo prawdopodobne, CELOWO nie są w folderach lansowane, aby ich w okamgnieniu „turystyczna stonka” nie zadeptała. Dzięki temu zatem, miejsce to ma wszelkie szanse długo przetrwać w takim stanie, w jakim się obecnie znajduje – dzikim, nienaruszonym i przez nadmiar przybywających tutaj turystów niezniszczonym.
Kto wie, może właśnie dlatego tak mało o Przylądku Tatafua wiadomo, tym bardziej więc powinniśmy się cieszyć z tego, że akurat tak wspaniałego miejsca nie przeoczyliśmy. Zatrzymaliśmy się więc tutaj na nieco dłużej niż planowaliśmy, jako że naszła nas wtedy nagła ochota na wręcz karkołomny spacer po leżących wzdłuż linii brzegowej skalnych odłamkach, pragnąc jeszcze bardziej zbliżyć się do tych wszystkich wspaniałości, które z szosy udało się nam dostrzec.
Specjalnie daleko jednakże i tak nie daliśmy rady się posunąć, bowiem ów szlak okazywał się dla nas zbyt trudny do sforsowania, a poświęcać więcej czasu na jego pokonywanie jednak już nie chcieliśmy. Toteż, po raptem 150-200 metrach takiego skakania po kamieniach jak górskie kozice, postanowiliśmy się wycofać, aby już bez zwłoki ruszyć w powrotną drogę do przesmyku Taravao. A kiedy już tutaj dotarliśmy, to natychmiast pognaliśmy na południe, by po niespełna kilku minutach drogi minąć sporych rozmiarów i znajdujący się w przepięknej cichej zatoczce jachtowy port Phaeton (po tahitańsku nazywany Teauaa), poza którym wyjechaliśmy już na szosę prowadzącą nas bezpośrednio do wspomnianego Muzeum Gauguina.
Zatem, jedziemy teraz dokładnie w kierunku zachodnim, posuwając się południowym wybrzeżem Tahiti-Nui. Od chwili sforsowania przesmyku Taravao i minięcia porciku Teauaa, na dotarcie do kolejnego celu naszej podróży potrzebujemy około 25-30 minut, pozwólcie więc, że w międzyczasie, zanim się tam nie dostaniemy, najpierw napiszę kilka zdań na temat owego Gauguina – któż to w ogóle był, co robił w tym rejonie świata, itd., zgoda?
Otóż, tutejsze Muzeum Gauguina znajduje się na południowym krańcu Tahiti, w małej mieścince Ataiti, leżącej dokładnie pomiędzy dwoma większymi wioskami – Papeari oraz Mataiea – gdzie z kolei znajdują się dwa najpiękniejsze w całej Polinezji ogrody botaniczne o nazwach „Jardin Harrison Smith” oraz „Jardin Vaipahi”.
Przepraszam za zbyt rozbudowany tym razem spis geograficznych miejsc, które właśnie odwiedzamy, ale akurat teraz wyjątkowo zrobić to warto. Dlaczego? A dlatego, że w opinii samych tahitańczyków właśnie ten rejon ich wyspy jest dla oczu wszelakich estetów najpiękniejszy i właśnie z tego względu polecałbym wam powyższe nazwy zapamiętać. Tutejsza przyroda bowiem jest zdecydowanie najbogatsza, lasy są tu, według słów tubylców, istnymi rajskimi ogrodami, zaś lokalne plaże to po prostu… wspaniałości ponad wszelkimi innymi wspaniałościami.
Zapytacie więc; czy ja tę opinię tuziemców potwierdzam, skoro byłem tu aż sześć razy i wielokrotnie w pobliżu tych miejsc się „na popas” wraz z kolejnymi wycieczkami zatrzymywałem? Otóż – i tak, i nie. Bowiem, „lasy-ogrody”, o których tubylcy z taką dumą wspominają, w istocie są tutaj wprost niewiarygodnie piękne i z tą oceną jak najbardziej zgodzić się trzeba. Ani chybi, albowiem – wierzcie mi – ich wygląd, to rzeczywiście zapierające dech w piersi obrazy. Ale, plaże..? No cóż, według mnie są tu one jednak zwyczajnymi nadbrzeżami i raczej niczym szczególnym się nie wyróżniają. No owszem, może jedynie wyjątkowym w tym miejscu bogactwem morskiego ptactwa, które nie gdzie indziej, ale właśnie tutaj najliczniej się gromadzi, jako że akurat te okolice wyraźnie sobie upodobały. Można więc tu dostrzec zarówno stada albatrosów, fregat czy petreli, jak i również całą masę innego ptasiego drobiazgu, spośród którego jedynie mewy i rybitwy są mi jako tako z nazw gatunkowych znane, więc o reszcie wypowiadać się już nie będę. Ale, rzeczywiście, jest ich tutaj dość sporo i akurat ten element krajobrazu owe plaże i leżące w ich pobliżu skały i wzgórza zdecydowanie spośród innych miejsc wyróżnia.
Ale plaże..? Powtórzę – nie, z taką opinią przenigdy się zgodzić nie zamierzam (bo chyba Copacabany albo Ipanemy w Rio nie widzieli). Jednakże, skoro miejscowi tak uważają, no to niech im już tak będzie, bo co nam w końcu szkodzi im to przyznać, prawda? Co do tutejszej flory natomiast… O tak – to jest naprawdę coś cudownego! Kwiaty, kwiaty, kwiaty i jeszcze raz kwiaty… Gdzie by wokoło siebie nie spojrzeć – kwiaty… O właśnie, tak to w skrócie należałoby określić. Nie dziwota więc, że w takim to właśnie miejscu osiadł niegdyś na stałe słynny francuski malarz impresjonista – Paul Gauguin.
Któż on zacz..? – zapytacie. Nnnooo, malarz – odpowiadam, dziwiąc się jednocześnie, że skoro w poprzednim akapicie napisałem „słynny”, to już siłą rzeczy, niejako „z urzędu” powinniście go doskonale znać, czyż nie? A tymczasem, owszem, Paul Gauguin (czyta się Gogen lub Gogę, jak kto woli) w istocie jest po dziś dzień jednym z najsławniejszych francuskich malarzy reprezentowanego przez siebie nurtu, ale tak po prawdzie, to właśnie swojemu pobytowi na Tahiti i Markizach owąż renomę zawdzięcza – co więcej, wielu historyków i znawców malarstwa uważa, iż gdyby tutaj w swym życiu w ogóle nie zawitał, to przenigdy nie przebiłby się przez przeciętność, już o zaliczeniu go do pierwszego szeregu najznamienitszych malarzy końca dziewiętnastego wieku nie wspominając. Tak więc, uznać trzeba – jeśli brać opinie fachowców w tej branży „za dobrą monetę” – że jego niegdysiejsza polinezyjska przygoda oraz dokonanie swego żywota w więzieniu na Markizach zdecydowanie mu w zdobyciu owej popularności i późniejszej sławy dopomogła, w przeciwnym razie bowiem, pamięć o nim chyba by przepadła na wieki.
Dlaczego..? A dlatego, że w ciągu swojego życia, zanim jeszcze nie pojawił się na stałe na wyspach Pacyfiku, nie był on nazbyt wybijającą się jednostką – i to zarówno w swoim malarstwie, jak i w… życiu osobistym. Przytaczanie teraz jego biografii raczej mijałoby się z celem, pozwólcie więc, że ograniczę się jedynie do uwypuklenia zaledwie paru szczegółów z jego burzliwego życia – i to też tylko tych najistotniejszych, które de facto wpłynęły na jego decyzję o osiedleniu się na Tahiti oraz dopomogą nam wszystkim w zrozumieniu faktu, dlaczego podczas naszej wokółtahitańskiej wycieczki właśnie tutaj się zjawiliśmy – czyli w Muzeum jego imienia.
Otóż, Paul Gauguin ani za młodu, ani nawet jeszcze w swym wieku średnim… w ogóle malarzem nie był. On owo powołanie u siebie odkrył dopiero w swych latach czterdziestych, co zresztą stało się w pewnym sensie – zważywszy na dalszy jego los, który sam sobie zgotował, właśnie na skutek tegoż „odkrycia” – „gwoździem do jego trumny”, jako że wówczas (a dokładnie, było to w roku 1882) zupełnie na tym punkcie „sfiksował”, zapragnąwszy nagle – ni stąd, ni z owąd – całą resztę swojego życia właśnie temu zajęciu poświęcić. Rzucił więc on swoją dotychczasową pracę, pokończył wszelkie swoje prowadzone do tej chwili interesy, zamknął się w pracowni i… malował.
No tak – powiecie – no i co z tego? Artysta to artysta, więc cóż w tym nadzwyczajnego, żeby od razu przyrównywać jego decyzję do „trumiennych gwoździ” czy totalnej „fiksacji” umysłu? Mało to bowiem takich przykładów znamy z historii, nie tylko zresztą z samego malarstwa, ale i wielu innych dziedzin sztuki? – zdziwicie się zapewne. Toteż odpowiadam; Paul Gauguin był wtedy żonaty z niejaką Zofią Gad, z pochodzenia Dunką, z którą już wówczas posiadał… aż pięcioro dzieci! I cała jego rodzina miała się całkiem dobrze, na groszu im wprawdzie nie zbywało, zbytnią zamożnością nie grzeszyli, ale żyli dość dostatnio – z całkiem niezłymi perspektywami na przyszłość i raczej bez groźby radykalnej zmiany ich materialnego i społecznego statusu. No tak, ale niestety tylko do chwili jego wręcz szaleńczego w owej sytuacji postanowienia o porzuceniu pracy zawodowej w celu całkowitego podporządkowania swojego dalszego losu artystycznemu powołaniu.
No cóż, odkrył on w sobie nagle ową „cudowną artystyczną duchową przemianę”, ale… co z jego liczną rodziną? – zapytacie. Aż sześcioro bezbronnych istot miało wkrótce – i to dość raptownie! – popaść w skrajną biedę tylko dlatego, że Ojcu Rodziny zachciało się nagle artystycznej samorealizacji, zupełnie zapominającemu w tym momencie o zdobywaniu niezbędnych środków na ich utrzymanie?! Ot, sami więc chyba przyznacie, że mu się wtedy rzeczywiście coś jednak w tej mózgownicy solidnie poprzestawiało, prawda? No tak, ale na nic nie bacząc tak właśnie zrobił, zatem jego niespodziewana decyzja po prostu stała się faktem. I już.
Toteż, jego energiczna małżonka absolutnie się na taki los dla siebie i swoich pociech nie godziła i sprawę postawiła jasno; albo zadba o rodzinę i wróci do pracy, albo… ona z dziećmi spakuje manatki i wyjedzie z powrotem do swej rodzinnej Danii. On jednak ani myślał się temu żądaniu podporządkowywać i dalej robił swoje (czyli, nic nie robił, tylko sobie paćkał po płótnach farbami), tak więc zaradna Dunka natychmiast swoje graty popakowała i tak jak zagroziła, tak postąpiła – wzięła swą liczną dzieciarnię „pod pachę” i wyjechała do Danii.
Jednakże, co ciekawe, on wkrótce nieco się zreflektował i… podążył za nią oraz za swoimi dziećmi – z tym jednak, że kiedy już tam się znalazł, to… znowu wykazywał się absolutnym nieróbstwem, nadal koncentrując się jedynie na swoim własnym „ego”, realizując się w malarstwie i zupełnie swojej rodziny nie dostrzegając. To oczywiście natychmiast powodowało całą serię konfliktów i kłótni – już nie tylko z samą jego małżonką, ale i również z jej rodzicami – co w końcu zaowocowało tym, iż świeżo po „już którejś tam z kolei” ostrej sprzeczce z teściami, w roku 1885 Paul Gauguin definitywnie postanowił porzucić raz na zawsze swą własną rodzinę i wynieść się gdzieś w świat – jak najdalej, już nie tylko od Danii i Francji, ale nawet i od samej Europy.
Błąkał się więc potem około sześć lat po całym świecie, zjawiając się wszędzie tam, gdzie jego ojczysta Francja posiadała swoje kolonie – najpierw bywał na wyspach Karaibów, potem odwiedzał archipelagi Oceanu Indyjskiego, aż ostatecznie w roku1891 zlądował na Tahiti, gdzie się wreszcie osiedlił, postanawiając pozostać tu już do końca swego żywota. Napotkał tu zresztą najdoskonalsze z możliwych warunki do samorealizacji i rozwoju swego talentu i artystycznego powołania, znajdując tu sobie jeszcze dodatkowo niezwykle ponętną nową towarzyszkę życia – tahitankę o imieniu Pahura, która oficjalnie stała się „tylko” jego modelką, choć de facto odtąd razem pod jednym dachem wspólnej chaty zamieszkali. Ona miała wówczas – uwaga – zaledwie 14 lat (!), natomiast Gauguin był już wtedy dojrzałym, „dobrze po pięćdziesiątce” mężczyzną. No cóż, trochę to dziwne, nieprawdaż..?
Ale tak, po prostu, właśnie było. Ową Pahurę zresztą oglądać teraz możemy na wielu stworzonych ówcześnie przez Gauguina obrazach, jako że w istocie stała się ona bardzo wdzięcznym obiektem jego artystycznych wizji, pozując mu wielokrotnie do jego prac, które teraz w większości znajdują się… w tym Muzeum – moi drodzy – do którego akurat przybywamy. Bo właśnie tutaj, gdzieś w okolicach tych wymienionych powyżej wiosek, aż po dziś dzień znajduje się owa chata, w której Paul Gauguin ze swą młodą tahitańską muzą zamieszkiwał. Zajeżdżamy więc jak najbliżej tegoż historycznego miejsca, parkujemy swoje samochody… bezpośrednio na trawie i pod stojącymi tu drzewami i wysypujemy się z naszych wehikułów na obszerny dziedziniec zespołu budynków o wspólnej nazwie Musee de Gauguin. Wkrótce zresztą dołączamy do drugiej grupy naszych kolegów, z którymi – jak pamiętacie – na przesmyku Taravao się rozdzieliśmy, i po krótkim odsapnięciu po przebytej drodze, ciekawie dookoła siebie się rozglądamy.


No dobra, to wreszcie do Muzeum Gauguina zajechaliśmy, ale co było dalej, to o tym opowiem wam już w odcinku następnym, dziewiątym...
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedził 18.5% świata (37 państw)
Zasoby: 195 wpisów195 15 komentarzy15 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
18.11.2018 - 18.11.2018
 
 
14.11.2018 - 14.11.2018
 
 
13.11.2018 - 13.11.2018