Geoblog.pl    louis    Podróże    Tahiti    Tahiti - Papeete-13
Zwiń mapę
2018
06
sie

Tahiti - Papeete-13

 
Polinezja Francuska
Polinezja Francuska, Papeete
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 16157 km
 
Spacerku po tahitańskim Papeete ciąg dalszy...

Moi drodzy, pozwólcie jednak, że ten wątek naprawdę potraktuję bardzo skrótowo. Wręcz „ulgowo”, albowiem – jak mniemam – wszyscy już chyba jesteśmy tym pacyficznym rajem nieco zmęczeni, nieprawdaż? No, tak przynajmniej należy przypuszczać, jako że ciągnie się ten rozdział już ponad 10 odcinków, a przecież nawet i o samym raju traktujący tak długi elaborat może w końcu jego czytelników znużyć, czyż nie? Toteż wybierzmy się jeszcze razem w ową przechadzkę po mieście, podczas której już żadnymi zbędnymi opisami zanudzać was nie będę, a jedynie zasygnalizuję kilka szczegółów, które akurat znać warto oraz… aby się po prostu pochwalić (a jakże) tym, co tu jeszcze ciekawego widziałem.
Przede wszystkim więc, kilka słów o tzw. „Pearls Centre”. O – i o tym właśnie w pierwszej kolejności należałoby wspomnieć. Dlaczego..? A dlatego, że to właśnie stąd, z Polinezji Francuskiej, pochodzi największa, znajdująca się teraz na świecie ilość czarnych pereł, których podwodne plantacje zresztą, wciąż jeszcze mają się tu całkiem dobrze, pomimo faktu, że globalne zainteresowanie tymi klejnotami w ostatnich latach jednak nieco spadło. Ale akurat tutaj jest z tym jeszcze całkiem nieźle, z tym że nieomal cały ten biznes znalazł się już w rękach przybyłych tu z Azji emigrantów, którzy tak skutecznie go opanowali, że zajmujących się tym dotychczas tubylców niemalże do zera z interesu wyrugowali. No cóż, ów biznes wymaga jednak dużego nakładu wręcz mrówczej pracy oraz pewnego minimum solidności w handlu – jakie jest natomiast podejście do pracy reprezentowane przez samych tahitańczyków, to już chyba wszyscy z was dobrze wiedzą, prawda? W zderzeniu więc z chińską skrupulatnością i poświęceniem najmniejszych szans nie mieli, toteż szybko ustąpili im pola – zresztą, nawet niespecjalnie mocno próbując o nie walczyć.
No tak, ale… ja tu o Chińczykach, biznesie, konkurencji i interesach, gdy tymczasem wy zapewne czekacie na moment aż w końcu napiszę jak w ogóle owo wspomniane Centrum wyglądało. Ot, jest to po prostu dość rozległa sieć znajdujących się tutaj, głównie w samym centrum miasta, sklepików, w których nie tylko można sobie takie perełeczki jako „pamiątkę z wakacji” sprawić, ale i także je pooglądać, jako że kilka z większych takowych placówek spełnia również rolę swoistego rodzaju sal wystawienniczych. Tak więc napatrzyć tu się można było do woli na całe stosy prezentowanych tu pereł – oczywiście nie sztucznych, ale naturalnych (choć w większości pochodzących ze specjalnych podwodnych hodowli) – pośród których należne pierwsze miejsce w szeregu zajmowały oczywiście perły czarne, we wszystkich możliwych odcieniach i wielkościach. Oprócz nich były tu także perły białe, kremowe, różowe, zielonkawe oraz w kilkunastu innych tonacjach, mniej lub bardziej przezroczyste, nieco błyszczące, matowe, itd., itp., - toteż takowego spektaklu, kiedy się to wszystko poprzez szyby gablotek obserwowało, przenigdy zapomnieć się nie da.
No cóż, perły w istocie są przepiękne, ale jednocześnie w opinii wielu znawców są to jednak klejnoty „mające na sobie krew”, jako że „winne” są śmierci niezliczonej ilości ludzkich istnień, ich poławiaczy, którzy niegdyś (kiedy jeszcze nie stosowano na tak dużą skalę jak obecnie sztucznej hodowli w specjalnych podwodnych farmach perłopławów) w pogoni za wytwarzającymi je małżami zapuszczali się bardzo głęboko w morską toń, kiedy to nurkując narażali dla niezbyt zresztą wielkich pieniędzy otrzymywanych od bezwzględnych handlarzy swoje młode życia.
Historia bardzo dobitnie o tym zaświadcza, toteż odbija się to aż po dziś dzień na opinii tych szczególnych klejnotów, zaś chęć ich posiadania w wielu kręgach towarzyskich jednak uważana jest za zwykłe kobiece fanaberie. No cóż, być może tak właśnie jest, ale… sądząc po ilości klientek, które w tychże sklepiczkach zauważyłem, to raczej uznać trzeba, że „siła przyciągania” pereł wciąż jeszcze jest niezwykle duża – dla niektórych osób natomiast wręcz zniewalająca. Lecz, co oczywiste, pooglądać je zawsze warto, a już zwłaszcza wówczas, kiedy ma się okazję być w takim miejscu, gdzie prezentowane są całymi tysiącami. Co też, rzecz jasna, z wielką chęcią czyniłem…
Bardzo często zachodziliśmy również w okolice znajdującej się w samym centrum miasta mariny, gdzie przy portowych pomostach zawsze stało co najmniej kilkadziesiąt niewielkich jednostek – w większości oczywiście motorowych i żaglowych jachtów, ale i także cumowały tu czasem niewielkie towarowe stateczki, stawiane tu z reguły tymczasowo, „na odstawkę”, gdy akurat przy położonych vis-a-vis mariny portowych nabrzeżach na ich obsługę miejsca nie było. Ale nas rzecz jasna najbardziej interesowały owe jachty, z załogami których nierzadko się zaznajamialiśmy, odwiedzając je podczas naszych spacerów i wdając się z nimi w rozmowy. Przybywają tu oczywiście żeglarze z całego świata, toteż napotkać tutaj można było jednostki najprzeróżniejszych bander – w tym także i polskiej, choć jednak raczej rzadko – których załogi bardzo często urządzały sobie na brzegach mariny organizowane, tak ad hoc, wieczorne imprezy.
Były to głównie „nasiadówki” przy piwie, połączone z przygotowywaniem wspólnych kolacyjek, serwowanych potem sobie nawzajem na porozstawianych tu i ówdzie rozkładanych stoliczkach, co zresztą – jak się możecie domyślać – stanowiło wspaniały obraz internacjonalistycznej integracji. Wszakże takie pikniki przy brzęczących w mrokach tropikalnego wieczoru gitarach, przy czymś smakowitym „na ząb”, popijanym dobrze schłodzonymi napojami, to było właśnie „to” – czyli, prawdziwa, szczera zażyłość „ludzi z branży”, bez względu na narodowość , nację czy wyznanie. Bo podczas takich wieczornych spotkań, bezpośrednio na pomostach mariny lub nad jej brzegiem oraz pod gołym tropikalnym niebem, zobaczyć można było tzw. „przekrój” ludzi dosłownie z całego świata.
Jak się więc spodziewacie, także i my częstokroć na takie wieczorne pikniczki zaglądaliśmy, aby w takowym międzynarodowym towarzystwie nieco sobie na „pogaduchach” posiedzieć, w spokoju konsumując swoje piwko i wsłuchując się w dźwięk gitar i szum fal Pacyfiku. O, zabrzmiało to dość patetycznie, a i nawet nieco nostalgicznie, prawda? No tak, z pewnością, ale akurat takie skojarzenia mi się teraz na myśl przywiodły (cóż więc na to poradzę?). A zjawialiśmy się tam – rzecz jasna, a jakże – nie z pustymi rękoma, wszak nigdy czegoś takiego robić by nie wypadało. O nie, toteż zawsze mieliśmy z sobą jakieś polskie piwo, którym z chęcią z żeglarzami się dzieliliśmy, mając również okazję skorzystać z ich rewanżu – nie tylko alkoholowego zresztą, ale także i w postaci, na przykład smażonych naprędce, tuż przy jachcie, na podręcznym kociołku jakichś dopiero co złowionych rybek, krewetek lub krabów.
Eeech, tylko westchnąć, w istocie z nostalgią, bowiem to naprawdę były super-przemiłe wieczory. Graliśmy wtedy również i w karty, w kości czy w bierki (o właśnie, kto jeszcze w ogóle ową grę w bierki pamięta?!) z Włochami, Francuzami, Hiszpanami czy Australijczykami, napotykanym tu zaś – choć niestety z rzadka – Polakom, przynosiliśmy z naszego statku polskie czasopisma lub tzw. „Świerszczyka”, czyli nadawane przez Gdynię-Radio wiadomości dla marynarzy, które drukowane potem przez Radiooficera nieustannie walały się po naszych mesach, a do których po pewnym czasie już nikt wstecz nie zaglądał.
Takie wieczorki były więc zawsze niezwykle udane – powtórzę zatem jeszcze raz; eeech, to naprawdę były przemiłe i niezapomniane chwile… Dodam jeszcze tylko – i to z prawdziwym smutkiem – że w obecnych czasach takowe spotkania można już sobie całkowicie wybić z głowy, i to chyba już raz na zawsze, bowiem według opowiadań moich kolegów, którym dane byłe w te rejony ponownie, choć dużo później zawitać, większość z tych miejsc jest pilnie przez ochroniarzy strzeżona i oczywiście szczelnie płotami od wszelkiej „przypadkowej gawiedzi z ulicy” odgrodzona…
No cóż, świat się nam przecież rozwija, a to kosztować musi, czyż nie..? A zresztą, po cóż zawijającym dzisiaj do, na przykład takiego Papeete żeglarzom jakieś tam fanaberie w postaci wspólnych spotkań przy piwie, gitarach, grillach i podręcznych kociołkach, skoro mają oni teraz na swoich jachtach Internet, dzięki któremu w każdej chwili „zawitać” sobie mogą tam, gdzie im się żywnie spodoba, ze swoim własnym domkiem gdzieś w Europie, Ameryce czy Australii włącznie oraz całą masę będących „na podorędziu” puszek z gotowym żarciem, którego czasami nawet podgrzewać nie trzeba? Ot, dzisiejsi „odkrywcy” są bowiem już takiego rodzaju, że z byle kim (nawet z załogą stojącego po sąsiedzku przy tym samym pomoście jachtu) wchodzić w komitywę nie będą, bo przecież… „kto to w ogóle wie, kto zacz?”… Cóż, szkoda słów…
I tym – przyznam szczerze – mało optymistycznym akcentem mógłbym już, tak właściwie, tę relację z owej metropolii na skraju świata zakończyć. Wszakże w niniejszym rozdziale poruszyłem już chyba wszystkie najważniejsze tematy z nią związane. Uznałem jednakże, iż powinienem chyba jeszcze wspomnieć co nieco o tutejszych mieszkańcach, bowiem akurat o nich chyba jednak jak dotychczas niezbyt wiele napisałem, prawda? A zatem, żeby już nie przynudzać, szybko i zwięźle kilka słów na tenże temat…
O ich niezwykłych zdolnościach, wręcz „życiowym pędzie” ku tzw. „nicnierobieniu” (ależ to przepiękny wyraz!) już pisałem, toteż akurat w tym względzie powtarzać się już nie będę. Ot, po prostu, miejscowe zamiłowanie do „dolce far niente” (tak to się pisze?) jest tutaj nieomal wszędobylskie, jest naturalną filozofią ich żywota, więc „rozbieranie na czynniki pierwsze” wszelakich przyczyn tych skłonności mija się z celem, albowiem jest to lokalny, niczym niepodważany aksjomat i takąż właśnie informację proszę do swojej łaskawej wiadomości przyjąć, ot co. Natomiast skutkiem ubocznym takiego stylu życia, jego niekwestionowaną konsekwencją, jest nie tylko ich totalne rozleniwienie - spowodowane głównie rajskim klimatem oraz rozpiętym ponad nimi przez Francję „ochronnym parasolem” – ale i także, czy raczej przede wszystkim, wprost niewiarygodna otyłość.
Mieszkańcy Francuskiej Polinezji bowiem to z reguły wręcz bezwstydne spasłe grubasy, co ciekawe zaś, owa ocena nie dotyczy li tylko samych mężczyzn czy osób w tzw. „sile wieku” – o nie, bynajmniej, bowiem również i młodzież oraz tutejsze kobiety także zbytnią smukłością (ależ eufemizm!) nie grzeszą, najmłodszego pokolenia nie wyłączając! Widuje się tu więc na ulicach takich grubasiątek dosłownie „na pęczki”, skądinąd niezwykle sympatycznych i życzliwych – bo akurat to z całą należną im sprawiedliwością trzeba oddać – ale i jednocześnie stwierdzić, że tutejsze dziewczęta niestety (no cóż) bardzo rzadko przyciągają tęskne męskie spojrzenia, gdyż w swej zdecydowanej większości są niezbyt powabne, mało urodziwe i nieatrakcyjne.
Skąd zatem wziął się ów słynny mit przepięknych, o rzekomo wręcz zniewalającej urodzie Polinezyjek? – zapytacie. Przecież akurat taka o nich opinia aż do dziś króluje w większości reporterskich przekazów, w literaturze czy w filmach, jak i również w opowieściach samych, będących tu niegdyś marynarzy. Otóż, stało się tak zapewne z tego powodu, iż wszelkie tutejsze wysepki, jako położone bardzo daleko od wielu najczęściej uczęszczanych żeglugowych tras, były z reguły rzadko odwiedzane. A kiedy już to następowało, to zazwyczaj – właśnie z uwagi na ową odległość – po tak długim czasie potrzebnym do osiągnięcia przez wszelkich przybyszów tychże stron, że… „wyposzczonym” (przepraszam za owo sformułowanie) po tak nieprzeciętnie długich rejsach marynarzom dosłownie każda osóbka płci odmiennej od razu wydawała się nieomal samą boginią. Jeśli już nie od razu samą Wenus czy Ateną, to przynajmniej „jakąś inną” boską pięknością lub co najmniej nimfą z baśni, bo już wówczas nikt z tych żeglarzy… „darowanemu koniowi w zęby nie zaglądał”, ot co.
No cóż, szalenie gorąco was (zwłaszcza panie) za tak dosadne określenie przepraszam, ale to przecież wcale nie jest moją osobistą opinią – to nie ja ówże termin ukułem, o nie – ten pogląd został już dużo wcześniej przez wielu innych odwiedzających te rejony „znawców tematu” sformułowany, a ja jedynie „słowo w słowo” (zapewniam) owe oceny przytoczyłem. I tyle. Wiem, nie brzmi to może zbyt elegancko, a i na domiar złego pod adresem samych Polinezyjek dość obraźliwie, pogardliwie nawet, ale… ja tylko cudze słowa zacytowałem i już! A fakt, że się z nimi osobiście… w pełni zgadzam..? No cóż, prawda – niestety – w oczy kole. Bo się tę „prawdę” w Papeete widywało dosłownie na co dzień i nieomal na każdym kroku. Ot i cała tajemnica…
Ów problem zresztą – to znaczy, przede wszystkim chodzi mi teraz o samą otyłość, już nie o spowodowane nią defekty kobiecej urody – dotyczy w równym stopniu niemalże całego regionu środkowego Pacyfiku i akurat Tahiti w tym względzie odosobnione nie jest. Co więcej – „palma pierwszeństwa” w tej, przyznajmy, jednak nieco ponurej dziedzinie, wcale nie należy do Wysp Towarzystwa, ale do innych krajów i wysp tego rejonu – a już zwłaszcza do Fidżi. Tak, albowiem ten archipelag dzierży w tej materii absolutny prymat na całym świecie.
Niewiele (już, bo cały czas są „w trakcie pogoni”) mu ustępują Wyspy Samoa oraz Archipelagi Tonga i Tuvalu, choć jednocześnie przyznać trzeba, iż w tej szczególnej statystyce „nasza” rajska wyspa Tahiti też już jest na najlepszej drodze do… wyprzedzenia swych wyspiarskich rywali i zajęcia fotela lidera w tej specyficznej – i przyznać trzeba, że niezbyt chlubnej – konkurencji. A może… już się na tym pierwszym miejscu usadowiła, tylko ja jeszcze o tym nie wiem..? Wszak, dawno już tam nie byłem… Choć prawdę mówiąc, raczej bym mieszkańcom Papeete tego wątpliwego zaszczytu nie życzył, toteż z pewnością im w tym szczególnym „wyścigu” kibicować nie będę.

I tym niezbyt optymistycznym akcentem przyszedł czas, by zakończyć odcinek trzynasty moich wypocin i zaprosić was do lektury odcinka następnego...
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedził 18.5% świata (37 państw)
Zasoby: 195 wpisów195 15 komentarzy15 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
18.11.2018 - 18.11.2018
 
 
14.11.2018 - 14.11.2018
 
 
13.11.2018 - 13.11.2018