Geoblog.pl    louis    Podróże    Kongo - Pointe Noire    Kongo - Pointe Noire-3
Zwiń mapę
2018
10
sie

Kongo - Pointe Noire-3

 
Kongo
Kongo, Pointe Noire
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 0 km
 
A teraz pora już na rozejrzenie się po samym Pointe Noire, przekonać się, cóż to w ogóle jest za miasto...

Samo miasto, jak się podczas tego postoju zdążyłem zorientować, wcale takie małe nie jest. Przeciwnie, jest dość rozległe, a w dodatku jego centrum położone jest niestety dość daleko od portu. O żadnym spacerku zatem raczej nie mogło być mowy, gdyż po drodze znajdowała się dzielnica z gatunku tych, do których przybyszom z Europy stanowczo odradza się zaglądać. Wszak po co kusić los, to jasne. Tak więc, znacznie wygodniej skorzystać było z miejskiej komunikacji, czyli linii autobusowej łączącej śródmieście z okolicami portu. Autobusowy przystanek znajdował się tuż obok portowej bramy, natomiast bilety na przejazd trzeba było kupować - tak jak zresztą w nieomal całej Afryce - już w autobusie, u samego kierowcy lub też u specjalnie do tych celów wyznaczonej osoby - czyli, krótko mówiąc; u takiego ichniego konduktora. Czy ktoś z was jeszcze pamięta taką funkcję w naszych starych polskich autobusach i tramwajach? „Proszę wsiadać, drzwi zamykać...” - wołał, a potem dawał motorniczemu znak do odjazdu pociągając energicznie za specjalny sznureczek, na końcu którego znajdował się gong lub malutki dzwoneczek. Eeech, piękne to były czasy... No tak, ale wracajmy do Kongo...
Już następnego dnia rano wybraliśmy się dość „silną grupą” na podbój miasta. Nie tylko zresztą w celu jego zwiedzenia, lecz głównie z innego, bardziej - że się tak wyrażę – „przyziemnego” powodu. Mianowicie, na zakupy - jednakże, w swojej naturze dość „monotematyczne”, ponieważ większość z nas zainteresowana była tegoż dnia tylko jednym miejscowym artykułem. Domyślacie się już o jakiż to sprawunek chodzi, prawda? Cóż, wiadomo, że o kawę, to jasne. A dlaczego..? - zapytacie.
No nieee. Nie bądźcie dziećmi, moi drodzy i nie zadawajcie mi aż tak naiwnych pytań! Dyć spójrzcie na tytuł rozdziału i wszystko będzie już jasne, wszak mamy Anno Domini 1986 a jakież to wówczas były czasy w Polsce, to chyba każdy z was dobrze pamięta, czyż nie..? Oraz te nasze „kochane” permanentne, eufemistycznie zwane „niedobory rynkowe”, szczególnie zaś tych towarów, które wówczas nasze władze uważały za tzw. „artykuły luksusowe”. Ot, co. A wśród nich rzecz jasna, owymi „sztandarowymi” brakami, obok oczywiście mięsa, wędlin i cukru, były wszelkiego typu używki - naturalnie z kawą na czele. Ciągle jej w naszym kraju w tzw. „otwartym” (czyli oficjalnym, legalnym) obiegu brakowało, w zwykłych sklepach uświadczyć jej nie było można, natomiast na halach targowych i u prywatnych sklepikarzy, jak najbardziej. Oczywiście kupić ją było można, ale po cenach wręcz astronomicznych. Pamiętacie to jeszcze..? (No cóż, akurat w tym miejscu, przez wzgląd na powyższe, to już na pewno nie westchnę; „ach, cóż to były za czasy” jak to uczyniłem w przypadku tramwajowych konduktorów).
Ale, idźmy w tych rozważaniach dalej... Dlaczego owe ceny za kawę były wtedy aż tak wysokie..? Ot, prosta sprawa - na oficjalnym polskim rynku jej nie było (już nie wnikam w przyczyny bo i tak każdy z nas miałby na ten temat zupełnie odrębne zdanie), zaś u prywaciarzy zjawiała się ona z tzw. „prywatnego importu”, czyli po prostu skupowana była ona od kogoś, kto ją przywoził z zagranicy. A kto najczęściej tam bywał..? Wiadomo, marynarze. A skąd oni ją brali..? Też wiadomo, przywozili z tych krajów, w których po prostu kawowce rosną, gdyż właśnie tam ceny kawy były najbardziej przystępne, a co za tym idzie, przy jej sprzedaży w Polsce dostawało się za nią najlepsze tzw. „przebicie”. Jasne i proste jak drut, prawda..?
Niech ktoś z was jednak sobie nie myśli, że były to jakieś krociowe interesy, o nie. Był to zaledwie drobny marynarski handelek, który w żadnym wypadku w znaczący sposób zawartości marynarskich kieszeni nie pomnażał - ot, było to oczywiście opłacalne, bo akurat tego podważać nie zamierzam, ale nie aż tak, jakby się komuś spoza naszej branży wydawało. Głównie zresztą dlatego, że przecież na owej drodze; „od zakupu, do sprzedaży w kraju”, było mnóstwo innych dodatkowych etapów, i to bardzo kosztownych, gdyż trzeba było oczywiście najpierw za coś tę kawę kupić (bo za darmo jej przecież nie rozdawali), potem zapłacić za nią cło (wysokie jak cholera!) w Urzędzie Celnym na polskiej granicy (o „prezencikach” dla jaśnie Panów Celników, które wtedy przy tej okazji od nas „wypraszali” - czyt; brali jak swoje - to nawet nie wspomnę) oraz podatki w naszych rodzimych Urzędach Skarbowych.
A potem jeszcze trzeba było stracić co nieco z jej finalnej sklepowej ceny na marży, kasowanej rzecz jasna przez właściciela sklepiku, który od marynarzy tę kawę skupował (o tzw. „lewych wagach” na tę okoliczność przez nich stosowanych również wspominać nie będę - nerwów szkoda). W efekcie zatem pozostawały nam w ręce jakieś marne grosze - owszem, wciąż jeszcze nieco większe, niż gdyby w ogóle człek się taką kawą nie zajął - jednakże krążące wówczas po Polsce legendy o krociowych marynarskich dochodach z tegoż właśnie handelku pochodzących, śmiało można było między bajki włożyć. Bo była to po prostu najzwyklejsza nieprawda. No chyba, że ktoś zajmował się przemytem i takowej przywożonej kawy w ogóle do oclenia na granicy nie zgłaszał, to wówczas w istocie jakiś większy szmal mógł z tego „wyszarpnąć”, ale wierzcie mi, były to naprawdę odosobnione wypadki. A to dlatego, iż taki proceder był szalenie ryzykowny i zajmowali się nim raczej tzw. „kaskaderzy” lub „samobójcy”, z których bardzo wielu przekonało się wkrótce, że to się jednak nie opłaca, gdyż dość często zdarzało się tak, że z nieomal dziecinną łatwością wpadali w łapy celników i w rezultacie kończyło się, zamiast na jakimkolwiek zarobku, na dodatkowych karach pieniężnych, częstokroć bardzo, bardzo dotkliwych. Lub też, jeśli trafiali na celników będących „w wyjątkowo dobrych tego dnia humorach”, to kończyło się wprawdzie jedynie na „dodatkowych ponadnormatywnych (bo nieprzewidzianych) prezencikach”, ale i tak z jakimkolwiek profitem mogli się wtedy pożegnać.
Takie „igranie z ogniem” nie za bardzo się więc kalkulowało, toteż lwia większość marynarzy w taki proceder za nic w świecie się nie wdawała, szła zawsze prostą drogą, zatem osiągane w ten sposób dodatkowe dochody zwykliśmy wtedy nazywać „dodatkami na piwo” lub „na czekoladki”, i tyle. Owszem, byli też i tacy „hurtownicy”, którzy wszelkie urzędowe ograniczenia, jak i również celne przepisy mieli zawsze głęboko „gdzieś” i „bawili się w przemyt” na całego, ale byli to z reguły ci, którzy mieli gdzieś tzw. „garba” (nazywaliśmy ich wtedy „garbusami”, rzecz jasna) w postaci kogoś ważnego w jakimś urzędzie, który im uprawianie tegoż nielegalnego procederu umożliwiał i nierzadko w razie kłopotów ochraniał, ot co.
Ale to oczywiście żadna nowina, gdyż wiadomo, że „znajomi królika” są wszędzie, w każdej branży i w każdej możliwej epoce. W tychże wypadkach jednakże mówilibyśmy o zwykłym przestępstwie, toteż pozwólcie, że akurat tą częścią marynarskiej działalności zajmować się nie będę. Bo nic mi do tego - to raz. Owe czasy już dawno i bezpowrotnie przeminęły i grzebać się w tym naprawdę sensu nie ma - to dwa. A po trzecie - niechże teraz oni sami przed sobą „świecą oczkami” przed lustrem na wspomnienie tamtych czasów. Na wspomnienie tychże przekupywanych celników, nierzadko i także urzędników skarbówek, o czym tak chętnie i z dumą potem w mesach rozprawiali oraz tych wszystkich innych kombinacji i całego arsenału stosowanych trików wobec kupujących od nich towar sklepikarzy (ale cóż, wtedy można było mówić o „grze obopólnej” - wet za wet), wobec szeregowych nabywców tejże kawy, a bardzo często również i wobec swoich własnych statkowych kolegów, których zdarzało im się powystawiać nie raz do wiatru w wypadku wystąpienia nieprzewidzianych kłopotów lub podczas jakowychś „nieco ciemniejszych” interesów. Ot, przykre to było, ale niestety prawdziwe. Ale na szczęście, bardzo bardzo rzadkie...
A zatem, powracajmy do „normalności” w tej materii, bo tylko to powinno nas interesować, a nie przestępcza przemytnicza działalność oraz nielegalne handlowe kombinacje. I jeszcze jedno - oczywiście nie będę podawał nawet najdrobniejszych szczegółów, które mogłyby umożliwić jakąkolwiek identyfikację którejkolwiek z osób, biorących udział w tym drobnym „handlowym biznesiku”. Nawet w sytuacji, gdy takowa działalność była absolutnie legalna, nie nosiła żadnych znamion najdrobniejszego nawet oszustwa ani nie stanowiła zagrożenia dla kogokolwiek z kręgu osób tym się zajmujących. Bo tak prawdę mówiąc, znacznie więcej w tym wszystkim było „sportu” niźli realnego, podbudowującego domowy budżet zarobku. Ot, co...
No cóż, napisałem przed chwileczką, że powracamy do „normalności”, no to wreszcie to zróbmy; na czym to ja więc skończyłem..? Acha, na naszej wyprawie do centrum Pointe Noire po zakupy. A dokądże to nas niosło - do sklepów, supermarketów, hurtowni..? Otóż nie, moi drodzy, jechaliśmy wtedy bezpośrednio do... palarni. Tak tak - do palarni kawy, gdyż wówczas miało się absolutną pewność, że taka kawa jest dobrej, a przynajmniej przyzwoitej jakości. Że jest świeża, a poza tym, właśnie tam była najtańsza. Przypominam bowiem, że przecież nie jesteśmy teraz w Brazylii ani w Kolumbii, w których to krajach kupowana tam kawa była zawsze najwyższej światowej jakości oraz dostępna dosłownie wszędzie w niemalże tych samych cenach - bez względu na to, czy był to jakiś hurtownik, sklep czy supermarket. Natomiast w krajach afrykańskich kupowanie kawy w sklepach całkowicie mijało się z celem - była bowiem paskudnej jakości, bardzo często oszukana (sic!), źle wypalona oraz relatywnie wcale nie taka tania. W palarni zaś wszystkie te niedogodności się omijało - człowiek mógł „trzymać oko” na wszystkim co się od samego początku działo z zielonymi jeszcze ziarnami wkładanymi na czas ich palenia do specjalnego pieca i w rezultacie kupowało się taki towar, który w ogóle nadawał się do jakiejkolwiek konsumpcji.
Bo przecież te „zmiotki”, które oferowano w sklepach nadawały się jedynie na śmieci - tego się w ogóle pić nie dawało! No cóż, afrykański grunt i klimat to wszakże nie amerykańskie gleby i pogodowe uwarunkowania, gdzie kawowcom żyje się najlepiej, toteż kawa kupowana w Kongo, Gabonie, Kamerunie, Ghanie czy przede wszystkim w Wybrzeżu Kości Słoniowej, to były zwykłe paskudne lury, ale co mieli zrobić ci marynarze, którzy na linii Południowej Ameryki akurat w tamtych czasach nie pływali? Ot, kupowali to, co było pod ręką, co było dostępne w portach, do których zawijali - już mniejsza o to, czy była to lura czy nie - bo i tak należało być zadowolonym, że w ogóle cokolwiek się w tej dziedzinie zrobić udawało, właśnie dzięki temu, że „stali bywalcy” linii Zachodniej Afryki znali takowe „dziury” jak lokalne palarnie, umożliwiające nabycie choć w miarę dobrego jakościowo towaru.
Potem, już w Polsce, podczas jego spieniężania, kto chciał być nieuczciwy to i tak bujał, że to „na pewno brazyliana”, nie zaś zmiotki z Kongo czy też z jakiejś innej Liberii, lecz nawet gdy ktoś z nas uczciwie podawał źródło jej pochodzenia, to z kolei sklepikarze „robili swoje”, albo ją z jakimś lepszym gatunkiem mieszając, albo po prostu kłamiąc jak z nut, że to na przykład „Kolumbijka”, i tyle. Ale na te chwyty to już my, marynarze, żadnego wpływu nie mieliśmy. No cóż, ale takie to wówczas były realia i „uroki” naszego kochaniutkiego PRL-u, a my przecież z Historią spierać się nie zamierzamy, prawda..?
A teraz, jeszcze małe wyjaśnienie, dlaczego w ogóle poświęciłem tyle czasu i miejsca na ówże „kawowy temat”. Otóż, po pierwsze - z uwagi na to, iż każdy możliwy temat związany z szeroko pojętym „marynarstwem” i tak musi kiedyś znaleźć swoje odzwierciedlenie na kartach niniejszego „dziełka” (bo to przecież i tak was nie ominie, nie odpuszczę tego), to zrobiłem to już teraz, wykorzystując okazję naszego wspólnego pobytu w porcie Point Noire. I w ten oto prosty sposób temat ten na przyszłość mamy już „z głowy” – „odfajkowany”, i tyle. Zatem możecie już być pewni, że więcej zanudzać was tym nie będę.
A po drugie - uczyniłem z tegoż tematu jednocześnie wstęp do naszej właśnie planowanej wyprawy do palarni, gdyż akurat wtedy zdarzyło się tak, że obfitowała ona w dość dużo niespodziewanych epizodów, które w takich razach zazwyczaj miejsca nie miewały. Bywaliśmy już bowiem wcześniej w podobnych palarniach w Abidżanie, Monrovii i w Lome, ale tam nie wydarzyło się zupełnie nic szczególnego, co by warte było „uwiecznienia” w naszych „Wspominkach” i z tego powodu nawet tych wizyt dokładnie nie pamiętam - gdy tymczasem tutaj, w Kongo, było tego aż nadto...
Tak więc, skoro już rozpaliłem tym waszą ciekawość (a co, może nie?), bo w istocie akurat wtedy zdecydowanie nudą nie wiało, to dlaczego miałbym tego nie wykorzystać i nie zamieścić przy tej okazji nieco szerszego wprowadzenia w „kawowy temat”..? Ot, upiekę więc dwie pieczenie przy jednym ogniu i wszyscy będą zadowoleni. No, przynajmniej ja, bo jak będzie z wami, to się dopiero zobaczy. Czyli co, możemy zaczynać..?
Jeśli tak, to najpierw małe przypomnienie. Właśnie zebrała się nas dość „silna grupa” wycieczkowa, wyszliśmy już poza bramę portową i stanęliśmy na przystanku w oczekiwaniu na autobus, który miał nas zabrać do centrum miasta. Lecz... Już na samym wstępie, niestety, przydarzyła się nam pierwsza, bardzo niemiła przygoda. Bo zanim jeszcze nasz autobus przyjechał, to najpierw zostaliśmy - prawie wszyscy z nas - niemalże od stóp do głów dokładniutko ochlapani przez przejeżdżający bardzo blisko przystanku i dość szybko jakiś osobowy samochód! No cóż, nie zauważyliśmy niestety, że tuż obok krawężnika są rozległe kałuże, toteż już pierwszy pojazd „dał nam tak po oczach” ową błotnistą mazią, że już na samym wstępie prawie odechciało się nam dalszej wyprawy do miasta (o wszelkich k...ach i ch...ach rzucanych w kierunku tegoż samochodu to nawet nie będę wspominał - bo to przecież oczywiste).
Bo niby co teraz mamy zrobić - cofać się na statek, żeby się przebrać w czyste ciuchy..? Toż to dość znaczna strata czasu, a akurat wtedy niespecjalnie dużą jego rezerwą dysponowaliśmy, z kolei zaś pozostać w takim stanie w jakim się nagle po tej potężnej szprycy znaleźliśmy, to też się nam nie uśmiechało, więc co..? Co, do cholery, mamy zrobić..?! Stoimy jak te palanty, cali pooblepiani błotnistą mazią, zastanawiając się gorączkowo nad naszymi dalszymi krokami. Owszem, każdy z was by teraz poradził, ażeby się tym jednak nie przejmować, gdyż „co to tam takie błocko” - ot, wyschnie sobie, otrzepiemy się, i tyle, prawda? Bo przecież cóż to takiego dla dzielnych marynarzy; z cukru wszak nie są i z byle powodu mazgaić się nie będą, ot co.
No dobrze, moi kochani, macie oczywiście rację (zwłaszcza wtedy, gdy podkreślacie, że marynarze są dzielni!), ale trzeba wam przypomnieć, że przecież... jesteśmy teraz w Afryce a nie w Polsce! A tutejsze kałuże to nie te nasze poczciwe „kochaniuteńkie”, pozostające po majowych deszczykach wodne oczka, zebrane gdzieś w zagłębieniach nierówności chodników lub jezdni. O nie. Te afrykańskie są zazwyczaj pełne potwornego ulicznego brudu i śmieci, mieszaniny gliny z cementem lub z innym tego rodzaju świństwem, pełne ogromnych ilości olejowych i paliwowych zawiesin, nieustannie porozlewanych po okolicznych ulicach, a także... najrozmaitszych zwierzęcych odchodów..! Tych ostatnich zaś jest tam zawsze niemalże cała „paleta” - od bobków aż po... (niedomówienie)... A do tego jeszcze, cała ta przedziwna mieszanina jest śliska, lepka i cuchnąca jak wszyscy diabli..! Nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo..!
O zawartych w tym świństwie bilionach (ależ, trylionach!) zarazków najprzeróżniejszych tropikalnych choróbsk (czułem je na sobie to wiem! Nawet jeśli w istocie ich nie było), to nawet nie wspomnę. A przecież my całe to paskudztwo mieliśmy teraz dokładnie po sobie porozpryskiwane - nie tylko po naszych ubraniach i butach, ale również po nogach, rękach i twarzach..! Oraz - co zrozumiałe - mieliśmy to także we włosach! Więc co..? Jak teraz kontynuować naszą wyprawę do miasta, jeśli nie mamy absolutnie żadnej możliwości, choćby tylko z grubsza gdzieś tu w pobliżu się z tego obmyć..?! Toż to przecież wcale nie sprawa elegancji, czy nawet komfortu samopoczucia, ale również i zdrowia. Przecież po tym błocie łaziły sobie bezceremonialnie jakieś... kozy, psy i świnie (doprawdy, przedziwny zestaw), pozostawiając w nim po sobie rzecz jasna „odpowiednie ślady” swojej bytności. No i teraz owe „ślady” właśnie, przemieszane z pełnym olejów, ropy i benzyny błotem mamy na swej własnej skórze i ubraniach - od stóp do głów. Fajnie, co..?
Ale cóż, trzeba było coś w końcu postanowić - jedziemy jednak, czy nie? Ci mniej ochlapani zdecydowali oczywiście, że i tak ruszają do miasta jak tylko pojawi się odpowiedni autobus, ale co z resztą nieszczęśników? W tym oczywiście także i ze mną..? Warto się pchać dalej i ryzykować przesiąknięciem tymi cudownymi kongijskimi zapaszkami „aż do kości” czy też może przełożyć wyprawę do tejże palarni - na jutro na przykład..? Toż kawa nie zając, poczeka. A i tak przecież czasu w tym porcie mamy „od groma”, nie ma się co tak spieszyć. Ja w każdym razie „pasuję”, nie jadę. Ani mi się śni spacerować po mieście będąc oblepionym cuchnącym błotem, którego fetoru już teraz znieść nie mogłem, a co dopiero będzie potem, jak już palące słoneczko w miarę upływu czasu zrobi swoje. O nie. Głupich nie ma - ja wracam.
Oczywistym było, że zupełnie samotnym w tym postanowieniu pozostać nie mogłem, bowiem nie tylko ja chciałem natychmiast wycofać się „na z góry upatrzone pozycje”, wracając na statek aby się jakoś ogarnąć. Kilku innych także już sobie tę wycieczkę odpuściło, toteż zrobiliśmy „w tył zwrot” i pognaliśmy z powrotem do portu. Po drodze zdjąłem z siebie koszulkę i choć z grubsza powycierałem z siebie to ohydne paskudztwo, przede wszystkim z twarzy i z dłoni, a potem, kiedy już dotarliśmy do naszego trapu, wywaliłem „w diabły” tę cuchnącą szmatę - jak najszybciej i jak najdalej ode mnie - bo już dłużej jej odoru ścierpieć nie mogłem! Fuj..! Tfu..! Brrr..! A kiedy dopadłem już drzwi mojej kabiny, dokładnie to samo uczyniłem z całą resztą mojego odzienia, gdyż uznałem, że tego to już nawet prać nie warto - bo co niby, mam się może taplać w kongijskich świńskich i kozich odchodach..? Łeee, fuj..!
Szybko wskoczyłem więc pod prysznic, wyszorowałem się tak, że omal sobie skalpu z głowy nie zdarłem, potem zaś - kiedy rzuciłem okiem na zegarek - uznałem, że przecież wcale aż tak bardzo „do tyłu” z czasem nie jesteśmy. Jeszcze warto ruszyć w pogoń za naszymi kolegami, którzy się jednak zdecydowali na kontynuowanie wycieczki, pomimo tej „awarii” jakiej na samym jej wstępie doznaliśmy. Czym prędzej podzwoniłem więc po kolegach, którzy jak się okazało byli dokładnie tego samego zdania - jak najbardziej. A zatem, nad czym tu się zastanawiać - ruszamy od razu, nie ma co dalej marnotrawić naszego cennego czasu. Jazda...


O ho ho, co to się porobiło... Na początku tego odcinka zapowiadałem wyprawę do miasta, gdy tymczasem nastąpił zupełnie nieoczekiwany falstart w naszych zamiarach. W efekcie więc zamiast jazdy miejskim autobusem, cały powyższy tekst strawiłem jedynie na opisie „tematu kawowego”, zdecydowanie dojście do właściwego tematu opóźniając. Ale spokojnie, nadrobimy to w odcinku czwartym, na który już teraz serdecznie was zapraszam...
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
louis
louis
zwiedził 75% świata (150 państw)
Zasoby: 519 wpisów519 59 komentarzy59 574 zdjęcia574 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
01.02.2019 - 01.02.2019
 
 
30.01.2019 - 30.01.2019
 
 
29.01.2019 - 29.01.2019