Geoblog.pl    louis    Podróże    Kongo - Pointe Noire    Kongo - Pointe Noire-4
Zwiń mapę
2018
10
sie

Kongo - Pointe Noire-4

 
Kongo
Kongo, Pointe Noire
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 0 km
 
Ufff, no to powracamy do naszego właściwego wątku, będąc już na szczęście po odpowiednich oblucjach z siebie tego fatalnego kongijskiego ulicznego spryskania...


Zebraliśmy się więc ponownie koło naszego trapu - wszyscy odświeżeni, przebrani, pachnący (bynajmniej już nie kongijskim łajnem, ale kolońskimi wodami - ba, Prastarą nawet!), czyściutcy i pełni optymizmu - i czym prędzej wyruszyliśmy w kierunku portowej bramy. Lecz kiedy już przez nią przestąpiliśmy i znaleźliśmy się na ulicy, to już nie byliśmy takimi głupolami jak za pierwszym razem, kiedy to ustawiliśmy się w karnym szeregu tuż obok krawężnika na autobusowym przystanku.
O nie. Bo przecież podróże kształcą, nieprawdaż..? I jeśli tutejsze automobile koniecznie już muszą kogoś ochlapywać błotem, to już z pewnością nie nas - my „w tę grę już się bawić nie będziemy”, mają innych przechodniów do wyboru aż nadto. Co też rzecz jasna z upodobaniem czyniły (!), gdyż stojąc dłuższy moment na rzeczonym przystanku mieliśmy doskonałą okazję właśnie takie obrazki zaoobserwowywać. Lecz, co ciekawe, potraktowani w ten sposób osobnicy, niemalże w ogóle na to nie reagowali..! Ot, odskakiwali jedynie gdzieś w bok jeśli się w porę któryś z nich nie zorientował, ale nikt nie stawał wówczas przy jezdni z podniesioną do góry pięścią i nie wygrażał odjeżdżającym w siną dal kierowcom, ani nie rzucał w ich kierunku kamieniami, jak to nierzadko ma miejsce w naszym kraju.
Oj, przyznam się, że mi się to nawet spodobało! Ach, gdybyż tak samo mogło być w Polsce... Wszak taki przeciętny polski przechodzień nie jest aż tak wyrozumiały dla biednych kierowców jak ten tutejszy, afrykański. Owszem, da się czasami ochlapać (bo i tak nie zdąży odskoczyć jak się kierowca uprze), ale wówczas - nie wiedzieć czemu - wcale, ale to wcale nie jest z tego zadowolony..! (Czyżby brak poczucia humoru..?) Mało tego - taki to nawet kamieniem potrafi rzucić w rufę samochodu! Albo do gazet skargi napisze, robiąc wstyd kierowcy, któremu akurat coś takiego się przytrafiło!
A jeszcze w dodatku, jak któryś z tych poszkodowanych jest już nieco „leciwy”, a zatem w twardą laskę uzbrojony..?! I jeszcze, nie daj Boże, numer rejestracyjny spamięta lub choćby tylko markę auta czy kolor karoserii..?! O rety - no to wtedy albo po lusterku, albo po reflektorze, ani chybi..! Oj nieładnie Polacy, nieładnie. Któż to bowiem widział taki brak wyrozumiałości dla swoich rodaków siedzących akurat za kółkiem..? Toż przecież jeżeli nie chcecie podczas słotnej pogody być pochlapanymi przez przejeżdżające tuż obok was samochody, to się po prostu sami do jakiegoś autka przesiądźcie i po krzyku. I wtedy to z kolei wy chlapcie sobie innych do woli, bo co to w końcu szkodzi, nieprawdaż..?
Że tam ktoś chwilowo tymże obryzganiem się rozeźli i wam powygraża, no to co? Albo do gazety lokalnej zadzwoni..? Eee taaam, szczegóły. Zresztą, znam ten ból, oj znam. Kiedyś mi się tak fajnie i „zdrowo” chlapnęło jakiegoś starszego gościa jadącego na rowerku po chodniku, kiedy to zdążałem do wielkopolskiego Rogalina podziwiać rezydencję Raczyńskich i słynne tysiącletnie dęby, a on - no patrzcie tylko! - zamiast z pokorą przyjąć (czyli po kongijsku) ten nagły wodny atak, pozostawiający całą jego sylwetkę (no cóż, to prawda niestety - i wraz z jego rowerem, rzecz jasna!) od stóp do głów przemoczoną „aż do suchej nitki”, to on – a to szelma jedna! – niespodziewanie gonić mnie zaczął..! Ot, kór...niczanin (bo to w Kórniku było) - afrykańskich zwyczajów nie znał..? Sponiewierany się poczuł..? Dyć ja wtedy z pół Kórnika zwiewać musiałem, myląc jego pogonie, ażeby w spokoju móc potem tamtejsze Arboretum zwiedzić, wraz z zameczkiem, pod którymż to musiałem przecież zaparkować, gdyż w pobliżu żadnego innego parkingu nie było! Wyobrażacie sobie to ryzyko..? W Afryce nie do pomyślenia...
Na szczęście nie poniosłem wówczas żadnych strat w stłuczonych lusterkach czy reflektorach, co oznacza, że chyba jednak wystarczająco skutecznie zamotałem moją drogę ucieczki. Bo choć rowerzysta był szybki - to mu trzeba oddać! - to ja i tak sobie wówczas poradziłem, ale czy jednak musi być tak, że sobie człek od czasu do czasu na kogoś chlapnąć nie może..?! Czy nie lepiej zatem brać przykład z afrykańskiego Konga..? Polscy kierowcy mieliby wtedy znacznie mniej stresów, a i bezpośrednie zagrożenie ich cielesnej nietykalności (w wypadku niedostatecznego skomplikowania dróg swojej ucieczki - przed kórnickimi rowerzystami na przykład) także byłoby mniejsze. Bo przecież aż strach pomyśleć co by było, gdyby ów przepiękny wielkopolski Kórnik był jednak miasteczkiem nieco mniejszym..! To co wtedy ucierpiałoby najbardziej - lusterko, reflektor, karoseria, przednia szyba czy szczęka albo grzbiet kierowcy..? Ufff... Nie ma to jednak jak Kongo. Rowerzyści ani piesi nie przeszkadzają kierowcom, ot co...
Bo tu, drodzy moi, w trakcie tych zaledwie kilkunastu minut oczekiwania na autobus (już w bezpiecznej odległości od jezdni, rzecz jasna), mogliśmy się napatrzeć na takie ochlapywanie „wszystkiego co żywe dookoła” aż do woli. Co samochód to „chlap”, „bryzg”, „łup”, „prysk” w jakowegoś nieostrożnego przechodnia, a on... nic. Ot, lazł sobie dalej jak gdyby nigdy nic, i tyle. Od czasu do czasu jedynie któryś z nich schodził „z linii strzału” spod samochodowych kół, ale generalnie nasze spostrzeżenia były jednak dość jednostronne; rzadko kto się tym w ogóle przejmował. Przyznam, że jednak to nieco niezrozumiałe...
No tak, ale dlaczego w tak ironiczny sposób o tym piszę..? No, jak sądzicie..? Że niby chcę przy tej okazji trochę sobie podrwić z natury polskich kierowców, podając jednocześnie siebie samego jako niezbyt chlubny przykład takowego zachowania, kiedy to niegdyś - zupełnie nieintencjonalnie, zapewniam! - ochlapałem tegoż wielkopolskiego chodnikowego kolarza? Któryż to zresztą tak łatwo mi potem odpuścić nie chciał..? (Przy okazji; bardzo przepraszam tegoż pana za ówczesny deszczowy incydent i obiecuję, że to już nigdy więcej się nie powtórzy! No, przynajmniej już nie w Kórniku, bo tam rowerzyści są naprawdę szybcy) Czy też może dlatego, że dla zabicia czasu podczas nocnej wachty na Pacyfiku (właśnie mijamy Galapagos) zachciało mi się nagle taki durnowaty temat poruszyć..? O nie, nie dlatego moi drodzy, nie dlatego...
Zatem, już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż, zwróciłem na tenże drobny fakt waszą łaskawą uwagę właśnie dlatego, że przecież żaden z tych ochlapywanych w naszym pobliżu przechodniów nie wracał zaraz potem do swego domu aby się przebrać, tak jak uczyniliśmy to my, gnając czym prędzej na statek w celu zmycia z siebie tegoż błotnistego paskudztwa. Oraz, przede wszystkim w celu... przewietrzenia swojej skóry i włosów! Nie, oni przecież dalej tkwili na owym przystanku, czekając dokładnie na ten sam autobus co my, a zatem... Chyba już „czujecie bluesa”, prawda? No wszakże to wszystko byli nasi przyszli współpasażerowie (!), czyli już wiadomo o co mi chodziło, no nie..?! A dodam jeszcze, że ówże autobusik, który się wreszcie na tym przystanku pojawił, oczywiście - bo jakżeby inaczej, skoro JA miałem nim jechać! - był... zatłoczony!
Tak więc, w pierwszym momencie, to nawet się zawahaliśmy - wsiadamy? To po to cofaliśmy się na statek, wykąpać się i wypachnieć, żeby teraz na powrót „wejść w kontakt” z tym parszywym błockiem, od którego odoru aż mdliło..?! Cholera jasna, ale cóż teraz zrobić? Ot, tak po prostu zrezygnować z wsiadania do pojazdu na oczach wszystkich, żeby sobie ktoś pomyślał, że robimy to nagle w sposób ostentacyjny - z obrzydzeniem i wstrętem..? Bo jak tu teraz komukolwiek wyjaśniać, że chodzi jedynie o owe błoto, a nie o nadmiar pasażerów, z którymi rzekomo nie życzylibyśmy sobie przebywać nazbyt blisko? Ot, jakoś tak głupio - jeszcze nas za rasistów wezmą! Ale z drugiej strony... no... tego... no... jak to ująć..? No, śmierdziało po prostu..! A jakiż tam był tłok! O rany! No, zdecydujmy coś wreszcie..!
Ufff... Owego kórnickiego kolarza (jeszcze raz najmocniej szanownego pana przepraszam), gdyby mnie jednak wówczas dogonił, to bym, nawet tak mocno przemoczonego, z radością do swojego samochodu zaprosił (żeby się chłop wysuszył, odsapnął, ochłonął), bo nasze poczciwe (i kochane) polskie kałuże to jednak jawią mi się teraz jak prawdziwe narodowe dobro i bogactwo (nawet te wielkopolskie!). Bo wtedy co najwyżej tapicerkę bym sobie wysuszył i wyczyścił, ale nie byłoby żadnej potrzeby jej... wietrzyć..! Natomiast tam... O rety, nawet już mi się tego dalej komentować nie chce! Ot, było jak było, i tyle. Jednakże... co w końcu zrobiliśmy..? No, wiadomo, wsiedliśmy - kupiliśmy bileciki u kierowcy i ruszyliśmy do miasta...
Zadam wam teraz retoryczne pytanie; wiecie oczywiście jak wyglądają w środku polskie miejskie autobusy w godzinach szczytu, prawda..? I ilu wiozą wówczas pasażerów szalenie się wtedy „miłujących”, bo przecież tulących się do siebie jak hełm do żołnierza..? No, wyobraźnię macie..? Jeśli tak, to przenieście teraz te obrazy na grunt afrykański, a w dodatku wyobraźcie sobie jeszcze, że przynajmniej co drugi z tych naszych współpasażerów jest mokry, pochlapany i oblepiony przewspaniałym tutejszym ulicznym błockiem, którego „parametry techniczne” byłem wam łaskaw opisać powyżej. Jeśli więc tego nie pamiętacie, to czym prędzej tam zajrzyjcie, to może wtedy zrozumiecie, tak w pełni i „każdym swym nerwem”, dlaczego aż tak dużo miejsca temuż tematowi poświęciłem. Moi kochani, bo owa podróż to był prawdziwy horror! Jak „Koszmar z ulicy wiązów”, „Piątek 13-go” i krótkometrażowy reportaż o babci klozetowej ze stacji kolejowej w Wólce Małej w jednym! Przeżycie godne umieszczenia w każdym podręczniku Survivalu. Ani chybi. Że też akurat wtedy musiało być tak deszczowo... Acha, jeszcze zapomniałem dodać, że to wszystko przecież w ponad... 35 stopniowym upale... The rest is silence...
No dobrze, ale przynajmniej teraz już wiecie jak wyglądały tamtejsze ulice. Bo sądzę, że opisywać ich już teraz nie muszę, prawda? Chodniki zresztą bardzo podobnie - oczywiście tylko tam, gdzie one w ogóle były. Natomiast uliczne jezdnie, to w istocie było coś przedziwnego - ni to goły grunt, ni to asfalt, ni to utwardzone, ni to beton, ni to... A cholera już jedna wie, co jeszcze. A zabudowania? No... afrykańskie po prostu. Nie takie okrągłe chaty jednakże, z drewna i kryte palmowymi liśćmi, bo te byłyby jeszcze do zaakceptowania, ale bure, szare, sypiące się, nieotynkowane i w ogóle nijakie. Tylko gdzieniegdzie stało coś porządniejszego, większego - jakiś wyższy gmach czy wieżowiec, ale generalnie nie była to metropolia, niestety.
Samo ścisłe centrum to jeszcze jako tako wyglądało, ale jego okolice to już była typowa zatłoczona i zaniedbana Afryka. Chciałoby się nawet rzec, że... dzika, ale jednak ugryzę się w język, bo w rzeczywistości aż tak źle nie było (niestety widziałem i gorsze miejskie krajobrazy na tym kontynencie). Ot po prostu, „nie pachniało tu forsą” i tyle. Jeśli natomiast chodzi o jakieś szczegółowsze opisy, to bardzo was proszę, abyście mnie z tego obowiązku jednak zwolnili, bo prawdę mówiąc, wystarczy jedynie pooglądać jakikolwiek hollywoodzki film o tym regionie świata i wszystko już będziecie mieli jak na dłoni (polecam zwłaszcza film „Pan życia i śmierci” z Nicolasem Cagem w roli głównej, tam obraz typowego afrykańskiego miasta ujęty jest wręcz „podręcznikowo”). Bo tamte obrazy powiedzą wam znacznie więcej niźli jakiekolwiek moje opisy, nawet gdyby mnie było stać na piękny, wysublimowany literacki styl. Wystarczy sobie tylko wyobrazić, że - z małymi wyjątkami - począwszy od senegalskiego Dakaru, poprzez całe Zachodnie Wybrzeże, aż do samego odległego południa Angoli, niemalże wszystkie porty, miasta i miasteczka wyglądają prawie tak samo.
A zresztą, dlaczegóż niby miałyby się one w jakiś szczególny sposób od siebie nawzajem odróżniać, skoro tak w istocie prawie wszystkie kraje tegoż regionu przeszły prawie dokładnie tę samą ścieżkę rozwoju? Czasy kolonialne, podczas których żaden z tutejszych obszarów w jakowejś znaczącej mierze przez swoją Metropolię wyróżniony nie był, potem czas masowo odzyskiwanej suwerenności i tworzenia nowych państwowości, kiedy to „krojono” te tereny według „widzimisię” angielskich, francuskich, belgijskich i portugalskich decydentów, wytyczających granice nowopowstających państw „tak jak leci”, nierzadko dzielących rejony należące niegdyś do jednego plemienia na kilka części (sic!) - i wreszcie czasy najnowsze, w trakcie których rzadko który kraj tego regionu (będąc już przecież całkowicie niezależnym i samodzielnym) jakoś, choćby i przyzwoicie sobie radził. Nic z tych rzeczy. Cały ów region pogrążał się w totalnym maraźmie, gdzieniegdzie nawet w chaosie, zaś finalny efekt tego stanu rzeczy jest aż nadto wyraźnie widoczny. Brak realnego rozwoju, szerząca się bieda i głód, trybializm, korupcja i wszechogarniająca ten region gospodarcza niemoc. Jak zatem tutejsze miasta mają wyglądać..? Jak oazy dobrobytu i zadbania..? Z szerokimi i pięknymi ulicami, czystymi parkami, kolorowymi domkami i pachnącymi autobusikami miejskiej komunikacji..?
Czy mając powyższe na względzie, bo to przecież prawda, sama prawda i tylko prawda, można się dziwić, że obraz tychże miast jest właśnie taki jaki jest..? Ot, nie wyglądają one kwitnąco, to jasne - natomiast to wszystko co pozostało (mam na myśli całą infrastrukturę oraz posiadaną tzw. „substancję lokalową” - m. in. wzniesione kiedyś budynki i budowle) jeszcze po czasach niegdysiejszej świetności (oczywiście w relatywnej skali, gdyż nie jest to „świetność” w rozumieniu na przykład amerykańskim czy europejskim) wciąż, z dnia na dzień, ulega powolnej degradacji, dekapitalizacji i niestety dewastacji również.
Rezultat końcowy jest więc naprawdę opłakany - dosłownie wszystko wokoło się sypie, psuje i rozpada, zaś brak jakiegokolwiek wyrazistego programu rozwoju lub choćby tylko naprawy tego, co już tu kiedyś było, sytuację tę jeszcze dodatkowo pogarsza. To bardzo smutne, ale niestety prawdziwe, a proszę zauważyć, że „jesteśmy” teraz w końcówce lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, cóż zatem jest tam obecnie, skoro owe procesy trwają nadal, a w niektórych krajach nawet się nasilają..? No cóż, znacie chyba te słynne, dość niedawno zresztą ukute powiedzenie, że „Afryka umiera”..?
Moi drodzy, to naprawdę wielki wstyd dla świata, ale powyższe w istocie jest najprawdziwszą prawdą. I gdy pokuszę się wreszcie o opisy innych portów z tegoż regionu, mając na uwadze kilka innych dziedzin lokalnego życia, a nie tylko wygląd miast i ich zaniedbanie, to przekonacie się jakaż wielka ludzka tragedia wciąż się tu dzieje i jakiejże to gigantycznej demoralizacji tutejszych społeczeństw jesteśmy świadkami - oczywiście nie robiąc zupełnie nic w kierunku jej poprawy. A przecież owe czasy, które były punktem wyjścia do powyższych rozważań, czyli rok 1986, w zderzeniu ze współczesną dzisiejszą rzeczywistością jawią nam się obecnie - cóż za przewrotność losu! - jako czasy jeszcze jako takiej prosperity i ogólnospołecznego porządku. Bo porównywanie tychże epok, odległych od siebie przecież zaledwie o jedno czterdziestolecie, już teraz nie ma dosłownie żadnego sensu, bowiem aż tak bardzo owe różnice są teraz widoczne. Bo jest to po prostu kontrast najdrastyczniejszy ze wszystkich możliwych.
Ale cóż to, znowu uderzyłem w ten katastroficzno-refleksyjno-nostalgiczny ton..? Ponownie pozwalam sobie wpędzać was w ten minorowy nastrój jak to niedawno miało miejsce w wypadku opisów Indii..? Otrząśnijmy się więc z tego i czym prędzej powróćmy do naszej akcji, gdyż tego naszego zwariowanego, pełnego podłości i hipokryzji świata ową jałową pisaniną (i „czytaniną”) i tak nie zmienimy. Możemy go co najwyżej opisywać - co też z miłą chęcią czynić będę dalej. Na czym to więc skończyliśmy..?
Acha, już sobie przypomniałem - na naszej wyprawie autobusem miejskiej komunikacji do centrum Pointe Noire. Cóż więc było dalej..? Otóż, zajechaliśmy, z ogromnym (!) trudem przepchnęliśmy się w panującym tu tłoku do drzwi wyjściowych, wysiedliśmy i... odetchnęliśmy z ulgą. Dodam - z ogromną ulgą! Hurra, jeszcze żyjemy..! Ufff... Powietrza..! No tak, lepkie bo lepkie, gorące bo gorące, a i nawet nieco zanieczyszczone, jednakże w naszym ówczesnym położeniu, zbawienne, rześkie i orzeźwiające! Prawdziwy luksus - niemal jak w jakimś górskim czy nadmorskim kurorcie, istne spa w porównaniu z dopiero co przeżytą „próbą ognia i wody” (czyt; „smrodu i zaduchu”) naszego prywatnego Obozu Przetrwania. Survival jak się patrzy!
Kiedyś, w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku (ach jak to brzmi! Jak kawał dobrej Historii, no nie?), na obozie harcerskim w podbydgoskim Pólku nad Zalewem Koronowskim zdobyłem sprawność... budowniczego latryny (sic! Serio, nawet takie idiotyzmy wtedy wymyślano! Ach, ten nasz kochany PRL - któż jeszcze pamięta tę wręcz astronomiczną tępotę dawnych harcmistrzów ZHP, których, po przejściu przez nich całego bojowego szlaku „od Lenino do Berlina” (czy też jak niektórzy wolą; „od Lenina do Berlino”), już po wojnie, lokowano na szczytach takich właśnie organizacji, gdyż kompletnie nie wiedziano co wtedy z nimi począć! Ten „latrynowy” był właśnie jednym z przykładów ich ówczesnej „radosnej twórczości”), ale przenigdy bym nie przypuszczał, że mi się kiedyś te umiejętności przydadzą! O rany, ależ ironia losu! Tak na marginesie - pamiętacie ten doskonały i niezwykle życiowy żydowski kawał o kozie..? No właśnie, jego puenta idealnie pasuje do naszych ówczesnych odczuć po wyjściu z zatłoczonego autobusu na „świeże”, lepkie i pełne spalin powietrze. Nic dodać, nic ująć. Samo życie...

No dobra, to tyle o naszym „organoleptycznym” kontakcie z ówczesną rzeczywistością Pointe Noire. Koniec tego odcinka. Zapraszam na następny, piąty i już ostatni w rozdziale o Kongo...
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
louis
louis
zwiedził 75% świata (150 państw)
Zasoby: 519 wpisów519 59 komentarzy59 574 zdjęcia574 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
01.02.2019 - 01.02.2019
 
 
30.01.2019 - 30.01.2019
 
 
29.01.2019 - 29.01.2019