Geoblog.pl    louis    Podróże    Komory - Mutsamudu    Komory - Mutsamudu-3
Zwiń mapę
2018
14
wrz

Komory - Mutsamudu-3

 
Komory
Komory, Mutsamudu
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 0 km
 
Przypominam ostatnie zdanie z odcinka poprzedniego: „no cóż, przynajmniej od razu wiemy do jakiego kraju właśnie przyjechaliśmy.”

No i niestety to pierwsze wrażenie wcale nie było mylne. Bo tu wszędzie w istocie był wręcz nieziemski bałagan. Potworny nieład, brak jakiejkolwiek sensownej organizacji pracy w porcie oraz wszędobylski brud. Porcik ten składał się w sumie z zaledwie dwóch niewielkich odrębnych basenów, z których ten pierwszy, gdzie cumowały miejscowe promy, był przez cały czas naszego tutaj pobytu, tak właściwie, to wciąż pusty. Natomiast ten „nasz” aż tętnił życiem. Tłok tu był wprost niespotykany.
Był ciągle wręcz do granic możliwości przepełniony, oprócz nas stało tu bowiem kilkanaście innych niewielkich jednostek, parę rybackich kutrów, ten holowniczek, kilka malutkich stateczków uprawiających jedynie miejscowy „kabotaż”, przewożąc towary z tego portu dalej na sąsiednie wyspy, no i cały szereg zwykłych łódek i motorówek.
A całe to towarzystwo było w wręcz nieustannym ruchu, te stateczki wciąż się „tasowały”, bowiem miejsca przy naszej wspólnej kei było szalenie mało, więc zmuszone one były do cumowania jeden do drugiego „burta w burtę” – i to tak gęsto, że taka jednorazowa „zakładka” wynosiła aż kilka stojących wzdłuż siebie „trupów” naraz! Tak, nazwa jak najbardziej adekwatna, bo te wszystkie stateczki, to de facto były już tylko samymi „truposzami” – ot, takie pływające jeszcze wraki. Tak więc, było tu aż tak tłoczno, że przy każdej możliwej okazji, przy byle falce, ciągle się o siebie obijały. Istny miszmasz...
No i jeszcze w dodatku każdy tu sobie pływał jak chciał. Gdy któraś z tych jednostek musiała wyjść w morze, a cumowała akurat gdzieś w środku, to oczywiście cała reszta stojących na zewnątrz innych stateczków musiała jej ustąpić miejsca, aby to wyjście w ogóle umożliwić, puszczając na ten czas swoje liny, by tę wypływającą właśnie w morze jednostkę wypuścić. A potem rzecz jasna cumowały na nowo. I tak w kółko cały czas – nawet w nocy!
Nic dziwnego więc, że podczas którychś z kolei takich ogólnych zbiorowych manewrów jeden ze stateczków po prostu... wjechał nam w burtę! Niegroźnie na szczęście, bo jednak w porę udało mu się tuż przed nami wyhamować, ale co nam tej farby z burty pozdzierał, to już „nasze”. Szybko więc zaczęliśmy badać dokładnie całą naszą prawą burtę w rejonie tego uderzenia, żadnego wgniecenia w kadłubie na szczęście nie znajdując, z tym że wspomniana farba niestety na powierzchni około 20-25 metrów kwadratowych już się poważnie zesmażyła. Zatem, w sumie nic wielkiego się nie stało, ale jednak... dość poważny dylemat pozostał...
Jaki..? – zapytacie. Otóż, podstawowym pytaniem było, co teraz dalej robić..? Według przepisów bowiem każdy taki incydent wymaga natychmiastowego uruchomienia odpowiedniej procedury – począwszy od sporządzenia specjalnego papierka o nazwie „Incident Report” oraz dokładnej dokumentacji fotograficznej miejsca na naszej burcie, na których to zdjęciach widoczne by były wszelkiego typu uszczerbki jakie w wyniku tej kolizji ponieśliśmy, poprzez poinformowanie całej masy odpowiednich superintendentów w naszej własnej Kompanii, aż po konieczność zawezwania na statek Inspektora P&I w celu oszacowania poniesionych przez nas strat, wstępnego ustalenia okoliczności tegoż wydarzenia, sporządzenia całego stosu raportów, specjalnych tzw. „statements of facts” (oświadczeń o przebiegu zdarzenia) każdego z nas (nawet jeśli się tego w ogóle na oczy nie widziało!) z dokładną co do minuty „rozpiską” całego incydentu, zeznań wszelkich świadków, oświadczeń członków załogi tamtego stateczku, z jego kapitanem na czele, itd., itp. Ufff...
Ale to oczywiście wcale jeszcze nie byłby koniec, bowiem zaraz potem należałoby zacząć tę całą dokumentację zbierać „do kupki” i „w milionach” egzemplarzy ją powielać, dołączając jeszcze do niej wszelkie wyciągi z okrętowych dzienników, wydruki prognoz pogody, ekspertyzy jakiegoś biegłego, który by zapewne musiał tutaj przybyć z samego Moroni – rety, toż tego by było tyle, że tych wszystkich powstałych w wyniku tego wydarzenia papierzysk nie udźwignąłby nawet sam nasz przedwojenny atleta Cyganiewicz! Ot, sił by mu po prostu nie stało..!
A zatem, jak sami widzicie, po co było w ogóle to „gó*no” ruszać, skoro tak właściwie nic poważnego nie zaistniało, a ten odarty z farby kawałek naszej burty sobie po prostu przy najbliższej okazji na nowo odmalujemy..? Toteż nasz Stary oczywiście bił się z myślami i poważnie wahał się – czy zaczynać tę całą szopkę, aby być w zgodzie z przepisami i dostarczyć żeru do wzrostu aktywności całej rzeszy wszelkiej maści urzędasów na co najmniej dwa miesiące (ba, żeby tylko! Z doświadczenia wiem, że nawet i te dwa miesiące to zbyt krótko na zamknięcie takiego dochodzenia!), czy też może jednak... szybko się na pięcie odwrócić i uznać tę sprawę w ogóle za niebyłą? No, a co wy byście na jego miejscu zrobili..?
Hm, ciekawe, prawda..? Niby nic się nie stało, straty są wręcz minimalne, ale... „machina” urzędnicza już czeka..! Czeka i wisi ponad nami jak sęp, żeby tylko się do tego dorwać i mieć wielomiesięczne z tego tytułu używanie! Zatem najrozsądniej byłoby to wszystko po prostu zataić, ale... wróg może czuwać! Wróg, czyli... zwykły donosiciel pośród naszej załogi, bo jeśli takowy rzeczywiście u nas by się znalazł, to rzecz jasna natychmiast w jakiś sposób do biura o tym zakabluje. Ot, co...
Jednakże nasz filipiński Stary okazał się tym przysłowiowym „facetem z j...”, bowiem uznał w końcu, że lepiej już będzie jakąś ewentualną późniejszą reprymendą ze strony kompanijnych szefów zaryzykować, aniżeli wdawać się teraz w tę idiotyczną przepychankę, w tę wręcz niekończącą się papierkową „babraninę”, która zresztą jego samego na co najmniej kilka następnych dni na stałe „przykuje” do biurka i komunikacyjnego komputera. Tak, niestety, ale taki już dzisiaj jest ten nasz popaprany świat. Albo przestrzegasz przepisów i toniesz w papierach i niedosypiasz kolejnych nocy, albo... oszukujesz!
Toteż, skoro wybrane przez Starego wyjście z sytuacji było właśnie takie, to jego następnym krokiem było natychmiastowe dyskretne odciągnięcie mnie na stronę i... szepnięcie mi do ucha dalszego toku postępowania. A „szepnął” oczywiście tylko dlatego, ażeby ten potencjalny donosiciel zbyt wiele na ten temat nie wiedział. Bo jeśli się takowy znajdzie, to rzecz jasna afera gotowa. Zatem pilnie wysłuchałem jego szeptanej propozycji, aby już chwilkę później od razu przystąpić do jej realizacji.
To znaczy, w tym celu pognałem szybko na tamten winny tejże kolizji stateczek, aby się „tak po cichaczu” z jego kapitanem rozmówić, zaproponować „gentleman agreement”, taką nieformalną ugodę, że proponujemy całkowite odstąpienie od tej sprawy, w ogóle jej nie zamierzając rozgrzebywać, ale w zamian za... „wielce smaczną” (bo to był stateczek rybacki!) rekompensatę w postaci jakichś złowionych przez nich „dobroci morza”. Ot, aby tylko wyrównało to koszt farby oraz te 3-4 godzinki pracy naszych marynarzy podczas odmalowywania tej burty. I tyle. Czyli propozycja jak najbardziej rozsądna, prawda..?
No i jaka była ich odpowiedź..? Ano, ów „odzew” był całkiem do rzeczy. Składał się on bowiem z całej pełnej skrzyni dużych krewetek, z kilku homarów (mniam!) oraz z kilkunastu kilogramów niewielkich ryb, które rzeczywiście okazały się – zgodnie z umową, a jakże! – „wielce smaczne”. Dokładnie takie, jakich oczekiwaliśmy! A kreweteczki były wręcz przepyszne, bo przede wszystkim świeżutkie. Zatem sprawy już nie ma, a wszyscy są zadowoleni. No, może za wyjątkiem tych „sępów-urzędników”...
Lecz teraz, moi drodzy, pora już najwyższa na pierwszą naszą wycieczkę do miasta, nieprawdaż..? Toteż wyruszamy... Zupełnie bez żadnej kontroli na wejściowej bramie (tak, w ogóle nas nikt nawet nie zaczepił) wychodzimy z portu, od razu wstępując na dość sporych rozmiarów rondo, które bezpośrednio do portowego ogrodzenia przylegało. Pośrodku tego ronda znajdował się otoczony niskim kamiennym murkiem park, niewielki wprawdzie, bo mający powierzchni zaledwie z około 200 metrów kwadratowych, ale za to z pięknymi kamiennymi ławeczkami i stojącymi tuż przy alejkach rzeźbionymi kolumnami.
O, i to chyba już wszystko, co tu jeszcze w miarę ładnego „po Francuzach” pozostało. Bo cała reszta... jest (czy też raczej powinna być) już tylko milczeniem – tak, „the rest is silence”, jak u Szekspira. Bo rzeczywiście dosłownie wszystko jest tu w stanie wprost tragicznym..! Prawdę mówiąc, można by nawet użyć określenia, że to miasto... jest po prostu w rozsypce..!
Tak, niestety, ale jest to aż nader widoczne. Sypią się domy, drogi, drobna miejska infrastruktura (na przykład stojące tu jeszcze gdzieniegdzie telefoniczne budki to dziś jedynie śmietniki lub… wychodki), a nawet napotkany tu przez nas na skraju miasteczka niewielki stary zabytkowy cmentarzyk. Ot, powiem krótko – rzeczywiście obraz nędzy i rozpaczy. Totalne zaniedbanie!
Cóż zatem mógłbym wam teraz opisywać – kruszące się ruiny? Zawalające się domeczki, wewnątrz których - tych stojących najbliżej ulic - znajdują się jakieś biedne sklepiki o powierzchniach (dosłownie!) zaledwie kilku metrów kwadratowych każdy? Czy też może uliczny ruch samochodów, który odbywał się tutaj „na wariata”, z zachowaniem chyba tylko jednej jedynej obowiązującej tu reguły – mianowicie, jazdy prawą stroną drogi, bowiem cała reszta przepisów (jeśli tutaj w ogóle takowe są) była absolutnie ignorowana? A może opisywać ubiory (o, przepraszam – łachmany przecież) tutejszych mieszkańców, których zresztą jedynym zajęciem wydaje się być tylko bezczynne snucie po ulicach..?
No cóż, tylko kilka powyższych krótkich zdań, a już… macie obraz tego miejsca, prawda? Owszem, zdaję sobie sprawę, że niepełny, ale niestety jakżeż prawdziwy..! Prawdziwy i jednak bardzo smutny. A to dlatego, że na sąsiedniej wyspie Mayotte, która nadal „jest Francją”, sytuacja jest diametralnie inna – a przecież oba te miejsca w roku 1975 startowały dokładnie z tego samego pułapu! Tak, ich „punkty wyjściowe” w nową przyszłość były takie same!. No cóż, ale jest jak jest – na Komorach w istocie szalenie trudno o optymizm… Ale, hola hola – dlaczego ja znowu się aż tak rozpędziłem..? Po cóż ja już teraz się z tą Mayotte wyrwałem..? Wszak obiecywałem, że zajmę się nią dopiero wówczas, kiedy już was wszystkich tam „zabiorę”! Zatem, czym prędzej powracajmy na Anjouan…
Cóż więc tutaj w ogóle robiliśmy oprócz oglądania tych wszędobylskich ruin..? Otóż, niewiele. Jedynie spacerowaliśmy po tutejszych ulicach, co i rusz oganiając się od jakichś wciąż przyczepiających się do nas natrętów, niezwykle szybko wyczerpując wszelkie nasze możliwe pomysły na rozsądne spędzenie tutaj wolnego czasu. Bo niby czym więcej można się tutaj zająć, jak tu nawet… żadnej knajpy z piwem nie było!? Nie, bo tu przecież wszędzie panowała muzułmańska prohibicja, to jasne. Piwa nie było nawet w tutejszym hotelu dla cudzoziemców! Istna pustynia! A pić się chce, bo gorąco, no nie..?
Ech, tylko westchnąć… Westchnąć i załamać ręce nad tym biednym kraikiem i nad jego, wcale nie świetlaną przyszłością. A przecież, jak zapewne pamiętacie, z kolei jego przeszłość była całkiem inna – ba, jego historia może być w pewnym sensie nawet powodem do dumy! Wszak to miasto, w którym aktualnie przebywamy, założono już w roku 1482..! Zatem gdzie się podziały ślady tamtych czasów? Gdzie są jakiekolwiek zabytki – jeśli już nie z tamtego okresu, to przynajmniej z wieków nieco późniejszych? Cóż to, zupełnie się gdzieś w mrokach Historii zapodziały? Rozpłynęły się we mgle..?
No cóż, znacie mnie przecież, więc domyślacie się, że ja oczywiście nie omieszkałem o to kilku tubylców wypytać, dowiadując się od nich, że jest tu jakaś stara cytadela na górującym nad miastem wzgórzu (tak, w istocie, widać było coś podobnego z morza, jakąś „kupkę” białych kamieni), ale jest ona już tylko zwykłą ruiną (ha, to oczywiste), zaś oprócz niej… już niczego więcej tu nie ma.
Ot, nie zachowały się żadne budynki z tamtych czasów, bo je już dawno – według słów moich rozmówców – mieszkańcy miasta... rozebrali. Ja natomiast mógłbym jedynie od siebie dodać, iż te zabytki najprawdopodobniej zwyczajnie… rozszabrowano. Nikt tu bowiem niczego nie pilnował, więc kto tylko miał okazję i ku temu możliwości, to wszelkie budowlane materiały z tych obiektów po prostu sobie przywłaszczał. Ten sam los dzieli obecnie zapewne także i ta rozsypująca się już cytadela, ale tego już okazji sprawdzić nie miałem, bowiem do niej niestety nie dotarłem, zabrakło mi na to czasu.
Ale za to, na szczęście, nie zabrakło mi go już na krótki wypad na tutejszą plażę. No, nie powiem, była całkiem do rzeczy – wprawdzie czarna i pełna wulkanicznego pochodzenia skałek i kamieni, ale dzięki temu bardzo oryginalna i… pusta.
Tak, bo akurat tutaj prawie nikogo z tubylców nie było. Nasz Trzeci kąpał się więc tutaj aż do woli, ja natomiast wolałem już tym razem w ogóle się do wody nie pchać, bo wtedy wciąż jeszcze walczyłem z resztkami tej dziwnej choroby, która nas wszystkich niedawno dopadła, nie chcąc po prostu swojego stanu w tak lekkomyślny sposób pogarszać. Bo po cóż kusić los, skoro gorączka jeszcze całkowicie nie ustąpiła, a objawy przeziębienia jak na złość wciąż jeszcze mi dokuczały? Toteż akurat ten „punkt programu” sobie wtedy podarowałem, jednocześnie jednak ani myśląc rezygnować z kolei z następnego – czyli z udziału w wycieczce do położonego w głębi wyspy wodospadu.
O właśnie… Następnego dnia zaraz po obiedzie wybraliśmy się we trójkę niewielką taksówką (rety, co to był za grat – w pewnym momencie nawet mu się owiewka podczas jazdy oderwała!) na około 3-godzinną wycieczkę w głąb wyspy, właśnie do tego wspomnianego wodospadu, którego rzekome piękno naprawdę warto zobaczyć, a które to miejsce podobno turyści wręcz masowo odwiedzają – tak przynajmniej nam jeden z pracowników tutejszej Agencji tę okolicę przedstawiał, gorąco nas do tego wypadu namawiając. Że jechać tam trzeba koniecznie, jeśli tylko ma się ku temu okazję!
Przyczyną aż tak „gorącej zachęty” do tej ekspedycji były oczywiście pieniążki, bowiem za tę jazdę wynajęty przez tegoż Agenta kierowca zażyczył sobie aż 20 dolców „od łebka”, ale to i tak była dla nas cena całkiem przystępna, więc specjalnie się na wysokość tej zapłaty nie zżymaliśmy. Ot, raz się żyje, i już! A ta wycieczka podobno jest tego warta...
No cóż... rzeczywiście była! Bo w istocie, gdybym tych pieniędzy wtedy pożałował, to... chyba już nigdy więcej nie miałbym okazji przeżyć takiego horroru! Ufff...

Horroru..? No cóż, przekonamy się o tym w odcinku następnym...
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
louis
louis
zwiedził 75% świata (150 państw)
Zasoby: 519 wpisów519 59 komentarzy59 574 zdjęcia574 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
01.02.2019 - 01.02.2019
 
 
30.01.2019 - 30.01.2019
 
 
29.01.2019 - 29.01.2019