Geoblog.pl    louis    Podróże    Vanuatu - Santo    Vanuatu - Santo-4
Zwiń mapę
2018
07
lis

Vanuatu - Santo-4

 
Vanuatu
Vanuatu, Santo
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 0 km
 
Odcinek czwarty, serdecznie zapraszam...

Pierwszy za burtę wyskoczył Asystent Pokładowy, zaraz po nim któryś z Marynarzy, a potem to już "poszło na żywioł" - wyskoczyliśmy wszyscy, niemalże jak jeden mąż, nawet i Kucharz, który przecież jeszcze tak niedawno temu najadł się solidnie strachu, kiedy to zażył przymusowej kąpieli po naszym zderzeniu z rafą. Jednak, co by nie powiedzieć - ależ to była przyjemność..! Wprawdzie woda mająca ze 32-34 stopnie Celsjusza żadnej ochłody dla ciała dać nie może, ale przecież nie o to nam chodziło. To nic, że to "zupa" - nazbyt ciepła i odczuwana przez to jak gdyby zbyt gęsta i "lepka", ale przecież jaka to radocha pływać i nurkować w "czymś", co dzięki swojej kryształowej wręcz czystości umożliwia obserwowanie podwodnej okolicy w promieniu wielu, wielu metrów dookoła. Rozkosz, prawdziwa rozkosz..! Toteż bawiliśmy się dosłownie jak dzieci. Jak duże, wyrośnięte, wąsate, brodate, żonate, dzieciate a nawet i "wnuczate" dzieci! Ścigaliśmy się dookoła szalupy, nurkowaliśmy głęboko, przepływając pod nią z burty na burtę, chlapaliśmy się i pryskaliśmy w siebie ile wlezie… No, jak dzieci po prostu...
Tylko… Czy tu aby na pewno nie ma rekinów..? A może także i jakichś innych nieprzyjaznych nam stworzeń, np. barrakud..? Eeee, kto by się wówczas martwił takimi "szczegółami", skoro los dawał nam szansę wyszaleć się do woli..?! Drobiazg. Zresztą one tak po prostu znikąd i "na zawołanie" się nie zjawiają. Życie to nie film… A poza tym, jak się po chwili okazało bardziej powinniśmy bać się siebie samych i swoich własnych nierozważnych zachowań, niźli jakiegokolwiek innego zagrożenia czyhającego na nas w głębinach oceanu. A zwłaszcza ja przekonałem się o tym bardzo boleśnie. Przy którymś z kolei "nurku" pod wodę szczęście zdecydowanie się ode mnie odwróciło. Chciałem bowiem (któryś kolejny raz zresztą) przepłynąć pod szalupą (ależ sobie zabawę znaleźliśmy!) i z impetem wynurzyć się po jej przeciwnej stronie, wyskakując do góry jak spławik na żyłce wędki (no, właśnie taką "poważną" zabawą, wszyscy zresztą, się zajęliśmy..!). Ale tym razem niestety dystans pod łodzią jakby mi się nieco "skurczył" (jak to się w ogóle stało..?) i ten cały mój "rozkoszny" impet, zamiast w wypryśnięcie ponad powierzchnię wody jak piłka, zamieniłem nieopatrznie w solidne wyrżnięcie głową w dno szalupy spod spodu.
Ależ mnie wtedy zamroczyło..! Palnąłem czerepem o dno z taką mocą, że aż "zobaczyłem wszystkie gwiazdy na niebie". Tak, tak… Czy może widział ktoś z was kiedykolwiek podwodne gwiazdy..? Oj tak, one istnieją, naprawdę! One są tam, na Nowych Hebrydach, w pobliżu wyspy Espiritu Santo, sam je przecież osobiście zobaczyłem! I żeby je "wywołać" z głębiny, wydobyć na światło dzienne, to wystarczy jedynie odrobina głupoty, braku rozwagi i idiotycznej brawury, a potem to już tylko "przydzwonić" zdrowo głową w odpowiednie miejsce i już ich obraz gotowy. Nic prostszego, jak widać…
Rzecz jasna, natychmiast zachłysnąłem się wodą, na moment zupełnie tracąc orientację co do kierunku, w którym powinienem odpłynąć, ale na szczęście pomocnych rąk wokoło mnie nie zabrakło. Chłopaki podholowali mnie do burty i pomogli mi wskrabać się do środka łodzi po wyrzuconej na zewnątrz drabince (jest coś takiego na wyposażeniu każdej szalupy ratunkowej). Przytomności na szczęście nie straciłem, ale za to guza na głowie dorobiłem się wprost "modelowego". I szczęście również w tym, iż nie doszło do pęknięcia skóry i krwawienia, bo to rzeczywiście mogłoby sprowadzić nam nieproszonych podwodnych gości. Tak więc zupełnie odeszła mi wtedy ochota do dalszej kąpieli, toteż przesiedziałem już tak w łodzi aż do chwili naszego lądowania na plaży. Ale póki co, chłopaki szaleli dalej…
No i oczywiście długo nie trzeba było czekać na następne "bęc". Tym razem jednak dwa kolejne guzy "w naszych szeregach "pojawiły się nie na skutek uderzeń o dno szalupy, lecz z powodu… zderzenia się głowami pod wodą dwóch rozpędzonych Marynarzy, płynących dokładnie na przeciw siebie..! Ależ palanty! Ja to przynajmniej mogę mieć jakieś usprawiedliwienie, bo po prostu źle "obliczyłem" odległość do wynurzenia się spod łodzi, ale oni..!? Mój wypadek, to przynajmniej wyglądał "honorowo", prawda..? A ich..? Jak z taniej teatralnej groteski…
No i ponownie "ekipa ratunkowa" miała zatrudnienie, wciągając do szalupy dwóch następnych delikwentów. Można by więc w tym momencie zadać pytanie; "czy aby nie pora już na zakończenie tych swawoli..?" Zwłaszcza że w międzyczasie Mechanik uporał się już z silnikiem, który "zaskoczył" wreszcie i pracował już na jałowym biegu..? Ale gdzież tam..! Nawoływania niezbyt skutkowały… Jeszcze trochę..! Jeszcze chwilkę..! Jeszcze ciut..! Ale… Niemalże dokładnie w tym samym momencie zdarzyło się coś, co bardzo (oj, jak baaardzo!) skutecznie spowodowało wręcz "lawinowy" powrót do szalupy wszystkich pozostałych, kąpiących się jeszcze osób. Widziałem to akurat dość dokładnie i muszę przyznać, że w pierwszej chwili to aż mi skóra ścierpła na ten widok.
Mianowicie, w bardzo niewielkiej odległości od naszego dziobu (może z 5-6 metrów) wynurzyła się nagle z głębiny i jakby "rzuciła się" z głośnym pluskiem o powierzchnię wody (podobnie jak skacząca ponad wodą ryba lub delfin) olbrzymia płaszczka, którą niemalże wszyscy w mig dostrzegli (no i usłyszeli rzecz jasna ten plusk), tak więc w okamgnieniu zaczął się "wielki odwrót" naszych pływaków. Już nie było "jeszcze ciut…", o nie..! Tym razem rwali na wyścigi do szalupy jak do zbawienia..!
Ale cóż się dziwić, to było naprawdę przedziwne wrażenie. Może i nieco przesadziłem z tymi jej rozmiarami pisząc, iż była "olbrzymia", ale takie po prostu odnosiło się wtedy wrażenie. Wyglądała jak samolot z rozpiętymi skrzydłami i z dość długim (na chyba ze dwa metry!) cienkim ogonem, zakończonym jakąś dziwną grubą naroślą. A może to była raja..? W każdym razie takie sąsiedztwo w wodzie na pewno do dalszej kąpieli nie zachęcało, może i taki zwierz dla człowieka zbytnio groźny nie jest, ale… Kto by tam chciał to sprawdzać..?! Bo kto go tam wie..? Czy to można przewidzieć co też takiej gadzinie może strzelić do tego jej płaskiego łba..? Lepiej wiać. Toteż zabawy w "chlapania, nurki i guzy" zakończone i jedziemy wreszcie na wyspę, bo "złota" plaża czeka...
Po około dziesięciu minutach lądujemy. Tym razem już bez dodatkowych "atrakcji" związanych z wypatrywaniem raf, bo ich tutaj po prostu nie było. Zatem wbijamy się dziobem w piasek, wyskakujemy na brzeg, wciągamy nieco szalupę w głąb plaży i rozglądamy się dookoła. Noooo, ładnie… Nie można powiedzieć… Wokoło zielono od nad wyraz bujnej roślinności (palmy kokosowe też tu jednak były), plaża w istocie piaszczysta i żółta, a nawet "złota", ale… coś tak jakby… zbyt… "żywa". Bo ledwo co zdążyliśmy wyleźć z szalupy, a na naszej upragnionej i po tylu trudach osiągniętej wreszcie plaży nagle aż się "zakotłowało"..!
Gdzie nie spojrzeć, wszędzie panował nieustanny ruch jakichś małych stworzeń, które co i rusz znikały w piasku i na powrót pojawiały się w zasięgu wzroku. Wszystko to "żyło", przemieszczało się błyskawicznie i aż roiło się o tego w oczach, jak w mrowisku. Oczywiście były to kraby. Setki krabów… A bodajby to..! I jak tu teraz przysiąść na piachu i się powylegiwać..? Przecież to niemożliwe - cała plaża wyglądała dosłownie jak szwajcarski ser, małych podziemnych norek było tu całe mnóstwo, jedna obok drugiej, a z każdej z nich wystawały groźne nastroszone szczypce, których z pewnością żaden z nas "posmakować" by nie pragnął. Miałem już kiedyś ten wątpliwy "zaszczyt" być uszczypniętym przez podobnego kraba, na mulistym brzegu w Cutuco w Salwadorze, toteż wiem, że to naprawdę "średnia przyjemność" i w dodatku bardzo bolesna. No, wprawdzie tamten amerykański krab był nieco większy od tutejszych, ale można się spodziewać, iż one również uszczypnąć mogą równie boleśnie.
A zresztą po co to w ogóle sprawdzać..? Podobne zresztą doświadczenia mieli także i inni z wycieczkowiczów, tak więc od razu przystąpiliśmy do narady, co robimy dalej. Odpływamy natychmiast czy też może choć trochę tu jednak "zabawimy"..? Przeważały głosy optujące za pozostaniem tutaj na te choćby tylko z pół godziny, toteż po założeniu butów (no przecież boso po takim "sitku" iść się nie da!) wyruszyliśmy wzdłuż brzegu na zbadanie kolejnego już "odkrytego" przez nas "nieznanego lądu". I szczerze mówiąc bardzo dobrze się stało, że "w pierwszym porywie" nie ulegliśmy pokusie ucieczki z tej niegościnnej plaży, bowiem, kiedy tylko przedarliśmy się już przez najbliższe zarośla natrafiliśmy na coś bardzo ciekawego - coś, czego z pewnością szkoda by było przeoczyć. Otóż, napotkaliśmy na swojej drodze dom!
Niewielką, zbudowaną z drewna, tzw. hacjendę. (Będę ją tak nazywał, chociaż nie wiem czy co do tej nomenklatury w pełni mam rację) Była ona już mocno "nadgryziona" przez czas, z zawalonym już dachem i rzecz jasna opuszczona. Ze wszech stron broniły do niej dostępu bardzo tutaj gęste chaszcze i zarośla, ale o dziwo akurat ta strona, gdzie znajdowała się mała weranda z prowadzącymi do głównego wejścia schodami, od nadmiaru roślinności była wolna, więc w całkiem przyzwoitym stopniu dostępna – zatem nic prostszego i łatwiejszego jak tylko wślizgnąć się do środka, by złożyć "niezapowiedzianą wizytę" jej mieszkańcom. To znaczy... nietoperzom (brrr…), jakimś niewielkim ptaszkom (zwiały od razu) i jaszczurkom, których było tutaj co niemiara. Nietoperze zresztą przestraszyły się na nasz widok chyba jeszcze bardziej niż my na ich, tak więc, kiedy tylko zjawiliśmy się w drzwiach zerwały się z wrzaskiem i - podobnie jak ptaki - powylatywały przez okna i dach gdzieś w głąb lasu. Jaszczurki natomiast ani myślały tak łatwo ustąpić, o nie..!
Pouciekały rzecz jasna na wszystkie strony, rozpierzchły się na boki i przylgnęły do dachu od spodu oraz do ścian na takiej wysokości, na której nie były już dla nas osiągalne, gdyby komuś przyszła nagle ochota urządzić sobie na nie polowanie. Ot, zmyślne gady..! Cóż to jednak znaczy instynkt..! Ale i tak przecież nikt z nas krzywdy im robić nie zamierzał, wszakże my byliśmy Odkrywcami i Podróżnikami, nie zaś myśliwymi…
A zatem mieliśmy niepowtarzalną okazję zobaczyć na własne oczy, dokładnie od środka, taki typowy skromny kolonialny domek i wyobrazić sobie warunki w jakich żyli i mieszkali brytyjscy lub francuscy osadnicy z epoki kolonializmu. Wyobraźnia więc "w ruch" i zwiedzamy całe, malutkie zresztą wnętrze. I jedno co mogę po tym powiedzieć to to, iż ja osobiście za żadne skarby świata, przenigdy w życiu, dobrowolnie w takiej hacjendzie mieszkać bym nie chciał..! O nie..! Bo cóż z tego, że wokoło zielono i spokojnie, że woda w oceanie cieplutka i czysta, i że słoneczko pięknie przygrzewa, skoro dookoła aż roi się od setek gatunków pająków i mrówek (na maleńkiej wysepce, a co dopiero musi być na tych większych!) i w dodatku bzyczy coś ciągle koło ucha, a to jakaś pszczoła, a to jakaś inna ważka lub żuczek. Bo tego też było tu pod dostatkiem… Nie tylko jaszczurek i nietoperzy… Brrr...
Oczywiście fakt, iż hacjenda taka w czasach kiedy była jeszcze zamieszkiwana (tak "na oko" musiało to być z jakieś co najmniej pięćdziesiąt lat temu!), była z pewnością zadbana, utrzymywana w czystości i w jakiś sposób broniona przed powyżej wspomnianymi intruzami, ale i tak skuteczność tych metod musiała pozostawiać wiele do życzenia, bowiem nigdy nie uwierzę w to, iż można w 100% ochronić taki dom przed inwazją pająków, mrówek, jaszczurek czy też nietoperzy. Nie wspominając już nic o plaży pełnej "rozkosznych" stworzonek uzbrojonych w boleśnie szczypiące kleszcze. No, po prostu, co tu dużo mówić - takie życie to z pewnością nie dla mnie. To może i ładnie wygląda, w pełnym świetle słonecznym lub w "Technikolorze" na ekranach kin i telewizorów, ale w rzeczywistości wszelkie niewygody musiały się tu naprawdę porządnie dawać we znaki jej mieszkańcom.
A poza tym - to był naprawdę niewielki domek. Zaledwie cztery małe pomieszczenia, czyli prawdopodobnie trzy pokoiki z kuchenką, natomiast najmniejszych nawet śladów po ewentualnie istniejącej tu łazience nigdzie nie dostrzegliśmy, więc co..? W ogóle jej nie było..? Nie sądzę, przypuszczalnie był to jakiś wolnostojący budyneczek na zewnątrz lub przybudówka "przyklejona" do którejś ze ścian hacjendy, ale nic takiego nie znaleźliśmy, żeby się o tym przekonać. Zresztą nie znaleźliśmy tutaj w ogóle żadnych śladów wyposażenia wnętrza - żadnych, najmniejszych nawet odłamków mebli czy też innych sprzętów, np. garnków, nie było również tutaj nawet jakichkolwiek napisów na ścianach ani śladów po wiszących obrazkach, itp. Po prostu drewniana zawalona ruina i nic, absolutnie nic więcej. Jednakże wyobrażenie o życiu w tym domku te obrazy jakieś tam dawały, można było sobie to jakoś w myślach ułożyć, ale i tak powtórzę jeszcze raz - to z pewnością nie byłoby dla mnie. No i to pustkowie. Przecież to całkowite odludzie, o tym także nie należy zapominać…
Pokręciliśmy się jeszcze nieco po okolicy, ale na żaden inny taki domek już nie natrafiliśmy, zatem wróciliśmy na plażę. Ale, zanim wyruszyliśmy w dalszą drogę stanęliśmy tu jeszcze "na popas" i zajęliśmy się przygotowywaniem posiłku z naszych zapasów, które wzięliśmy z sobą ze statku. Czyli suchy prowiant "w ruch" i uczta (tym razem już jednak bez rozpalania ogniska). A co mieliśmy..? No pewnie, że "tradycyjnie typowo polski" zestaw, który już "od zawsze" preferowany jest na każdej polskiej majówce lub w podróży. Zatem pieczone udka kurczaka (a jakże!), suche kiełbasy (mogło ich zabraknąć?) oraz "nieśmiertelne" przy takich okazjach gotowane na twardo jajka (czyż mogło być inaczej?). Do tego zaś pomarańcze, jabłka i ciastka. Czyli polski, znany już od pokoleń standard, ale… Jak myślicie, gdzie te dobroci smakują lepiej - w pociągu lub w zdezelowanym autokarze, czy też pod słońcem Pacyfiku na małej bezludnej wysepce..? Eeeech, piękne to były czasy…
I wówczas, podczas naszej biesiady, dokonaliśmy epokowego odkrycia..! Czy wiecie może, iż te kraby potrafią się z sobą bić o jedzenie dosłownie "na śmierć i życie"..? Niesamowite..! Kiedy tylko ktoś z nas rzucił na piasek (staliśmy wszyscy dookoła szalupy) obgryzioną kość kurczaka, wokół niej natychmiast zaroiło się od tych skorupiaków i rozpoczęła się między nimi prawdziwa regularna bitwa o tenże smakołyk..! Dziwne, bo przecież to pieczone mięso a nie surowe..! Bitwa jednak trwała, dostarczając nam niewiarygodnych wprost emocji, a zacięta była do tego stopnia, że aż jeden z krabów utracił w walce swoje szczypce! Któryś z jego rywali po prostu mu je obciął..! Wiecie jaki to był ciekawy widok..?!
Kiedy tylko rzuciło się im kawałek jajka (wyjątkowo w nich gustowały) to sprawa była znacznie prostsza - któryś z krabów (zasada "kto pierwszy ten lepszy") go po prostu dopadł, porwał w kleszcze i uciekł do swojej nory. Ale z kością było już inaczej, była bowiem zbyt duża i za ciężka na to, aby mógł ją któryś ze skorupiaków zabrać z sobą, zawlec do swojej jamy i schować przed konkurentami - zwłaszcza że przecież każdy z nich ciągnął w swoją stronę i w ten sposób zupełnie uniemożliwiał jej ewentualny transport do kryjówki. Toteż bitwy trwały na całego! Rozrzucaliśmy więc resztę kości po plaży i obserwowaliśmy to pobojowisko. Że też wówczas nie mieliśmy jakiejkolwiek filmowej kamery! (Ale przypominam, jesteśmy w roku 1985) Co ciekawe jednak, te kostki, które były "zbyt dokładnie" przez kogoś z nas obgryzione (tzn. nie było na nich już resztek mięsa) nie wzbudzały u krabów takiego zainteresowania, zatem o nie takich bojów nie toczono (no, w końcu to przecież nie psy, nieprawdaż..?), ale gdzie jeszcze tylko był jakiś skrawek do jedzenia, to znikał on dosłownie w okamgnieniu. Rzucaliśmy im także kawałki jabłek i pomarańczy ale, czy możecie to sobie wyobrazić, że zupełnie nimi pogardzały..!? To ciekawe…
No tak, w istocie było to wszystko bardzo ciekawe, ale… pora wracać. Nie możemy przecież tak w nieskończoność tkwić na tej plaży i przyglądać się zamieszaniu, które wywoływaliśmy pośród jej mieszkańców. Tak więc po zakończonej biesiadzie zepchnęliśmy szalupę na wodę i wyruszyliśmy w powrotną drogę, już na statek. Posililiśmy się, podokonywaliśmy zoologicznych obserwacji, "zaliczyliśmy" dla kurażu po jednym piwku, ale jednak wracać czas. Obowiązki wzywają… Obraliśmy zatem kurs już na Santo, do portu, ale jeszcze po drodze mieliśmy, "ugadane" wcześniej na statku z jednym z robotników spotkanie w pobliżu jego domu. Opisał nam wówczas dokładnie jak do niego dotrzeć - mieszkał niedaleko portu, na głównej wyspie, tuż przy brzegu małej i ciasnej zatoczki, w której (jak zapewniał) nie było raf i w dodatku posiadał swój własny, mały drewniany pomościk, do którego w bardzo łatwy i wygodny sposób można było przybić szalupą.
Wyruszyliśmy więc do niego skorzystać z zaproszenia (a jakże!), bowiem i tak z pewnością domyślacie się co mogło być głównym powodem naszej umówionej z nim wcześniej wizyty, prawda..? Oczywiście - handelek..! A jakżeby inaczej..?! Jednakże nie taki, jak byście mogli sobie wyobrazić, czyli z gatunku tych, które "uprawiało się" np. w portach Ameryki Południowej. Mianowicie, "Prastara, kremy Nivea, ciuszki, buty, itp., itd. O nie. Nic z tych rzeczy… Facet zaprosił nas na pieczoną rybkę "z rusztu", pragnąc przy okazji "wymienić się" z nami (o, tak to nazwijmy!) swoimi zdobyczami z połowów (był także i rybakiem) na polskie piwo. Tak więc zmierzając do niego, zaopatrzeni byliśmy odpowiednio, tzn. w trzy 24-butelkowe kartony "Żywca" - tak, aby nasz wymienny handelek był jak najbardziej owocny. Ciekawi jedynie byliśmy, co też dla nas przygotował…

Ha, już niebawem tę naszą ciekawość zaspokoiliśmy i przyznać trzeba, że... było naprawdę wręcz rewelacyjnie..! Ale o tym w odcinku piątym...
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedził 18.5% świata (37 państw)
Zasoby: 195 wpisów195 15 komentarzy15 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
18.11.2018 - 18.11.2018
 
 
14.11.2018 - 14.11.2018
 
 
13.11.2018 - 13.11.2018