Geoblog.pl    louis    Podróże    Porty w Europie    Hiszpania-1
Zwiń mapę
2018
29
lis

Hiszpania-1

 
Hiszpania
Hiszpania, Avilés
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 14692 km
 
„Wyliczanka hiszpańska”. No niestety, ale tym razem baaaardzo długa...

Moi Drodzy, w tym przepięknym kraju byłem w swoim życiu już tak wiele razy, i w aż tak wielu miejscach, że gdybym zechciał choćby tylko w połowie opisać każde z nich w osobnym dla danego portu rozdziale, to na moim profilu niniejszego „blogowiska” z całą pewnością miejsca by nie wystarczyło. Ot, byłoby to po prostu bezsensowne.
Powziąłem zatem decyzję taką, iż całkowicie odrębnego rozdziału doczekają się jedynie Barcelona oraz asturyjskie Gijon, natomiast całą resztę tych portów i porcików „wepchnę” w poniższą listę, choć oczywiście opisy poszczególnych portów wcale aż tak krótkie nie będą.
Lista ta będzie zatem dość bogata, no i niestety dłuuuuuga, ale... czy będzie warta waszej uwagi..? No cóż, to się dopiero okaże. Zaczynajmy więc...

Aviles – Przywieźliśmy tu w Listopadzie roku 1982 kilka tysięcy to surowej bawełny, załadowanej nam wcześniej w porciku Cutuco w Salwadorze. W Aviles zacumowaliśmy wczesnym rankiem, już na samym początku Wejściowej Odprawy dowiadując się, że nasz postój w tym porcie potrwa co najmniej do późnego wieczora dnia następnego. Tak więc – dobra nasza! Wolnego czasu bowiem całe mnóstwo, chęci w nas na wyprawy do miasta jeszcze więcej, zatem – nic, tylko czym prędzej „gnać w Hiszpanię drodzy panowie”, by skorzystać z tego dobrodziejstwa, które dobry los nam wprost pod nasze nosy podetknął.
Toteż wyruszyliśmy – i to zaraz po obiedzie, ażeby zbytnio czasu nie trwonić, jako że przecież marynarzom z Lechistanu zaraz po zakończeniu długiego (i niestety sztormowego jak cholera!) przelotu przez Atlantyk z Panamy na Zatokę Biskajską coś się od życia chyba należy, no nie..?
Włóczyliśmy się więc przez ten pierwszy dzień po całym mieście bardzo długo, w pełni korzystając ze wspaniałej ciepłej pogody (która mimo początku Listopada jednak zdecydowanie nam dopisywała), zaglądając tutaj we wszelkie możliwe zakamarki, zwiedzając Aviles nieomal „aż do samej podszewki”, aby potem naszą cudowną spokojną wycieczkę zakończyć... jeszcze cudowniejszą wieczorną wizytą w położonej na zachodnim brzegu rzeczki Tamon knajpce. Ach, ależ wtedy było fajowo! Człek był jeszcze młody, pełen chęci do życia i zabawy, no... co tu dużo gadać, prawda..?
Podczas powrotnej drogi na statek natomiast przydarzyło nam się coś, co zupełnie zdeterminowało nasze plany na dzień następny, w wyniku tego dziwacznego zdarzenia bowiem cała nasza „silna czteroosobowa grupa” stała się nagle... nieco bogatsza niż dotychczas.
Bo oto w pewnym momencie na naszej drodze natknęliśmy się na leżący na środku chodnika... portfel, który zresztą zauważyliśmy wszyscy czterej nieomal równocześnie. Jeden z moich kolegów schylił się więc po niego, podniósł z ziemi, otworzył, zajrzał do środka, a tam... znalazł hiszpańskie pesety w ilości, licząc już po przeliczeniu, około 250 dolarów!
Ale fajnie! – pomyśleliśmy sobie – Super szczęśliwe znalezisko, tylko... czy wypada tę forsę, ot tak po prostu, sobie przywłaszczyć..? No oczywiście, że nie – akurat co do tego byliśmy zgodni – jednakże, po dokładnym przeszukaniu tego portfela okazało się, że nie ma w nim już niczego więcej poza tymi pesetami. Nic, żadnego dokumentu, zdjęcia czy choćby jakiejś zwykłej karteczki z informacją, która mogłaby ewentualnie miejscowej Policji pomóc doszukać się właściciela tej zguby, aby potem mu ją zwrócić.
A zatem, cóż innego nam wtedy pozostało, jak tylko ucieszyć się szczerze z tegoż znaleziska i... od razu zaplanować jego wydanie następnego dnia w którejś z miejscowych knajpek..? Wszak 80-tysięczne Aviles jest piękne i tętniące wieczornym życiem jak w nadmorskim kurorcie, my nadal dysponowaliśmy dużą ilością wolnego czasu, pogoda na następny dzień również zapowiadała się tak samo urocza jak dziś, czyli... Ot, klamka zapadła. Jutro zaraz po obiedzie w tym samym „silnym osobowym składzie” wyruszamy w miasto – zgodnie wydać to, co dopiero co znaleźliśmy.
No i oczywiście właśnie tak się stało. Następnego dnia wczesnym popołudniem najpierw znowu sobie po Aviles pospacerowaliśmy, poczynając tym razem naszą wędrówkę od miejsca o nazwie Curva de Pachico (nota bene pięęęękna nazwa – od razu szalenie się nam ona spodobała. Oczywiście wiecie, że po hiszpańsku curva oznacza po prostu zakręt, prawda?), a kończąc na obrzeżach miasteczka, aby już potem „zakotwiczyć” wreszcie na stałe w jednym z barów przy tłumnie przez tubylców odwiedzanym spacerowym bulwarze. No bo przecież KONIECZNIE musieliśmy wydać te nasze „trofiejne” 250 dolców, ani chybi!
Chopy-yyy, czy wy wieta, ile za ten szmal można było piwska zaordynować..? Dyć wtedy był rok 1982, a jeszcze w dodatku byli my we wciąż jeszcze dość taniej Hiszpanii..! O rety, toć my ledwo nadążali z jego wypijaniem..! Dlatego też poprosili my krewetki i małże na zakąskę, a w pewnej chwili to nawet pozwolili my sobie dodatkowo zamówić butelczynę dobrego szampana, którego jednak – no cóż – nie konsumowali my w sposób elegancki, bynajmniej, ale... pociągając go wprost „z gwinta” jak jakąś lemoniadę, przekazując sobie tę pękatą flaszkę z rąk do rąk (czy też raczej z pyska do pyska) jak indiańską fajkę pokoju. Ech, Polaki się zabawili w milionerów...
Z tym że mogę jednak z pełną odpowiedzialnością potwierdzić (a wy przy okazji możecie z ulgą odetchnąć), że wówczas żadnego specjalnego zgorszenia wokół siebie nie czyniliśmy. Zachowywaliśmy się bowiem jednak dość cicho, nikt z nas z nadmiaru alkoholu śpiewać nie zaczynał, a że... popijawka była dość tęga..? No to co..? Mało to tutaj, w Hiszpanii, takich osób, które się po prostu w knajpkach zabawiać lubią..? Ot, samych tubylców jest tu z pewnością „na pęczki”, więc nawet specjalnej uwagi na nas nie zwracano. Eee tam, kto by tu bowiem patrzył z dezaprobatą na bawiących się marynarzy..? Ot, co...
No tak, ale... czas nieubłaganie upływał. My tu wciąż w zabawie na całego, a tam w porcie nasz statek... już klarowano do wyjścia w morze!. Ależ się wtedy solidnie zagapiliśmy! W pewnej chwili więc, kiedy jeden z kolegów spojrzał w końcu na zegarek i nam z przestrachem w oczach nagle oznajmił, która to rzeczywiście jest już godzina, to my wszyscy jak jeden mąż natychmiast poderwaliśmy się z krzeseł na równe nogi, czym prędzej zapłaciliśmy kelnerowi zaległy rachunek i... jazda na statek! Biegiem! I oczywiście również z obłędem i popłochem w oczach.
O kur...! – mówiliśmy wtedy do siebie elegancko – Zdążymy..? O kur... mać! Co to będzie, jeśli nie..? Gnaliśmy więc dosłownie jak na złamanie karku, przez portową bramę przelecieliśmy niemalże jak rakiety, jeszcze szybciej obiegliśmy znajdujący się tam portowy magazyn, wypadamy zdyszani jak zające na naszą keję, rozglądamy się i...
Ufff, ufff, ufff... Widzimy nasz statek jeszcze do niej przycumowany, choć już stały przy nim dwa holowniki, pilot również już był na mostku, a cała załoga pokładowa (jedynie beze mnie, ci moi trzej koledzy z biesiady to członkowie załogi maszynowej) już stała na swoich manewrowych stanowiskach i luzowała cumy! O rety, toż dosłownie zaledwie kilku minut zabrakło, abyśmy już na dużo dłużej w tym Aviles pozostali. Ależ byśmy sobie biedy napytali..!
Ale na szczęście, choć rzeczywiście dopiero rozpaczliwym „rzutem na taśmę”, udało się. Jesteśmy u siebie – teraz co najwyżej „dywanik” u Starego.
Jednakże, co w tym wszystkim było jednak raczej dość zaskakujące, nasz Kapitan na nasz widok zdecydowanie bardziej się ucieszył, aniżeli na nas się zezłościł (!), bowiem najprawdopodobniej on sam miałby dużo większe kłopoty od naszej spóźnialskiej czwórki, gdybyśmy rzeczywiście na czas tuż przed manewrami na statek nie zdążyli.
A dlaczego..? – zapytacie. Otóż, zwróćcie proszę waszą łaskawą uwagę na podaną powyżej datę – toż wtedy w naszym kraju był jeszcze Stan Wojenny, a co to dla wszystkich wyjeżdżających wówczas zagranicę oznaczało, to chyba wam przypominać nie muszę, prawda..? A już tym bardziej nie muszę niczego w tej materii uzasadniać. Toż wtedy od uciekinierów z naszych statków w portach „Zgniłego Zachodu” aż się roiło, wielu z marynarzy wybierało tzw. „wolność”, po prostu pakując swoje walizki i pozostając gdzieś po drodze, do Polski już nie powracając.
Zatem, kiedy nasza „niesubordynowana czwóreczka” jeszcze tuż przed wyjściem statku w morze na burcie się nie zameldowała, to dla wielu naszych współzałogantów stawało się oczywiste, że my wtedy po prostu „daliśmy dyla” na Zachód, i już. Nikt więc się temu specjalnie nie dziwił, jako że w tamtych czasach takowe rejterady były nieomal codziennością. Nasz Stary zatem, kiedy już nasza nieobecność się przedłużała, zarządził komisyjne otwarcie naszych kabin, aby fakt wybrania przez nas wolności na „Zgniłym Zachodzie” po prostu jedynie potwierdzić (wszak dla wszystkich było to wówczas niemalże pewne jak „dwa razy dwa cztery” – nie ma nas, więc zwialiśmy, i tyle), gdy tymczasem… po otwarciu drzwi okazało się, że wszystkie nasze osobiste rzeczy nadal są na swoich miejscach! Ze wszystkich naszych czterech kabin absolutnie nic nie ubyło.
Dlatego też, dopiero wtedy nasz Kapitan tak naprawdę szczerze się przestraszył, bo to mogło oznaczać, że nam się po prostu coś w mieście złego stało – jakiś wypadek na przykład – kiedy więc w końcu ujrzał nas biegnących w panice po portowym nabrzeżu, to… przede wszystkim odetchnął z wielką ulgą, ucieszył się z faktu, że żadna „duszyczka” jednak mu ze statku się nie ulotniła, zatem po powrocie do Gdyni nikt ze „smutnych panów z PLO-wskiego tzw. Siódmego Piętra” nagabywać go o ewentualne braki w załodze nie będzie.
A dopiero potem – już następnego dnia – wezwał całą naszą czwórkę spóźnialskich na dywanik, jednakże… wcale nas za ten wybryk nie zrugał, a jedynie pogroził nam palcem: „oj, oj – żeby mi to było ostatni raz! Zrozumiano..?!” i… na tym cała sprawa definitywnie się zakończyła. Ufff, ale fart, no nie..?

Bilbao – Kolejny już raz zjawiamy się w naszym ulubionym (a nie?) kraju, w którym zawsze „woda czysta i trawa zielona”, gdzie los jak zwykle może obdarzyć nas możliwością odwiedzenia ciekawych miejsc, zwiedzenia cennych zabytków lub spędzenia w sposób nieszablonowy swojego wolnego po pracy czasu, gdy tymczasem... No właśnie. Gdy tymczasem... nic z tego!
To znaczy, ściślej mówiąc, nic ze zwiedzania zabytków, nic z odwiedzania ciekawych pod względem turystycznym miejsc, ale za to owo „nieszablonowe spędzenie wolnego czasu” już jak najbardziej tak! Czyli, „tłumacząc to z polskiego na nasze” napiszę wprost, iż cały nasz ówczesny pobyt w Bilbao ograniczył się tylko i wyłącznie do... nieustannego szwendania się po tutejszych knajpkach (no bo skoro do najbliższej z nich mieliśmy od naszego trapu co najwyżej ze sto metrów, to cóż niby mieliśmy począć i jak tę pokusę zwalczyć?!), w których, tak właściwie, w tym okresie nieomal „zamieszkaliśmy”.
Ufff, mówiąc brutalnie, choć rzecz jasna aż do bólu szczerze, wówczas wstąpił chyba w naszą załogę jakiś zły duch, każący nam przeżyć te kilka dni postoju w Bilbao... na wiecznym rauszu – ba, żeby tylko, toż to było jedno wielkie pijaństwo! Zupełnie bez bicia się do tego przyznaję... Rety, co nas wtedy opętało..?! Tak więc mój opis wydarzeń z tego portu będzie tym razem bardzo krótki i zwięzły – ot, „oby nam się!”, „no to za nieustające zdrówko!”, „no to pod te marynarskie smutki!”, „zdrowie wasze w gardła nasze!”, „trala la, trala la la, trala la la la...”, „no to siup w ten głupi dziób!”, itd., itp. No i to by było na tyle... Wszak Polaki się bawią… Ot, co...
Moi drodzy, jak więc sami widzicie, żadnego wspólnego zwiedzania Bilbao tym razem nie będzie, o! Ba, mało tego – ja nawet nie za bardzo pamiętam, jak w ogóle to miasto wygląda, już nawet nie wspominając o jakichś jego zabytkach! Ot, po prostu, pod tym względem owa szansa została przeze mnie zaprzepaszczona (czyli przez nas wszystkich, przez całą naszą 9-osobową załogę), jako że poza wspomnianą „ciągłą biesiadą poświąteczną” (tak, bo przyjechaliśmy do Hiszpanii w Drugi Dzień Świąt Bożego Narodzenia, a wychodziliśmy tuż przed Sylwestrem) już absolutnie nic innego nas nie interesowało. Dobrze więc, że chociaż na samo wyjście w morze zdążyliśmy wytrzeźwieć, no nie..?
No tak, wiem wiem – biję się w piersi z zawstydzającym „mea maxima culpa” na ustach, ale... czasami przecież nawet i to jest marynarzom do szczęścia potrzebne – ba, niezbędne nawet, nieprawdaż? Nic to więc, że w sumie z Bilbao zapamiętałem jedynie jakąś podróż linową kolejką na drugą stronę rzeki (i to też nie za bardzo, bo już powrotu stamtąd na statek raczej nie „zarejestrowałem”), ale przynajmniej... było choć raz w tamtym kontrakcie „po kowbojsku”, ot co...
Chociaż, już tak mówiąc poważnie, trochę jednak szkoda, bo przecież niezwykle rzadko zdarza się zawinąć pełnomorskim statkiem aż do samego centrum Bilbao (a my wtedy byliśmy dosłownie na samym końcu miejskiego kanału, w ścisłym centrum!), jako że staje się tu z reguły w dzielnicy o nazwie Santurce (w tutejszym języku Basków nazwa ta brzmi Santurtzi), chcąc więc Bilbao zwiedzić trzeba naprawdę wiele czasu, ażeby się stamtąd w ogóle do centrum dostać. A my..? Ano proszę... Dobry los dał nam niepowtarzalną szansę zacumowania „dziobem w samym mieście”, co my wykorzystaliśmy jedynie na...
Ale, zaraz zaraz... Czy ja czasem zbytnio nie przesadzam..? No bo, tak właściwie, cóż takiego wielkiego się stało..?! Dlaczego ja się w ogóle aż tak usilnie tłumaczę..?! I z czego niby? Że towarzystwo marynarzy z Lechistanu sobie nieźle w Hiszpanii zabalowało, zamiast... zwiedzać tutejsze zabytki..?!
No kurde, co w sumie jednak jest lepsze – te katedry, zabytkowe kamieniczki i muzea czy... świetna zabawa w chwilach, w których wreszcie możemy sobie na to pozwolić..? No przecież czasami trzeba dać upust swoim optymistycznie do całego świata nastawionym charakterom i pofolgować sobie, zwłaszcza w okresie kolejnych smutnych świąt z dala od rodzinnych domów, nieprawdaż..? PRAWDAŻ! Ot, co...
Ech, lecz może jednak tego tematu już dalej nie rozwijajmy, tylko czym prędzej wynośmy się z tego Bilbao, ażeby już w morzu nieco dojść do siebie? No dobra, pomysł świetny, więc właśnie tak uczynimy – opuszczamy ten port i... trzeźwiejemy... No tak, jednakże... zaraz po wyjściu był Sylwester..! Ufff… Z tym że... tym razem to ja już żadnych dalszych szczegółów podawać wam nie będę, jako że byłoby wam chyba co nieco... „słuchać hadko”, jak mawiał nasz sienkiewiczowski Podbipięta. Bo i po co niby wam ta niezręczność..? Ot, spuśćmy więc litościwie zasłonę milczenia na nasze ówczesne „balety”, bowiem... po cóż w ogóle mielibyście kopać leżącego..? Wszak sam dobrze wiem, że wtedy przesada wręcz goniła przesadę... No tak, akurat to się zgadza, ale... jednak fajnie było. I tak... noworocznie...
Zatem, poinformuję was tylko uprzejmie, iż naszym następnym wówczas portem było holenderskie Terneuzen, a dotarliśmy tam dopiero po sześciu długich dobach podróży, ponieważ... król Neptun dał nam wtedy taki wycisk, jakiego zazwyczaj długo się nie zapomina. Ot, chyba za karę, czyż nie..?

Castellon – Bardzo piękne miasto! Bombonierka. Takie „miasto-ogród”, chciałoby się powiedzieć, biorąc pod uwagę jego ogólny wygląd oraz panującą w nim sielską atmosferę. I to nawet pomimo faktu, że liczy ono sobie aż około 180 tysięcy stałych mieszkańców... a jednak jak tu cicho! Nie ma tu żadnego intensywnego ruchu ulicznego, w centrum jest niezwykle spokojnie i panuje tam taka cisza, iż wydawać by się mogło, że aktualni mieszkańcy w ogóle się gdzieś wynieśli i miasto po prostu jest wymarłe. Ani pies nie zaszczeka, ani motocykl nie zawarczy – nic, cicho.
Nic zatem dziwnego, że spacer po tutejszych uliczkach należał do przyjemności najwyższej próby, to było prawdziwą rozkoszą pławić się w tej zieleni (ale patos znowu, ojej!), która tam człowieka dosłownie ze wszech stron otacza. Wszędzie ogrody, ogrody, ogrody… Kwiaty, kwiaty, kwiaty… Wierzcie mi, tam naprawdę tak jest (czy raczej było, bo przecież piszę o roku 1980, w nadziei jednak, że się tam nic do naszych czasów nie zmieniło). Takie miejsce na ziemi dla kogoś spragnionego ciszy i spokoju to istny raj.
Podczas naszych spacerów po mieście mijaliśmy mnóstwo niewielkich domeczków, z których prawie każdy otoczony był niezwykle ukwieconym ogrodem, widać było wyraźnie, że tutejsi mieszkańcy w sposób naprawdę wyjątkowy o wygląd swoich przydomowych obejść dbali, dosłownie tak, jakby się wszyscy naraz zmówili, ażeby akurat o tę dziedzinę życia troszczyć się w sposób szczególny. Zupełnie tak, jakby specjalnie chciano wszem i wobec pokazać, że to ich miasto spośród wszystkich innych w Hiszpanii zdecydowanie się pod tym względem wyróżnia. No, co tu dużo mówić – Castellon na każdym musi wywrzeć jak najkorzystniejsze wrażenie, jest po prostu cudowny.
Nie jest on wprawdzie w jakieś spektakularne zabytki zbyt bogaty, pomimo faktu, że miasto założono już w roku 1252, ale te kilka budowli, które burzliwą w tym rejonie historię przetrwały, mogą jednak każdemu turyście zaimponować. Zwłaszcza prześliczna zabytkowa kampanila na tutejszym rynku, z której bicie wielu dzwonów i dzwoneczków bynajmniej nie jest nazbyt głośne, z jakim zazwyczaj ma się do czynienia w wypadku takich obiektów, ale raczej przypomina… muzykę (tak!). W pobliskiej rynkowi katedrze (też całkiem ładnej, nie powiem) jeszcze te dźwięki można usłyszeć, ale już do okalających rynek uliczek żaden hałas nie dociera. Trzeba więc przyznać, że zaprojektowano ten obiekt z dużym wyczuciem.
Niedaleko centrum znajduje się – również wręcz prześliczny – park Ribalta, po którym przechadzka wydaje się czymś „z najwyższej półki” doznań dla każdego poszukującego szczególnego relaksu człowieka. Rzeczywiście, powtórzę jeszcze raz, to jak podróż po raju.
Tak, Castellon zdecydowanie da się lubić…

Walencja – Moi drodzy, czy przypominacie sobie moją wizytę w libijskiej stolicy, w Tripoli, o której napisałem dość długi rozdział tych „Wypocinek”..? Jeśli tak, to wiecie już, że w Walencji znaleźliśmy się niemalże „awaryjnie”, pędząc do niej po dodatkowy ładunek z przeznaczeniem do Libii, oficjalnie jednak… wciąż stojąc na redzie jej stolicy.
Wówczas bowiem zdarzyło się tak, że kiedy do Tripoli podpłynęliśmy, to okazało się, że niestety trafił nam się tam jednak dość długi postój na kotwicy, jako że port był wtedy „zapchany” wieloma statkami i na wolne miejsce przy kei trzeba było po prostu poczekać. A w sumie, według początkowych szacunków miało tego nieplanowanego postoju być aż około dwa tygodnie, toteż nasz Armator od razu przystąpił do poszukiwania jakiegoś kolejnego portu w rejonie Morza Śródziemnego, do którego moglibyśmy w międzyczasie zawinąć na doładowanie, ażeby na próżno na redzie czasu nie trwonić.
Prowadzone więc gorączkowo poszukiwania takiego miejsca doprowadziły do wysłania nas w końcu do Walencji, abyśmy stamtąd zabrali jeszcze ładunek ceramicznych kafelków oraz wełnianych koców w kontenerach do Tripoli, ale jednocześnie nakazano nam „zameldować” władzom portowym w Tripoli, że my na ich redzie nadal grzecznie stoimy i nigdzie się stąd nie ruszamy. Gdy tymczasem…
No właśnie. Gdy tymczasem po cichutku w nocy wybraliśmy naszą kotwicę i wyruszyliśmy w drogę do Hiszpanii, natomiast stojący w Tripoli na redzie inny polski statek miał w razie czego na jakieś ewentualne wołanie nas przez Libijczyków za nas odpowiedzieć, pod nasz statek się podszywając. Ot, tak dla pewności, aby miejsca w kolejce na wejście do portu nie stracić. Walencja więc wpadła nam nagle do rozkładu tak ad hoc, jednakże… bardzo dobrze się stało. Całe szczęście, że właśnie tak się stało, bowiem dzięki temu miałem chociaż ten raz w życiu okazję ten piękny port na własne oczy zobaczyć.
Zatem, jesteśmy w prowincji Valencia i w jej stolicy, oczywiście o tej samej nazwie. Moi drodzy, a może by tak – na dobry początek, rzecz jasna, a także i w pewnym sensie już tradycyjnie – posłużyć się Wikipedią, przytaczając stamtąd krótki rys historyczny tegoż miasta..? Dyć w ten sposób ponownie oszczędzę sobie niepotrzebnego wysiłku „wyważania otwartych drzwi”, siląc się na streszczenie tych dziejów, mając jednocześnie tuż pod ręką już gotowy tekst, prawda? A zatem, poczytajmy…
„Kolonia rzymska Valentia Edetanorum nazwa pochodzi od łac. valens "silny", na znak zwycięstwa nad Luzytanami; została założona w 138 roku p.n.e. i zamieszkana przez rzymskich żołnierzy. Od 712 do 1238 roku Walencja znajdowała się pod panowaniem arabskim. W latach 778–779 miasto zostało zniszczone przez Abd ar-Rahmana I. Nieustabilizowana sytuacja po śmierci Abd al-Aziza w 1061 roku, spowodowała, że w 1094 miasto zostało zdobyte przez Cyda. Jednak 8 lat później, w 1102 roku, Walencja wróciła znów pod panowanie arabskie. W 1238 roku, po pięciu miesiącach oblężenia miasto zdobył król Aragonii Jakub I Zdobywca.
Spowodowało to, że muzułmanów zaczęli w mieście zastępować chrześcijanie, jednak był to długotrwały proces trwający jeszcze w XIV wieku. W XV wieku w Walencji przybyło wielu mieszkańców, w połowie wieku było ich około 75 000. Wówczas również w mieście miał miejsce duży rozwój gospodarki i kultury. Wiele znanych budynków powstało w tym okresie.
Do 1707 miasto było stolicą królestwa pozostającego pod zwierzchnictwem Aragonii. W latach 1812–1813 zajęte zostało przez wojska francuskie. Podczas hiszpańskiej wojny domowej (1936–1939), od listopada 1936 do października 1937 znajdowała się tu siedziba rządu republikańskiego. W 1957 roku wylała rzeka Turia, wskutek czego miasto nawiedziła straszliwa powódź.”
O ho ho, moi kochani, czapki z głów! Czy wy zauważyliście to samo co ja?! Walencja powstała już… w II-gim wieku przed naszą erą..?! Ależ to kawał pięknej historii..! Nic, tylko pozazdrościć takiego dziedzictwa, prawda..? Szkoda jedynie tego, że akurat z tamtego okresu do naszych czasów nic już w Walencji się nie zachowało, praktycznie rzecz biorąc żaden trwały ślad z czasów Starożytnego Rzymu już tu nie pozostał, choć jednocześnie swoim historycznym „stanem posiadania” – tyle że już z innych epok rzecz jasna – miasto to pochwalić się jednak może i każdemu obieżyświatowi zaimponować.
My wspomniane kafelki oraz koce ładowaliśmy tutaj przez około dwie doby, niezbyt wiele więc pozostawało nam czasu na eksplorację tego wspaniałego miasta, jednakże najważniejsze „punkty programu” naszego tutaj pobytu na szczęście udało nam się zrealizować. Ha, mówiąc szczerze, można by nawet uznać, że… „aż nazbyt udało”, jako że wieczorem pierwszego dnia postoju w około 10-osobowej grupce wybraliśmy się do tutejszej starej i rzecz jasna słynnej na całą Hiszpanię dzielnicy El Carmen, pełnej najprzeróżniejszych barów, tawern, itd., gdzie nasze biesiadki przeciągnęły się aż do bialuśkiego ranka, co niestety później – oczywiście, a jakże! – mocno się na naszym samopoczuciu zemściło.
Ufff, ależ wtedy daliśmy sobie „w palnik”, wręcz nieziemsko! Słynne hiszpańskie trunki „Fundador”, „Casa Fundador” i „Sobierano” (którego zresztą zwyczajowo nazywaliśmy „Sobiewieczorem”) tak nam dały w kość, że jeszcze długo po tej wyprawie nie mogliśmy dojść do siebie, gdy tymczasem akurat tego dnia trafiła się nam przykra konieczność samodzielnego mocowania na pokładzie branego stąd ładunku, bowiem tutejsi Stevedorzy po prostu tej pracy wówczas odmówili.
Zmuszona więc była wykonać to zadanie załoga statku, która niestety, będąc na sporym kacu, przy tej robocie nieomal „umierała”, zaś autorowi niniejszych słów to całe pier*olone „Sobierano”, „Sobiewieczorem” czy też nawet „Sobienocą” (a niech tam) tak mocno obrzydło, że aż po dzień dzisiejszy smaku tego syfa zapomnieć nie mogę. Tak, Walencja jest rzeczywiście bardzo piękna, ale jednak równocześnie i… niezwykle męcząca. Ufff… Wierzcie mi, stary wilk morski wam to mówi…
Całe szczęście więc, że zanim jeszcze do tej El Carmen zabłądziliśmy, to najpierw udało mi się jednak większość najważniejszych w Walencji zabytków odwiedzić, czym oczywiście nie omieszkam się wam pochwalić, wiadomo. Zatem, czym prędzej spieszę wam zakomunikować, iż będącą symbolem miasta ośmioboczną dzwonnicę o nazwie El Micalet udało mi się dość szybko sforsować, mimo że ma ona aż ponad 50 metrów wysokości, jednakże rozciągające się z niej widoki na miasto są tak spektakularnie piękne, że wynagrodzić mogą każdy podejmowany przez turystę wspinaczkowy wysiłek.
Dzwonnica ta jest częścią wzniesionej już w XIII wieku Katedry, w której – uwaga! – w jednej z jej bocznych kaplic znajduje się… Święty Graal..! Tak, moi drodzy, tam stoi sobie ten Święty Kielich (od którego rzecz jasna bierze również nazwę ta niewielka kapliczka), wcale przed wzrokiem turystów nieskrywany, choć oczywiście wyeksponowany tak, aby żadna niepowołana osoba sięgnąć po niego nie była w stanie.
Znajduje się on więc w pewnym oddaleniu od wejścia do kapliczki, jednakże widoczny jest całkiem dobrze. Kielich ten trafił do Walencji jako podarunek króla Alfonsa V Aragońskiego dla miejscowej Katedry w roku 1436 i przez władze kościelne, z Watykanem na czele, oficjalnie uznany jest jako właśnie to naczynie, którego używał Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy. No cóż, kto chce niechaj w to wierzy, a kto nie to nie, choć faktem bezsprzecznym jest to, że jest on naprawdę bardzo piękny.
Jednakże uważanym za najważniejszy zabytek Walencji jest tzw. Lonja de la Seda, wybudowana pod koniec XV-go wieku w stylu gotyckim Giełda Jedwabiu. Obiekt ten rzeczywiście prezentuje się wręcz „przepysznie”, w jego wielkiej Sali Kolumnowej aż „ocieka historią”, nic zatem dziwnego, iż znajduje się on na oficjalnej liście UNESCO Światowego Dziedzictwa Kulturowego.
Oprócz powyżej wymienionych turystycznych atrakcji jest w Walencji oczywiście jeszcze kilka innych godnych uwagi miejsc, głównie muzeów, ale ja niestety wówczas już do nich zabłądzić nie zdążyłem, poświęcając cały mój czas zwiedzaniu miejsc tych wyżej wymienionych, bo przecież właśnie one są dużo ważniejsze od wizyt w jakichkolwiek muzeach, choć przyznam, że jednak bardzo żałuję mojej nieobecności w jednym z nich, mianowicie, Museo Provincial de Bellas Artes (Muzeum Sztuk Pięknych), w którym znajduje się galeria obrazów posiadająca dzieła takich mistrzów jak Goya, Velasquez, El Greco oraz Piccasso.
Tak, akurat tego mi niestety żal, choć oczywiście uczciwie przyznaję, że przecież całej tej mojej wizyty w Walencji za nieudaną uznać nie mogę, prawda..? Przeciwnie, mogę śmiało powiedzieć, że to piękne miasto udało mi się jednak w sposób odpowiedni „zaliczyć”.

Cartagena – Przybyliśmy tutaj, będąc w drodze z Port Sudanu do Europy Zachodniej, dokąd z tego afrykańskiego portu wieźliśmy kilka tysięcy ton bawełny oraz workowanej gumy arabskiej. W naszych ładowniach było jednak jeszcze trochę miejsca (ściślej mówiąc, dwie nasze kolejne ładownie były zupełnie puste, jako że po drodze odpadł nam ładunek rodzynek z Lattakii w Syrii do Casablanki), więc tak ad hoc nasz Armator postanowił wysłać nas właśnie tu, do hiszpańskiej Cartageny w Murcji, skąd zabrać mieliśmy prawie dwa tysiące ton cytryn, mandarynek i lemonek w drewnianych skrzynkach z przeznaczeniem do Gdyni.
I przyznam szczerze, iż ta decyzja wtedy dość mocno mnie ucieszyła, ponieważ akurat ten port wydawał mi się znacznie lepszym „wtrętem” w naszej ówczesnej podróży z Morza Czerwonego, aniżeli wspomniana syryjska Lattakia, bo tam tylko przysłowiowy „smród, brud i ubóstwo” (o potwornej gorączce nawet nie wspominając), natomiast tutaj, w Hiszpanii – ot, wiadomo. I pospacerować sobie po mieście spokojnie można, i pozwiedzać je w sposób należyty, i pobiesiadować wieczorkiem w jakiejś przytulnej knajpce, na co przecież w tamtym arabskim porcie liczyć by nie można było. Zatem, akurat to „zastępstwo” w naszym rejsie zdecydowanie nam wszystkim do gustu przypadło.
A zresztą, jak nam taki port mógłby się nie spodobać, skoro jest to miasto o wręcz nietuzinkowej historii, natomiast jego założenie miało miejsce – uwaga! – już w roku 228 p.n.e.! Ot, poczytajcie sobie tych kilka poniższych linijek z Wikipedii, to sami się przekonacie, z jak wspaniałym historycznie miejscem mamy właśnie do czynienia. Palce lizać!
 Miasto zostało pierwotnie nazwane Mastia. Ponieważ miało jeden z najlepszych portów w zachodniej części Morza Śródziemnego, w 228 p.n.e. zostało założone ponownie przez kartagińskiego wodza Hazdrubala Starszego jako Qart Hadasht ("Nowe Miasto" – fenicka nazwa samej Kartaginy), mając być bazą do podboju Półwyspu Iberyjskiego.
 W 209 p.n.e. w walce z Hazdrubalem Barkasem w czasie drugiej wojny punickiej zostało opanowane przez wodza rzymskiego Scypiona Afrykańskiego Starszego, który przemianował je, dla odróżnienia od miasta-matki, na Carthago Nova
 od 293 n.e. cesarz Dioklecjan podzielił prowincję rzymską Hispania Tarraconensis i ustanowił miasto stolicą prowincji Hispania Carthaginensis
 W 425 zostało zniszczone przez Wandalów,
 Od 544 r. n.e. pod panowaniem Bizancjum.
 W 572 r. zdobyta przez Wizygotów.
 W 711 r. podbita przez Arabów.
 W 1238 r. włączona do Aragonii przez Jakuba I Zdobywcę i przemianowana na Cartagena.
 Po 1570 - główna baza hiszpańskiej floty wojennej.
No i co..? Ma czym Cartagena zaimponować, prawda..? Tak, swoją Wielką Historią jak najbardziej, lecz niestety obecnym „staniem posiadania” zabytków z tamtych czasów już nie. Owszem, są w tym mieście dość pokaźnych rozmiarów ruiny okalających tutejsze centrum bizantyjskich murów, nazywanych przez miejscowych Muralla Bizantina oraz jakieś marne resztki rzymskiego teatru (Augusteum), ale jak na aż tak przebogate dzieje tegoż miasta, to obecność materialnych śladów z tamtych epok jest jednak raczej skromna.
Choć jednocześnie trzeba zaznaczyć, iż w porównaniu z wieloma innymi miastami południowej Hiszpanii, nawet i tą niezbyt liczną reprezentacją „śladów przedśredniowiecznych” Cartagena zadowolona być powinna, bowiem długi szereg toczących się w tych rejonach na przestrzeni wieków wojen był przyczyną totalnego i bezpowrotnego zniszczenia wielu cennych zabytków na tych ziemiach, toteż chociaż za to, co się udało „z pożogi dziejów” ocalić, tutejsi mieszkańcy losowi wdzięczni być powinni. Bo gdzie indziej – jak już się zresztą niedługo przekonacie na przykładzie Kadyksu – jest w tej materii znacznie gorzej.
Staliśmy wtedy w tym porcie, o ile dobrze pamiętam, około trzy doby, ładując te owoce na samo dno dwóch naszych ładowni, miałem więc na szczęście wystarczającą ilość wolnego czasu, aby powyżej wymienione zabytkowe obiekty odwiedzić i się im nieco dokładniej z bliska przyjrzeć. Podobnie zresztą jak i pięknej gotyckiej trzynastowiecznej Katedrze, której zwiedzanie również mogło dostarczyć wielu niezapomnianych wrażeń. Zwłaszcza że jest ona naprawdę doskonałym przykładem ślicznej wczesnośredniowiecznej architektury. Krótko mówiąc, dla turysty Cartagena jest w istocie czymś niezwykłym.
A dla marynarza..? Ba, no przecież to południowa Hiszpania! Zatem, czym innym może być to miasto dla spragnionego relaksu zmęczonego pracą wilka morskiego, jak nie wspaniałym „przytuliskiem” na przepiękny majowy wieczór..? Ha, przecież to oczywiste, że wtedy „chłop żywemu nie przepuścił”, prawda..? Odwiedziliśmy więc wówczas dwie fajne knajpeczki, choć na szczęście nazbyt długo się w nich nie zasiadując. Na statek powróciliśmy grzeczni, a nawet i… niezbyt „zmęczeni”… Ech, ta Hiszpania…
Tuż przed wyjściem w morze dowiedzieliśmy się od naszego Agenta, że czeka nas jeszcze jeden południowohiszpański port załadunku tych owoców, jako że w ładowniach wciąż jeszcze mieliśmy trochę miejsca, a nasz Armator stanął na wysokości zadania szybko jakieś doładowanie w tym rejonie nam załatwiając. Dlatego też zupełnie niespodziewanie zaraz po wyjściu z Cartageny pożeglowaliśmy do pobliskiej Malagi – również po cytryny i mandarynki.

Malaga – Tym razem, niestety, w kolejnym atrakcyjnym porcie już nam się tak nie poszczęściło. Wpadliśmy do Malagi bowiem „jak po ogień”, wyjątkowo szybko pakując do naszych ładowni tę zaledwie „garstkę” cytrynek w skrzyneczkach, by jeszcze tego samego dnia port opuścić i wyruszyć w dalszą drogę do Zachodniej Europy. A ja jeszcze na dokładkę akurat wtedy miałem swoją służbę na pokładzie, toteż nawet ani na krótką chwileczkę ze statku na ląd zejść nie dałem rady. Tak więc – o, tyle się Malagi naoglądałem, figa!
A szkoda, bo zapewne jest w tym mieście wiele ciekawego do zwiedzenia (o co rzecz jasna nie omieszkałem wypytać miejscowych Stevedorów podczas załadunku – grrr…!), lecz niestety musiałem wtedy zadowolić się jedynie widokiem znajdującego się w pobliżu dość sporej wielkości zamku, o jego ewentualnym odwiedzeniu jednak nawet nie śmiałem pomarzyć.
No cóż, tym razem się nie udało, ale przynajmniej z jednego mogliśmy być szczęśliwi (uwaga – piszę z sarkazmem i z ironią!). Otóż… przywieźliśmy do naszej Ludowej Ojczyzny „wspaniały prezent dla polskich dzieci”, czyli te wspomniane cytryny i mandarynki.
Tak, nie dziwcie się tym słowom, bowiem są one zaczerpnięte dosłownie „żywcem” z ówczesnej krajowej prasy, w której „stojało” wówczas, iż „statek… (tu była nazwa naszego szlachetnego korabia)… przywiózł dla polskich dzieci wspaniały prezent w postaci świeżych południowych owoców – cytryn i mandarynek – które u progu wakacji wzbogacą ich organizmy o niezbędne witaminy (sic!!!)”
Grrrr… Ależ to były czasy, no nie..? Ot, takiego dziennikarzynę, który powyższe słowa - najdurniejsze z durnych, ani chybi - wtedy w Dzienniku Bałtyckim lub w Głosie Wybrzeża napisał, powinno się za tę jego „socjalistyczną czujność” po prostu zlinczować. Wziąć jakowegoś bata i mu najzwyczajniej w świecie spuścić manto wprost na gołą d…, ażeby już nigdy więcej porządnym czytelnikom gazet w głowach nie mieszał. Tak tak, moja droga Młodzieży, właśnie tak wówczas w naszej kochanej Polszcze bywało…

Ceuta – O ten port dane mi było jak dotychczas „zahaczyć” aż około dziesięć razy, z tym że w większości były to jedynie postoje na kotwicy w celu zabunkrowania tutaj paliwa lub wzięcia jakiegoś zaopatrzenia, natomiast na stałym lądzie udało mi się tu postawić stopę zaledwie dwukrotnie, choć na szczęście w Lutym 1981 wolnego do wyskoczenia na miasto czasu zebrało mi się z dobrych kilka godzin, z czego oczywiście z niezwykłą gorliwością skorzystałem, wiadomo. Takoż więc, w przeciwieństwie do Malagi, już na te kilka zdań więcej na temat tegoż portu pozwolić sobie mogę.
W rzeczonym Lutym roku 1981, kiedy byliśmy w drodze z Libii do Kadyksu, zawinęliśmy do Ceuty po zaopatrzenie, biorąc stąd nie tylko jakieś paliwo, ale i również słodką wodę oraz pewne ilości prowiantu. Całość zajęła nam (na szczęście!) prawie dziesięć godzin, który to postój udało mi się w pełni wykorzystać, ponieważ akurat moja skromna osoba przy tych czynnościach wtedy nazbyt potrzebna nie była.
Zwiedziłem sobie zatem tenże przeciekawy porcik dość dokładnie, choć jednocześnie przyznaję, że już dziś… niezbyt wiele z tego w zakamarkach mojej pamięci się ostało. Wszak spójrzcie łaskawie na datę, czas niestety nieubłaganie ucieka, a sił i możliwości steranego już długim życiem umysłu niestety nie przybywa. Ot, gdybym wtedy wiedział, że kiedyś zabiorę się za niniejsze „Wspominki”, to być może coś bym sobie z tego pobytu wynotował, ale skoro wówczas – jeszcze jako młody adept morskiego zawodu – o to nie zadbałem, to teraz mogę już jedynie zaufać tym marnym resztkom mojej pamięci.
Nie zapomniałem jednakże naszego tutaj przybycia..! O nie, albowiem akurat ono wtedy odbyło się „z wielkim przytupem”, jako że nasz Kapitan zrobił podczas manewrów cumowania jakiś poważny błąd, który „zaowocował”… walnięciem przez nas dość mocno dziobem naszego statku w keję, w której powstała wtedy wskutek tego uderzenia dość spora wyrwa, na przestrzeni kilku dobrych metrów beton się całkiem wykruszył, natomiast znajdujący się akurat w tym miejscu poler został „coś niecoś poluzowany”. Uderzenie to zresztą było aż tak silne, że my wszyscy, będący akurat wtedy na manewrach na dziobie, zostaliśmy dosłownie skoszeni z nóg, absolutnie „przepisowo” się poprzewracaliśmy, zaś autor niniejszych słów w efekcie tegoż nagłego rąbnięcia, to nawet… wylądował w środku buchty zrolowanej na pokładzie cumowniczej liny! Tak, ja wtedy po prostu „wyprysnąłem jak z procy” w górę i wpadłem do środka zwoju cumy, ot co!
No tak, ale właśnie ten Kapitan (będący na co dzień Głównym Dyrektorem gdyńskiego, mieszczącego się na stojącym w porcie statku m/v Dembowski Liceum Morskiego – nazwiska rzecz jasna nie podam, ale zainteresowani i tak łatwo odkryją „kto zacz”) znany był powszechnie w naszej flocie z wyjątkowego „talentu” do uczestniczenia, lub wręcz prowokowania (sic!) dużej ilości najrozmaitszych awarii, toteż akurat to nasze ówczesne walnięcie z rozpędem w keję wcale nie było dla nas czymś szczególnym.
Ot, wystarczy wspomnieć, że tylko podczas tego jego pobytu na tym statku (a był on wówczas na nim trzy kolejne rejsy, w dwóch z nich miałem zaszczyt uczestniczyć także i ja, więc naocznym świadkiem wielu tych wydarzeń również bywałem) zdarzyło się wspomniane powyżej uderzenie dziobem w keję w porcie Ceuta, zagubienie aż dwóch kotwic (na redach, Algieru oraz libijskiego Tripoli), poważne uszkodzenie portowego dźwigu w Dunkierce, o którego drabinkę wypustem falszburty naszego pokładu dziobowego zahaczyliśmy (a ten dźwig omal się wtedy nie przewrócił..!), przesunięcie się ładunku na międzypokładzie, co spowodowało stały przechył dochodzący do aż 10 stopni (!!!) na lewą burtę, więc z Morza Północnego w pośpiechu zwiewać trzeba było do angielskiego Newcastle. Mało..?
Ha, jeśli to jeszcze jest mało, to… jedźmy dalej. Podczas tych podróży przydarzyło się także zalanie (i to dwukrotnie!) wodą morską dna dwóch ładowni (ze znajdującym się tam ładunkiem, rzecz jasna) wskutek jakichś błędów popełnionych podczas balastowania oraz… pożar bawełny, która dopiero co została załadowana (w Izmirze), lecz niestety zaraz po tym, już jako zwęglone resztki, musiała być z ładowni wyrzucona.
O, zwłaszcza ten ostatni wypadek był wydarzonkiem niezwykle spektakularnym, jako że ów pożar nastąpił… zaraz po zajrzeniu do tej ładowni przez tegoż Kapitana, który powracając wtedy z miasta zapragnął sprawdzić osobiście aktualny stan prac załadunkowych. A że było już wtedy ciemno, to on (własnoręcznie!) spuścił do tej ładowni na kablu dużą lampę, tzw. „słoneczko”, ale niestety podczas tej czynności… uderzył tym słoneczkiem o zrębnicę, tłukąc przy tej okazji wszystkie jej żarówki, których gorące części swobodnie sobie na powierzchnię balotów z bawełną opadły. A już za około 20 minut wybuchł tam pożar. Więc co, przypadek jakiś..? Moi drodzy, akurat to zdarzenie jest jednak jednym z tych „tematów-tabu”, więc pozwólcie, że już dalej kontynuować tego nie będę, zgoda..?
Wracajmy zatem do Ceuty, Anno Domini 1981. Wypadałoby teraz wreszcie coś i o niej samej napisać, prawda..? Czyli co, moi drodzy, wspomożemy się ponownie Wikipedią..? A jużci, że tak!
„Ceuta (wym. ['θewta], hiszp. Ciudad Autónoma de Ceuta), hiszpańska jednostka administracyjna, miasto i twierdza położone na afrykańskim cyplu tworzącym Cieśninę Gibraltarską, niemal naprzeciw Gibraltaru. Jest eksklawą na terytorium Maroka. Powierzchnia około 19,3 km². Liczba mieszkańców: 78 230 (2008). Pod względem administracyjnym Ceuta jest miastem autonomicznym, poprzednio należała do hiszpańskiej prowincji Kadyks. W Ceucie znajduje się najbliższy Europie port afrykański i baza marynarki wojennej. Podobnie jak Melilla, tworzy jednomandatowy okręg wyborczy do hiszpańskiego Kongresu Deputowanych, jednej z dwóch izb parlamentu (Kortezów Generalnych).
Ceuta stanowi w zachodniej części skalisty cypel, zaś we wschodniej jest to stały ląd. W zachodniej części obszar ma górzysty charakter, są tereny wchodzące w skład marokańskich gór Ar Rif. Klimat podzwrotnikowy, śródziemnomorski. Roślinność skupia się w zachodniej części i jest to formacja twardolistna. Fauna jest uboga, powszechne jest jedynie ptactwo morskie i gatunki zwierząt przystosowane do życia w sąsiedztwie człowieka.
Ceuta była strategiczną lokacją, gdzie stykało się wiele kultur, rozwijał się handel. Początkowo w V wieku p.n.e. istniała tu miejscowość zwana przez Kartagińczyków Abyla. Od 45 kolonia rzymska o nazwie Septem Fratres. Około 400 lat później Wandalowie wypędzili Rzymian z miasta i przejęli nad nim kontrolę. Następnie Ceuta była w posiadaniu Wizygotów oraz Bizancjum
Gdy w 710 armie Arabów wkraczały do miasta, jego wizygocki namiestnik Julian nakłonił agresorów do opuszczenia tych terenów i inwazji na Półwysep Iberyjski (chodziło tu o prywatne porachunki wizygockiego króla Roderyka). Wkrótce Ceuta stała się głównym miejscem przerzutu wojsk do atakowanej Europy.
Po śmierci Juliana Arabowie przejęli całkowitą kontrolę nad miastem. Atakowana była często przez plemiona berberyjskie, najbardziej podczas buntu charydżystów. Po tej rewolcie dowodzonej przez Maysarę al-Haqira miasto zostało opuszczone. Zostało odbudowane w IX wieku przez Majakasa i jego plemię. Tak została zapoczątkowana dynastia Banu Isam.
W 1309 Ceuta została zdobyta przez Fez z pomocą Aragończyków. Od 1415 była okupowana przez portugalskiego króla Jana I. Głównymi celami władcy były przywrócenie chrześcijaństwa, zdobycie saharyjskiego złota, stworzenie szlaków handlowych dla niewolników i kości słoniowej.
W 1580 Hiszpanie zajęli Ceutę. Było tak aż do roku 1640, kiedy to w czasie wojny Portugalia odzyskała miasto. O przynależności Ceuty do Hiszpanii zadecydował traktat lizboński. 1 stycznia 1688 król Alfons VI Zwycięski oficjalnie oddał Ceutę Karolowi II. Pomimo to w herbie Ceuty nadal widnieje portugalskie godło
Gdy w 1956 Hiszpania uznała niepodległość Maroka Ceuta została przyłączona do Hiszpanii jako integralna część jej terytorium.
Obecnie Ceuta należy do regionu Andaluzja. Posiada autonomię. Od wybrzeża Hiszpanii jest zaledwie 12 mil. Dzisiaj jest to kosmopolityczne miasto z przewagą berberyjskich muzułmanów i Żydów.”
Ha, całkiem ciekawa Historia, no nie..? No tak, tylko że… co mi z tego, skoro w ogóle się wam niczym szczególnie konkretnym akurat w tym względzie pochwalić nie mogę..? Ot, że na przykład zwiedzałem tutaj „taką a taką” twierdzę, że widziałem „taką a taką” katedrę, „ten i ów interesujący zakątek” lub jakiś inny ciekawy cenny zabytek z przeszłości..?
Owszem, oblatałem Ceutę dość dokładnie, pozaglądałem w mnóstwo jej zakamarków, ale – jak już na początku niniejszego rozdziału zaznaczyłem – mam dziś niestety dość spore problemy z przypomnieniem sobie czegokolwiek z tej wizyty. Pamiętam tylko to nasze nieszczęsne walnięcie dziobem w keję, a potem co najwyżej jakieś mocno już zatarte w pamięci obrazy tego miasta. Wiem także, iż z całą pewnością zwiedzałem tam wówczas jakąś dużą cytadelę lub zamek (czyli tę rzeczoną twierdzę zapewne), jednakże… chwalić się tym już wam nie będę, skoro nawet uczciwie wymienić prawidłowo jej nazwy nie potrafię. Jeno mi z tego powodu wstyd, i tyle. Ale, wybaczycie..?

Kadyks – Moi drodzy, a teraz ponownie was o coś poproszę - mianowicie: czapki z głów! Tym razem jednak aż do samej ziemi! Tak, bowiem zawitaliśmy właśnie do najstarszego miasta Hiszpanii, więc szacunek jak najbardziej się należy, nieprawdaż..? Najstarszego..? Ba, mało powiedziane! Kadyks jest miastem, które datą swego założenia przerasta nawet i sam Rzym – i to aż o ponad cztery wieki! Tak tak, kochani, Rzym powstał już w roku 753 p.n.e., ale fenicki Gadir (czyli dzisiejszy Kadyks) założono jeszcze przed rokiem 1100 p.n.e. (!), jest to zatem kawał historii sięgający grubo ponad trzy tysiąclecia! To ci dopiero, no nie..?
Spodziewać by się więc powinno w tym mieście napotkania na swojej drodze takich śladów tej Wielkiej Historii, od których oglądania przysłowiowe „oko aż by zbielało”, bo przecież zabytków z tamtych epok w innych częściach Europy, w Północnej Afryce oraz w Azji Mniejszej pozostało po dziś dzień całe mnóstwo, gdy tymczasem w Kadyksie… nic, absolutne zero! A wiecie dlaczego..?
Pozwólcie, że najpierw ponownie posłużę się notką z Wikipedii na temat historii tego miasta (już nie musząc wysilać się jej streszczaniem, skoro gotowy tekst ktoś mądry już opracował), zanim to pokrótce wyjaśnię – rzecz jasna z odpowiednim do tych wydarzeń moim własnym komentarzem. Zresztą, po lekturze poniższego tekstu wszystko i tak „samo przez się” stanie się dla was zrozumiałe.
około 1100 p.n.e. założony przez Fenicjan (Gadir – najstarsze miasto w tej części Europy).
 od ok. 500 p.n.e. pod władzą Kartaginy.
 206 p.n.e. zdobyty przez Rzymian (Gades), ośrodek handlu morskiego, okres rozkwitu gospodarczego.
 V w. zniszczony przez Wizygotów.
 od 711 pod panowaniem Maurów.
 od 1262 w rękach Kastylii.
 W 1587 angielski korsarz Francis Drake zniszczył hiszpańską flotę stacjonującą w Kadyksie.
 W 1596 złupiony przez Anglików pod wodzą hrabiego Essexa.
 W 1702 najazd floty angielskiej i holenderskiej.
 Od 1717 główna baza żeglugi, przejęcie monopolu od Sewilli na handel z koloniami w Ameryce.
 W 1797 atakowany przez flotę Nelsona, która odniosła zwycięstwo nad flotą hiszpańską koło przylądka São Vicente.
 W 1805 pod Trafalgarem Nelson rozbił flotę francusko-hiszpańską.
 W latach 1810–1811 oblegany przez wojska napoleońskie.
 W latach 1810–1813 siedziba rządu centralnego, powołanie Kortezów, w 1812 uchwalenie pierwszej hiszpańskiej konstytucji (obowiązującej w latach 1820-1823)
 W 1820 wybuch powstania ludowego.
 W czasie wojny domowej 1936–1939 w rękach frankistów.
No i co wy na to, moi drodzy..? Jeden z powyższych punktów tej listy, dotyczący oczywiście roku 1596, brzmi tak niewinnie: „złupiony przez Anglików pod wodzą hrabiego Essexa”. Owszem, jego treść i tak budzi pewne emocje, skoro w użyciu jest słowo „złupienie”, powoduje być może nawet i ciarki na plecach u co wrażliwszych czytelników, ale jednocześnie nie oddaje jednak w pełni tego, co się w tym mieście w rzeczonym roku 1596 tak naprawdę stało. Bo w rzeczywistości była to istna hekatomba.
Tak, moi drodzy, bowiem… Ot, popróbujmy to sobie jakoś wyobrazić. Po zdobyciu przez Anglików Kadyksu oraz po wyparciu z niego załogi hiszpańskiej, dowodzący armią najeźdźców niejaki Essex (wybaczcie, ale słowo „hrabia” nie może mi przejść przez gardło, bo to raczej skończone bydlę, aniżeli szlachetnie urodzony człowiek) pozwolił swoim wręcz skrajnie rozbisurmanionym żołdakom na takie akty wandalizmu w tym mieście, o których Historia już nigdy, po wsze czasy, zapomnieć nie będzie w stanie.
Wyobraźmy sobie bowiem takie obrazy; do pięknego i dosłownie kwitnącego miasta, gdzie na każdym kroku napotkać można było cały szereg budowli (a ponoć było tego bardzo wiele, zaś ich architekturę kronikarze opisywali jako „zachwycającą”) epoki Fenicji, Starożytnej Grecji, Starożytnego Rzymu, potem Średniowiecza a nawet już Odrodzenia, wkracza armia barbarzyńców „z jakiejś tam Anglii” i Z ROZMYSŁEM, wręcz metodycznie (!), zaczyna wszystkie te przepiękne świadectwa historii tego miejsca po prostu równać z ziemią. Dokładnie tak, aby tu kamień na kamieniu nie pozostał..!
Palono więc i burzono dosłownie wszystko, zupełnie nie bacząc na żadne świętości – obracano w perzynę każdą napotkaną świątynię, niszczono domy mieszkalne tutejszych obywateli, grabiono, gwałcono i mordowano na potęgę, rozbijano dosłownie w proch zabudowę starego centrum, każdą kolumnę, rzeźbę, posąg, itd., itp., jakby tych żołnierzy nagle jakiś dziki szał ogarnął. W efekcie tej bezprzykładnej, wręcz ekstremalnie barbarzyńskiej działalności, z jeszcze niedawno przepięknego miasta pozostały już tylko same zgliszcza, natomiast wszelakie ruchome ślady tej jego Wielkiej Historii po prostu zagrabiono, wszystkie je wkrótce wywożąc do Anglii. Gdy tymczasem dzisiejsze notki historyczne to przerażające i niezwykle brzemienne w skutkach wydarzenie częstokroć określają jedynie suchym stwierdzeniem „złupiono”.
Pomyślcie więc tylko, moi drodzy, co to de facto oznacza dla żądnego wrażeń, a mocno zainteresowanego tą materią turysty. Otóż, spaceruję sobie po uliczkach miasta o ponad trzytysiącletniej Tradycji, stąpając po ziemi, po której chadzali już Fenicjanie, Starożytni Grecy i Rzymianie, odwiedzam miejsca, gdzie kiedyś stały piękne materialne ślady ich obecności, gdy tymczasem… zwiedzać mogę jedynie Katedrę z zaledwie XIX-go wieku..?!
Przechadzam się po mieście, o którym wiem, że jego Wielka Historia każdego może wręcz na kolana powalić, mam pełną świadomość historycznej wielkości tego miejsca (ba, ja nawet czuję, nieomal namacalnie, panującą tu prastarą atmosferę – oj wiem, patosu znów co niemiara, ale pozwólcie mi się wyżyć), jednakże z powodu braku śladów tych wspaniałych dziejów zmuszony jestem zwiedzać zaledwie… Kościół Oratorio de la Santa Cueva z XVIII-go wieku, siedemnastowieczną świątynię Santa Catalina, czy miejskie mury obronne z wieku XVII-go z bramą Puerta de Tierra..?!
Owszem, zabytki również bardzo cenne, ale cóż one w ogóle mogłyby znaczyć w tym mieście wobec stojących tuż obok nich architektonicznych śladów sprzed tysięcy lat, gdyby tych drugich tak bezpardonowo nie zniszczono..? Wiem, zapewne ponownie nieco przesadzam, jako że w powyżej wymienionym kościele Oratorio są niezwykle wartościowe freski samego Goyi, a i miejskie mury także są niczego sobie, ale jednak z ewentualnymi pozostałościami z dawniejszych czasów, na przykład Starożytnego Rzymu, one i tak przenigdy swym znaczeniem by ich nie przegoniły.
No cóż, ale jest jak jest. Kadyks we wspomnianym roku 1596 został barbarzyńsko, nawet bez krzty szacunku dla Wielkiej Historii, „wdeptany w ziemię” przez jednego bandytę, jakąś „parszywą zaplutą angielską mendę”, dla której trwałe ślady ludzkiej Kultury znaczyły tyle co nic. Panie Essex, to na waszych ziemiach nawet Wikingowie nie ważyli się zniszczyć aż tylu śladów waszych wielopokoleniowych dokonań, na co ty, parszywy gnojku, pozwoliłeś sobie w Kadyksie przez zaledwie tydzień! Twoje truchło powinno się więc (nawet jeszcze dziś, bo na to nigdy nie jest za późno) z powrotem na światło dzienne wygrzebać (gdziekolwiek cię pochowano, draniu), aby przykładnie dla całego świata ukarać całkowitym spopieleniem i rozrzuceniem potem twych zasmarkanych resztek wprost w piekle. Ot, co…
Ech, ale sobie ulżyłem, no nie..? Oj tak – wciąż nie brak bandytów na tym naszym zwariowanym świecie. Szkoda tylko, że częstokroć nie ponoszą oni za swoje zbrodnie żadnej kary. Wyjeżdżamy z Kadyksu…

Vigo – Zjawiliśmy się w tym porcie będąc w drodze z dalekiego wschodu Azji do Zachodniej Europy, uprzednio odwiedzając rejon Południowego Pacyfiku. I właśnie stamtąd przywieźliśmy ładunek do Vigo, konkretniej mówiąc, były to mrożone baranie tuszki z Auckland w Nowej Zelandii oraz trochę jakiejś drobnicy z wysp Pacyfiku. Tak dokładnie już tego jednak nie pamiętam.
Ogólne ilości tych ładunków, akurat do Vigo, nie były jednak zbyt duże, toteż nasz postój w tym porcie nie zapowiadał się na długi i dokładnie właśnie tak było. Wszystko to, co Hiszpanie mieli z naszych ładowni do zabrania, „wyrzucono” na keję bardzo szybko, żadnych przestojów w robocie również nie było, dlatego też o jakichkolwiek wypadach na miasto tym razem mogłem sobie jedynie pomarzyć. A już zwłaszcza dlatego, że jeszcze na dokładkę akurat wtedy przypadła mi moja służba na pokładzie, więc byłem niestety totalnie „uziemiony”.
A szkoda, bowiem Vigo z turystycznego punktu widzenia jest podobno całkiem do rzeczy, ponoć jest w tym mieście dość sporo do zwiedzania, ale cóż… Służba nie drużba, więc tym razem „polizałem sobie lizaka przez szybkę”, i tyle.
No tak, ale nie wolno zapominać i o tym, że przecież życie marynarza częstokroć właśnie do tego się jedynie sprowadza – wpada się gdzieś „jak po ogień”, szybki wyładunek i załadunek, by już wkrótce dalej ruszać w drogę, bo inni odbiorcy naszych towarów już na nie czekają. Nici więc wtedy z relaksu, wypadu do miasta czy nawet tylko samego odpoczynku w kabinie. W Vigo mi się więc nie powiodło, ale może lepiej będzie w Villagarcii..?

Villagarcia – Pozwoliłem sobie na końcu rozdzialiku o Vigo na takie pełne nadziei zdanie, bowiem właśnie wspomniana Villagarcia była w ówczesnej podróży naszym kolejnym portem wyładowczym, dokąd po krótkim „żabim skoku” z Vigo bardzo szybko dotarliśmy. Okazało się jednak, że przeznaczone dla nas miejsce przy kei jest jeszcze przez inny statek zajęte, toteż zmuszeni byliśmy postać najpierw na tutejszym kotwicowisku prawie dwie doby, zanim nas wreszcie do portu wpuszczono.
Czas oczekiwania na redzie zajęliśmy sobie tradycyjnym wędkowaniem oraz odpoczynkiem, ale niestety tegoż wieczora wydarzyło się coś, co w szeregi Dowództwa naszego statku wprowadziło wielkie zdenerwowanie, wręcz przerażenie. Otóż, zaraz po kolacji wachtowy Mechanik zabrał się za przepompowywanie resztek paliwa z jakiegoś zbiornika do innego, ale niestety coś mu się tam w tej robocie zdrowo „pokićkało”, więc już po chwili byliśmy świadkami powstawania wokół naszych burt całkiem fajnie się prezentującej, bo niezwykle malowniczo mieniącej się w zimowym słoneczku, wielokolorowej gęstej olejowej plamy, która zresztą dość szybko swą powierzchnię powiększała. Widok wprost przecudowny, mówię wam.
A zatem, poważny rozlew już stał się faktem, co do jego konsekwencji natomiast, mogliśmy się wtedy spodziewać naprawdę wszystkiego złego, z zaaresztowaniem statku włącznie. Marynarz, który jako pierwszy tę plamę zauważył, szybko kogo trzeba powiadomił, alarmu narabiając przy tym wręcz nieziemskiego (tak, bo wrzeszczał wtedy wprost wniebogłosy), ale to przynajmniej naszego Mechanika od razu „przywróciło do pionu”, zdążył on więc jeszcze w miarę szybko tę nieszczęsną operację pompowania zastopować.
No cóż, ale plama paliwa na powierzchni wód niewielkiej zatoczki, nad którą Villagarcia jest położona, niestety już była i oczywiście natychmiast rozpoczęła swoją wędrówkę z wiatrem, dryfując w kierunku północnego brzegu dokładnie na… znajdującą się tam podwodną farmę omułków! Tak więc, szykowała się niezła afera, nie ma co. Plama ta na szczęście dosyć szybko od naszej burty się oderwała, płynąc sobie dość bystro z wiatrem, a już po około godzinie zupełnie nam zniknęła z oczu, ginąc w mroku zapadającego już wieczoru. A my wszyscy w napięciu wstrzymaliśmy dech, oczekując co z tego wkrótce wyniknie.
Po około dwóch dobach zacumowaliśmy w miejscowym porcie, a ja już czym prędzej spieszę was poinformować, że jednak z tego rozlewu nie wyniknęło dla nas nic złego, absolutnie nic. Być może później odkryto na brzegu ten pieruński oleisty rozlew, ale najwyraźniej tutejsze władze nie powiązały tegoż faktu akurat z naszym statkiem, toteż Mechanikom oraz Kapitanowi się upiekło, bowiem nikt ich potem o to nie szarpał. Spadli więc jak te stare wyliniałe kocury na cztery łapy, ale co w międzyczasie ze strachu zdążyli narobić w portki to już ich. No tak, ale szczęście zawsze drogo kosztuje.
Do Villagarcia, podobnie jak do Vigo, przywieźliśmy mrożone baranie tuszki oraz drobnicę z Pacyfiku, jak i również niewielkie ilości workowanego kakao. Wyładunek tego wszystkiego był zatem dużo dłuższy niż w poprzednim galicyjskim porcie, toteż już tutaj oblecieć miasto mi się udało.
No tak, udało się, ale co mi z tego, skoro niestety ponownie muszę się przyznać, że żadnych obrazów tego miasta nie pamiętam? Ot, po prostu, dosłownie nic mi się z tego miejsca w pamięci nie ostało, z dużym prawdopodobieństwem mogę więc domniemywać, że miasto to zapewne jest raczej mało atrakcyjne. Wszak w przeciwnym razie – gdyby tak jednak nie było – to jednak chociaż coś niecoś z tej wyprawy bym zapamiętał, no nie..? A tak, to nawet nie jestem w stanie powiedzieć czy tu w ogóle choć na jakieś „szybkie piwko” gdzieś wstąpiłem. Ot, nic a nic – w głowie totalnie pusto.
No cóż, ale skoro właśnie tak z moją pamięcią jest kulawo, to szybko przenieśmy się na kilka zdań do tutejszego portu, bo akurat z niego, w przeciwieństwie do miasta, jeszcze jakiś drobny detalik zapamiętać mi się powiodło. To mianowicie, że kiedy odbijaliśmy od kei – a działo się to już na odchodzącej na Niską Wodzie – w pewnym momencie dość poważnie otarliśmy się o dno, co niestety na pewien czas na gruncie nas „uziemiło”. Maszyna pracuje Wstecz, holownik nas z całych sił w tył ciągnie, a tu nic, klapa. Oparliśmy się, i to zapewne dużą powierzchnią, o dno i ani rusz, stoimy.
Nasz Stary zatem, ledwo co ochłonąwszy z zagrożenia spowodowanego tym wyciekiem ropy, znowu dorobił się gęsiej skórki, z prawdziwym przerażeniem rozglądał się wokoło burt, pozwalając sobie niestety przy tej okazji na dość obcesową reakcję wobec pilota, na którego wtedy po prostu nakrzyczał. Szybko więc doszło między obu panami do dość poważnej ostrej wymiany zdań, „fucki”, itd. fruwały w powietrzu gęsto i wysoko jak gołębice, ja natomiast zupełnie nie wiedziałem gdzie mam się na Mostku podziać i co począć z moimi biednymi oczyma i uszami.
Wkrótce w pospiechu wezwano jeszcze jeden holownik na naszą rufę, który na szczęście okazał się przydatny. Statek drgnął wreszcie, kiedy oby dwa mocno go do siebie pociągnęły, a potem ześlizgnął się z wdziękiem z podwodnej mielizny, mogąc już dalej swobodnie w tym porcie aż do wyjścia z niego pomanewrować. Wszyscy więc z ulgą odetchnęliśmy, lecz nasz Kapitan wyglądał wtedy jednak jak „świeżo z krzyża zdjęty”. No cóż, szkoda mi go wówczas było, serio, bowiem facet był całkiem do rzeczy i naprawdę dał się lubić, więc absolutnie nikomu nie wpadło do głowy, ażeby pomyśleć sobie: „a masz za swoje”, jak by to najprawdopodobniej miało miejsce w wypadku wielu innych „wodzów”. Tak, bo akurat on był człowiekiem, nawet z gatunku tych, co to „do rany przyłożyć”. Był, bo niestety zmarło mu się w niedługim czasie po tym właśnie rejsie. Czyżby z powodu nadmiaru stresów..?

Santurce – Nazwę tego portu w miejscowym języku zapisuje się jako Santurtzi, ale w światowym Shippingu jest on jednak znany pod swoim hiszpańskim określeniem, jako Santurce. Jak już zaznaczyłem, stanowi on - tak właściwie - „wrota” do Bilbao, będąc częstokroć traktowanym nawet jako właśnie to miasto, więc wielu marynarzy czasem nawet nie wie, że cumując tutaj byli wcale nie w Bilbao, ale „w jakiejś tam” Santurce.
Porcik ten odwiedziłem jak dotychczas już sześciokrotnie (nie licząc tego zawinięcia do samego centrum Bilbao w Grudniu roku 1997, o czym zresztą już powyżej napisałem) i za każdym razem – co chyba nawet jest nieco zdumiewające – udawało mi się choć na krótki czas wyrwać ze statku na spacer albo wizytę w którejś z tutejszych, całkiem fajnych knajpek.
Przyportowa dzielnica tego miasta znajduje się stosunkowo niedaleko od nabrzeży, toteż taki wypad nie nastręczał nigdy zbytnich kłopotów, zawsze można było w razie potrzeby szybko na statek powrócić, co w przypadku mojego pobytu w tym porcie na kontenerowcu było rzeczywiście bardzo wygodne. Ot, jeden krótki telefonik „gdyby co, jakby co” i autor niniejszych słów już posłusznie podnosił swój tyłeczek z barowego stołka i pędził do biura, aby po załatwieniu danej sprawy… czym prędzej do wspólnej biesiadki powracać. Ech, że też takowe czasy już bezpowrotnie przeminęły. Żal, naprawdę żal… Opuszczamy Kraj Basków i kierujemy się na południe…

 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
louis
louis
zwiedził 80.5% świata (161 państw)
Zasoby: 559 wpisów559 129 komentarzy129 1516 zdjęć1516 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
03.05.2020 - 03.05.2020
 
 
02.05.2020 - 22.08.2020
 
 
26.04.2020 - 26.04.2020