Geoblog.pl    louis    Podróże    Salwador - Cutuco    Salwador - Cutuco-2
Zwiń mapę
2019
05
sty

Salwador - Cutuco-2

 
Salwador
Salwador, Cutuco Wharf
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 50 km
 
I w taki to właśnie sposób już niebawem dotarliśmy do pierwszych zabudowań miasteczka La Union. I nie muszę chyba dodawać, że żadnej „skaczącej żmijki” na swej drodze nie napotkaliśmy, prawda? Nie napotkaliśmy, bo też i napotkać nie mogliśmy, z prostego oczywiście powodu – że czegoś podobnego w tych lasach, jak się potem od naszego Agenta „wywiedzieliśmy”, po prostu nie ma, i tyle. Ot i cała tajemnica. Lecz co się wtedy nadenerwowaliśmy, to już nasze. Ufff, śmieszne pajace.
Ale za to ów sprawca naszego popłochu, tenże „oczytany” w sprawach amerykańskiej przyrody jegomość, dostał potem na statku ksywkę „jumping pyton”, więc chociaż w ten skromny sposób mogliśmy sobie powetować straty na naszym honorze, rewanżując mu się przydomkiem, którego już aż do samego końca tego rejsu „odkleić” od siebie nie zdołał. Mało tego, kilka lat później dowiedziałem się, że nasza słodka zemsta okazała się niezwykle skuteczna, jako że miałem okazję usłyszeć o tym gościu od innych osób, które „o czymś tam” akurat w mesie opowiadały, a w których to opowiadankach tenże sam facet się pojawiał, używających w odniesieniu do niego właśnie tegoż określenia – „jumping pyton”. No cóż, niezbyt chwalebna pamiątka z podróży do Ameryki... A masz..!
No tak, ale my tu sobie gadu-gadu, gdy tymczasem właśnie dotarliśmy do miasteczka, ściślej mówiąc, do pierwszych zabudowań na jego obrzeżach. I co widzimy..? Szok! Jak dla mnie, szok! Pusto, pusto, pusto... Wszędzie dookoła ani jednego człowieka! Owszem, domki stoją, ale niemalże w każdym z nich – uwaga! – okna były pozasłaniane, albo specjalnymi okiennicami, albo po prostu zwykłymi deskami lub drewnianą sklejką. Tak, moi drodzy, w tym co napisałem nie ma ani cienia przesady! Prawie wszystkie napotkane przez nas dotychczas zabudowania były bardzo szczelnie, z racji tych zablokowanych okien, od świata zewnętrznego odgrodzone. Widok iście niesamowity..! I tajemniczy zarazem, bo przecież odnosiliśmy nieodparte wrażenie pobytu w jakimś całkowicie opuszczonym, wręcz wymarłym mieście! Bo jeszcze na dodatek w zasięgu wzroku nie widzieliśmy ani jednej żywej duszy!
No owszem, były to dopiero „rogatki” miasteczka, jeszcze tak na dobre do niego nie weszliśmy, ale już teraz – szczerze się przyznając – poczuliśmy autentyczne ciarki na plecach. Tak, bo w tym właśnie momencie już tak namacalnie odczuliśmy, iż dzisiejsze kierowane do nas słowa ostrzeżenia na pewno nie były bezpodstawne. Bo przecież na własne oczy tę pustkę widzimy! To nie sen! Zastanawialiśmy się więc, na co natkniemy się w dalszej części miasta, kiedy już do jego centrum dotrzemy. Czy też ujrzymy „zabite dechami” domostwa i wyglądające jak wymarłe ulice..? A trzeba podkreślić, że to miejsce wcale nie jest jakąś maleńką zapyziałą mieściną czy zapadłą wiochą, ale jednak jest to miasteczko... kilkunastotysięczne! A my, jak na razie nie widzimy ani jednej osoby! Uhuhu, zrobiło się nam naprawdę niewyraźnie...
No cóż, ale jak inaczej mogliśmy się w tej chwili poczuć, skoro „na załączonym obrazku” doskonale widzimy, że wieje tu strachem? Bo przecież miejscowi nie siedzą w swych domach jak w fortecach, ot tak sobie, dla przyjemności, ale z całą pewnością z jakiegoś konkretnego powodu, czyż nie..? Od czego się tak odgradzają, przed czym się tak zabezpieczają, nawet do tego stopnia, że bez specjalnej potrzeby na ulice nie wychodzą? Czyli, cholera, jest coś jednak na rzeczy w tym, co mówiono nam o tutejszych guerillas. Tylko że co innego o tym słyszeć, wyobrażać sobie skutki takiego strachu w zachowaniach czującej zagrożenie lokalnej społeczności, aniżeli widzieć to na własne oczy i jeszcze w dodatku być w takim miejscu osobiście.
Tak, bo wtedy naprawdę tę grozę się czuje! Ona dosłownie wisiała wówczas w powietrzu dookoła nas! Wszędzie pusto, pusto i pusto… Tu i ówdzie stały sobie zaparkowane przy ulicy jakieś samochody, ale ludzi dookoła jak na razie „okrąglutkie zero”.
Owszem, być może nasze odczucia były wtedy „mocno na wyrost”, wyobrażaliśmy sobie „Bóg wie nie co” o mogących tu potencjalnie nastąpić jakichś nieprzewidzianych, bardzo dla nas niemiłych, nawet i groźnych zdarzeniach, gdy tymczasem wcale takiego realnego zagrożenia nie było, ale przecież nie to się w takiej chwili liczy, prawda..? Nie to, jaka jest (i może wkrótce być) rzeczywistość, ale przede wszystkim świadomość tego zagrożenia, jakakolwiek w ogóle możliwość jego wystąpienia oraz te uczucia, które wówczas w nas samych były, już nieważne czy oparte na solidnych podstawach, czy też wynikające li tylko z naszego wewnętrznego nastawienia i po części nieuzasadnionego lęku.
No tak, ale czy rzeczywiście nieuzasadnionego, skoro stoimy sobie teraz na ulicy południowoamerykańskiego miasteczka, nie mając jak dotychczas w zasięgu wzroku ani jednej osoby?! A przecież już wiemy na pewno, że w okolicznych górach kryją się rebelianckie bandy, urządzające co pewien czas „najazdy” na spokojne miejscowości – ot, choćby na takie miasteczko, gdzie teraz jesteśmy – zatem, czy nie mieliśmy pełnego prawa odczuć takowego zagrożenia już „nie na niby”, w filmowym stylu, ale jednak na własnej skórze oraz poczuć autentyczny strach..? Wszak wiedzieliśmy już od naszego Agenta także i to, że to miasteczko w całkiem niedalekiej przeszłości już było widownią krwawych wydarzeń podczas starcia się tutaj jakiegoś wojskowego oddziału z guerillas, toteż nie mieliśmy żadnych podstaw, aby wykluczyć jakąkolwiek możliwość zaistnienia takich wydarzeń ponownie, już niestety z naszym udziałem! A widok tegoż sprawiającego wrażenie opustoszałego miasteczka skutecznie nas w tej świadomości utwierdzał. Brrr…
Zatem, co czuliśmy..? Niepewność, czy jednak już strach..? No tak, to wszystko prawda, bo rzeczywiście obrazy tych opustoszałych uliczek co nieco nas przestraszały, ale… jednak ciekawość w nas zwyciężyła! Bowiem po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy się co robić dalej – nie wracamy jeszcze na statek, jak początkowo ten i ów z naszego grona sugerował (a ja przyznam z dumą, że nie byłem wtedy ani „ten”, ani „ów”, bo ja byłem za kontynuacją naszego marszu!), ale jednak idziemy dalej, do samego centrum miasteczka, mając nadzieję, że tam już tak ponuro jak tutaj nie będzie. Ruszyliśmy więc… I co..?
No i niestety nasze optymistyczne oczekiwania z panującą tu rzeczywistością się rozminęły. Bo owszem, już po około pięciu minutach naszego marszu wreszcie zobaczyliśmy kogoś na ulicy, ale to jeszcze były widoki daleko odbiegające od tych, jakich można by się spodziewać w każdym południowoamerykańskim prowincjonalnym miasteczku, bez względu zresztą na kraj, w którym akurat się przebywa. Bo takie miasteczka zawsze tętnią życiem, gdy tymczasem tutaj… nadal pustki. A tak nie dzieje się nigdy bez wyraźnego powodu! Zatem, kiedy wreszcie w zasięgu naszego wzroku pojawiło się kilka osób, pomyśleliśmy sobie; „ufff, a więc miasteczko jednak żyje.” Od razu zrobiło nam się nieco lżej na duszy i poczuliśmy się dużo raźniej. Szkoda tylko, że były to odczucia tak krótkotrwałe.
A dlatego, że tylko gdzieniegdzie „na przyzbach” swoich domostw siedzieli ich mieszkańcy, pilnie nam się przyglądając, gdy obok nich przechodziliśmy, na ulicach pojawiali się przechodnie, ale jednocześnie zauważyć trzeba było, że bardzo nieliczni, bo sądząc po zwartej już w tym miejscu zabudowie, powinno ich jednak być znacznie więcej. I tutaj także, podobnie jak na „rogatkach”, większość domów miała szczelnie pozasłaniane okna. Co więcej, póki co nie natrafiliśmy jeszcze na ani jeden otwarty sklepik! Czyli owszem, widok kilkudziesięciu kręcących się tu osób dodał nam nieco animuszu oraz przysporzył nadziei na napotkanie tu jednak jakiejś normalności, ale to niestety nadal było dla nas czymś niepokojącym, wręcz irracjonalnym!
Tak, bo mimo wszystko, to wciąż jeszcze były pustki! Widać więc było wyraźnie, że „wieje tu strachem”, że tubylcy nie pochowali się w swych domach bez jakiejkolwiek potrzeby, widoki okolicy najwyraźniej o tym świadczyły. Cicho tu było i spokojnie, ale jednak przygnębiającej atmosfery nie sposób było nie zauważyć. Tak, krótko mówiąc, poczuliśmy wtedy prawdziwy strach, bowiem obrazy wyglądającego jak na północnoamerykańskim Dzikim Zachodzie nieomal wymarłego miasteczka, dokładnie takie, jak filmowe kadry spotykane w wielu hollywoodzkich westernach – a które to wówczas jako żywo stanęły nam przed oczyma – bardzo mocno przemawiały do naszej wyobraźni. Poczuliśmy wtedy, że tu naprawdę żartów nie ma! Tu wszystko może się wydarzyć! Na turystykę zatem raczej nie pora… Ot, co…
Co zatem robimy..? Odwrót..? Oczywiście, że tak. Nasza decyzja tym razem była już jednogłośna. Robimy w tył zwrot i wracamy do portu, nic tu po nas. Tylko… którędy? – złapaliśmy się nagle na tym, że przecież powrót na skróty drogą wiodącą kolejowymi torami, z uwagi na tę ewentualność napotkania „skaczących żmijek” (wszak jeszcze wtedy nie znaliśmy opinii naszego Agenta na ten temat), o której to z takim namaszczeniem nam wówczas wywodził nasz „oczytany” współzałogant, wcale nam do gustu nie przypadał. Ot, krótko mówiąc, już się nam nie uśmiechało iść „gęsim pochodem” z rozbieganymi z obawy oczkami. Zdecydowaliśmy zatem natychmiast (i ponownie jednogłośnie), że tym razem wybieramy się do portu drogą asfaltową. Czyli dłuższą, ale mówi się trudno, skoro nadal jeszcze jesteśmy pod sporym wrażeniem przeżyć towarzyszących nam podczas wędrówki w tę stronę, jak i również rzecz jasna tych z samego miasteczka.
Ruszyliśmy więc… I wcale nie powiem, że nie bez wyraźnej ulgi oraz – co tu dużo ukrywać – w dość wyraźnym pośpiechu. Na szczęście odszukanie tej prowadzącej do portu szosy żadnych trudności nam nie nastręczyło, już po kilku minutach więc „bardzo dziarsko” (ufff, ależ eufemizm) nią maszerowaliśmy. Zanim jednak jeszcze na nią natrafiliśmy, podczas wychodzenia ze ścisłego centrum miasteczka pilnie i z dużą ciekawością dookoła się rozglądaliśmy, pragnąc „złapać” jeszcze na odchodne kilka jego obrazów i muszę przyznać, że to, co wówczas jeszcze zdążyliśmy zauważyć, było naprawdę niezwykle interesujące i godne najwyższej uwagi.
W zasięgu naszego wzroku przemknęły bowiem jeszcze jakieś boczne mijane przez nas uliczki, których wygląd w obecnej sytuacji oczywiście do zapuszczania się w ich głąb nie zachęcał, ale i jednocześnie ogromnie intrygował. Bo były to w większości uliczki bardzo wąskie (ba, wręcz tak ciasne, że mógł się na nich odbywać jedynie ruch pieszy, o żadnych samochodach w nich mowy nie było), wyznaczone przez stojące naprzeciw siebie pierzeje niewysokich i bardzo skromnie pobudowanych domków, niestety również z pozamykanymi „na cztery spusty” drzwiami i oknami, jednakże ich spora ilość oraz powywieszane ponad nimi tu i ówdzie kolorowe szyldy z nazwami mieszczących się tu lokalików, wyraźnie świadczyła o tym, że to właśnie tam koncentruje się wieczorne towarzyskie życie mieszkańców tegoż miasteczka.
Wszakże, sądząc po sporym zagęszczeniu w tych miejscach prowadzących wprost na ulice drzwi, jak i również tych znajdujących się w ich pobliżu różnorakich napisów (zarówno na wspomnianych szyldach, jak i wymalowanych bezpośrednio na murach domów), domyślaliśmy się, że w okresie spokoju musiały to być bardzo często odwiedzane i rojne zaułki, posiadające zapewne niezwykle specyficzną atmosferę. Tak, bowiem wyobraźnia właśnie takie obrazy nam na myśl przywodziła.
Widoki znajdujących się od siebie w odległości dosłownie kilku metrów wejściowych drzwi do kolejnych sąsiadujących z sobą lub będących tuż na przeciw siebie lokali, dokładnie takie skojarzenia na myśl przywoływały, a kiedy w pewnym momencie powodowani ogromną ciekawością do wylotu jednej z takich uliczek mocno się przybliżyliśmy i nieco w jej głąb zajrzeliśmy, to już byliśmy pewni prawdziwości swoich domysłów. „Ach, tylko westchnąć i pożałować, że niestety nie możemy tutaj z dobrodziejstw tak oryginalnych miejsc skorzystać.” – myśleliśmy wtedy sobie z ogromnym żalem.
Ale uwaga, uprzedzę nieco fakty, by powiedzieć: co się odwlecze to nie uciecze. Mieliśmy bowiem później okazję tu ponownie zawitać - rzecz jasna już w zupełnie innych „okolicznościach przyrody, to jasne – tylko że jeszcze wtedy, tegoż właśnie pierwszego wieczoru, nawet sobie o tym nie marzyliśmy. Sądziliśmy, że jest to jednak zupełnie niemożliwe, przemykając chyłkiem wzdłuż ścian domów głównej ulicy, w pośpiechu zdążając z powrotem do portu. A jednak..!
No tak, ale po kolei… Póki co, idziemy wciąż jeszcze szybkim krokiem w kierunku portu, pełni rozczarowania, niepewności i zwykłego strachu. Powrotna droga była oczywiście dużo dłuższa od naszego „kolejowego skrótu”, jednakże okazała się wcale nie aż tak długa, by jej nawet w dość rozsądnym czasie nie pokonać, zjawiliśmy się więc u portowej bramy dość szybko. A tam… Niespodzianka…
Bo oto, kiedy już na teren portu wstąpiliśmy, usłyszeliśmy nagle biegnące wyraźnie od strony naszego statku dźwięki dość głośnej muzyki, a kiedy minęliśmy już zasłaniające nam przez pewien czas keję portowe magazyny, wychodząc na wolną przestrzeń, od razu domyśliliśmy się w czym rzecz. Mianowicie, na końcu tego nabrzeża, już na samym jego wrzynającym się w wody zatoki szczycie siedziało około 20 osób… przy palącym się tam ognisku (!), popijających piwko i podjadających coś z trzymanych w rękach talerzy. Naprzeciwko naszego statku natomiast stał zacumowany jeszcze jeden drobnicowiec, biorący stąd podobnie jak my ładunek bawełny, a który w międzyczasie, gdy my byliśmy w miasteczku, tutaj się pojawił.
Jak już niebawem się okazało, był to statek pod banderą włoską, z całą włoską załogą, która to właśnie natychmiast po zacumowaniu wyległa gremialnie na keję w celu urządzenia sobie tutaj pikniku przy ognisku, zapraszając przy okazji „do stołu” także i załogę przygodnie tu napotkanego, a stojącego ledwie kilkanaście metrów dalej statku, czyli naszego, z czego rzecz jasna skwapliwie skorzystano i w efekcie zrobiło się na szczycie kei, tuż przy samej wodzie, niezwykle rojno i wesoło. I nie muszę chyba dodawać, że my również natychmiast do tegoż grona dołączyliśmy, prawda..?
Eeech, tylko westchnąć, moi drodzy – z wielkim żalem i rozczarowaniem. Tak, tylko westchnąć i… pozostaje już chyba jedynie rozpłakać się rzewnie na samo wspomnienie – już nie tylko konkretnie akurat tego, ale i także wielu innych podobnych temu wieczorów. Ależ wówczas było fajnie, wprost cudownie! Relaks jak się patrzy, pełną gębą. Czy ktoś z młodych adeptów marynarskiej profesji może teraz sobie w ogóle wyobrazić to, że kiedyś takie wydarzenia naprawdę były możliwe? Że to się rzeczywiście działo?! A tak przecież było! Owszem, takowe spotkania i organizowane „pod chmurką” pikniki nie były naszą portową codziennością, o nie, co to to nie, bywały raczej wydarzeniami dość rzadkimi, ale ja pragnę wam przekazać myśl, że to w ogóle było wykonalne, kiedy tylko jakaś załoga postarała się w sprzyjających okolicznościach coś podobnego zorganizować. No cóż, zupełnie inaczej, niż to ma miejsce obecnie…
Siedzieliśmy sobie wtedy razem z tymi Włochami aż do późnej nocy, sącząc polskiego „Żywca”, którego kilka kartonów nasze Dowództwo hojną ręką natychmiast na keję zaordynowało, zajadając pieczone kiełbaski oraz… ryby, które – uwaga! – dosłownie na bieżąco były na nasz „wspólny stół” dostarczane przez tych załogantów, którzy w międzyczasie, siedząc wśród nas wszystkich ale jednak bliżej wody, przy okazji je swoim wędkarskim sprzętem wyławiali. Wszelkie zdobycze były więc na bieżąco w kuchniach obu naszych statków obrabiane i albo jeszcze tam smażone, albo z powrotem na keję w stanie świeżym przynoszone, by je potem można było piec w ogniu na specjalnych rusztach, których – jak się okazało – włoska załoga miała u siebie pod dostatkiem. Świetne były!
Ależ to była wspaniała imprezka! Właśnie to – czyli wspomnienie takiego wydarzenia – jest takim prawdziwym i namacalnym dowodem tego, jak wielkie zmiany nastąpiły w naszym, niegdyś naprawdę całkiem przyzwoitym i znośnym marynarskim życiu. Aż łza się w oku kręci, gdy się takie epizody wspomina. Tak, łza – bo w istocie jest czego żałować, nieprawdaż? Czyż sami tego nie widzicie..?

W następnym odcinku nieco refleksji na ten temat, OK..?
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
louis
louis
zwiedził 75% świata (150 państw)
Zasoby: 519 wpisów519 60 komentarzy60 574 zdjęcia574 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
01.02.2019 - 01.02.2019
 
 
30.01.2019 - 30.01.2019
 
 
29.01.2019 - 29.01.2019