Geoblog.pl    louis    Podróże    Salwador - Cutuco    Salwador - Cutuco-3
Zwiń mapę
2019
05
sty

Salwador - Cutuco-3

 
Salwador
Salwador, Cutuco Wharf
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 50 km
 
Te wspomniane „refleksje”…

Wszakże, po pierwsze – pokażcie mi jakikolwiek port na naszym świecie we współczesnych nam czasach, w którym załogi dwóch stojących tam statków mogą sobie aż tak samowolnie rozpalić ognisko na kei! W dodatku zupełnie się uprzednio o jakąkolwiek zgodę nikogo nie pytając. Ot, po prostu, wyszły sobie te załogi w nieco ustronniejsze miejsce (bo przecież to oczywiste, że nikt rozsądny na palenie ognisk w niewielkiej odległości od statków nigdy by nie pozwolił, toż to już by była wręcz niewiarygodna przesada!) i biesiadują sobie w najlepsze, ale rzecz jasna nikomu innemu przy tej okazji nie przeszkadzając. Ot, spokojny wieczorny relaks i tyle. A dodam jeszcze, że oczywiście nikt z władz portowych nic przeciwko temu nie miał – mało tego, dwóch wyższej rangi jegomościów z pobliskiego biura nawet nas później swą obecnością zaszczyciło, do naszej wesołej kompanii dołączając. Ufff, i komu to na świecie przeszkadzało..?
Po drugie – pokażcie mi taki port we współczesnym nam świecie, w którym można sobie – ot, tak po prostu – rozsiąść się na brzegu i łapać sobie dowolną ilość miejscowych rybek, krewetek i krabów, również o żadną zgodę miejscowych władz się nie pytając! No, kto mi na to odpowie..? No przecież dziś prawie wszędzie jest to surowo zabronione, a wielokroć jest tak, że gdyby nawet wolno było to robić (a wciąż jeszcze gdzieniegdzie wolno, na przykład w Indii czy w Pakistanie), to i tak nie byłoby po prostu czego z tych brudnych portowych basenów czy okalających porty zatok wyciągać z racji tego, iż prawie całe życie zostało tam niezwykle skutecznie unicestwione różnorakimi chemicznymi substancjami oraz miejskimi ściekami. Już o wszelkiego typu produktach ropopochodnych nie wspominając, jako że wielokrotnie zdarza się, iż złowiona gdzieś rybka tak śmierdzi olejami, smarami i paliwem, że na jakąkolwiek jej konsumpcję nikt rozsądny przenigdy by się nie zdecydował. A takie zatrucie morskich wód jest w obecnych czasach zjawiskiem niestety powszechnym! Proszę mi wierzyć, że widok wody w niektórych światowych portach może każdego kochającego przyrodę człowieka dosłownie „wpędzić do grobu”..! Powiedzieć „zgroza”, to naprawdę zbyt mało...
Po trzecie – a pokażcie mi takie współczesne statki, których nieliczne już dziś załogi mogłyby w ogóle coś takiego zorganizować! Niby kiedy..? Podczas pracy przecież zrobić tego nie można, to jasne, a w wolnym od niej czasie wszyscy na potęgę gnają do swoich kabin, by tę kilkunastogodzinną orkę po prostu odespać. Bo któż by dzisiaj miał czas na takie fanaberie, nawet gdyby było na to odpowiednie miejsce..?
Po czwarte – alkohol wynoszony ze statku i na terenie portu „pod chmurką” konsumowany..!??? Rety, toż dzisiaj na taką wiadomość wielu przedstawicieli portowych władz po prostu by się szczerze uśmiało, mając to za wieści wprost z kosmosu – nikt by czemuś takiemu nawet wiary nie dał..! Ależ! Gdzież to dzisiejszymi czasy jest to w ogóle możliwe..?! Przecież obecnie już niczego na terenach portów robić nie wolno! Żadnej samowoli, żadnych własnych inicjatyw i pomysłów! Won do roboty, panowie marynarze, i niech się wam nawet nie śni o spędzaniu swego wolnego czasu w tak awanturniczy sposób!
Piwo na kei? Też coś! To nic, że w ustronnym miejscu, na uboczu, ale... nie wolno i już! Dozwolona jest tylko praca, służba i wieczna czujność, każde odstępstwo od tych zasad jest po prostu podejrzane! Niechże się nikt więc z podobnymi inicjatywami nie wychyla, bo takie wydarzenia to tylko kłopot, w dodatku bardzo skutecznie dezorganizujące wszelkie ustalone już odgórnie standardy pracy portów, z osobistymi zachowaniami się robotników i marynarzy włącznie! Bo dziś te „ludzkie trybiki” w machinie Światowej Żeglugi mają przypominać klony, i już! Ot, co... I niestety z dnia na dzień właśnie tak się dzieje - coraz bardziej je przypominają. Smutne, ale prawdziwe – dziś na morzu kumpli już nie ma, są tylko współpracownicy. W dodatku załogi są już z reguły wielonarodowościowe, co oczywiście niezwykle skutecznie wyklucza wszelką międzyludzką komitywę. Priorytet – praca i trzeźwość.
No cóż, moi drodzy… Jak widać, wciąż jestem w tej kwestii niepoprawny, nieustannie przy każdej nadarzającej się okazji do tego tematu nawiązując. Zatem kończę już ten wątek i tę ponownie niezwykle długaśną dygresję, by przejść wreszcie do dalszych opisów.
Czyli do wydarzeń dnia następnego. A co wówczas było..? Otóż, mecz..! Tak, piłkarski mecz pomiędzy naszymi załogami, czyli mówiąc w skrócie: Wielki Mecz Polska-Włochy pod salwadorskim niebem. Bo jeszcze poprzedniego dnia, właśnie podczas naszej wspólnej biesiady, na takie spotkanie się umówiliśmy.
Dosłownie ze sto co najwyżej metrów od portowej bramy mieściło się piłkarskie boisko. Dość gęsto wprawdzie zarośnięte trawą, jednakże nie aż tak wysoką, ażeby nie dało się po niej pobiegać i pokopać piłeczki. Toteż, skoro już ten wręcz wymarzony do rozegrania takiego meczu placyk w naszym sąsiedztwie się znalazł, to niby dlaczego by z takiej sposobności nie skorzystać? I tak oczywiście się stało. Późnym popołudniem ponownie wszyscy razem zebraliśmy się „do kupki” i poszliśmy na to boisko trochę się wyhasać, zaś przy okazji – a jakże! – ponownie sobie gdzieś zasiąść, tym razem już na zielonej trawce i pobiesiadować.
Zatem dokładnie w tym właśnie celu znowu „uzbroiliśmy się” w odpowiednią ilość „browarnianego napitku”, Włosi natomiast ze swej strony zrewanżowali się przewspaniałym – ich rodzimej produkcji, rzecz jasna – czerwonym winem. I tak oto właśnie kolejne popołudnie i wieczór spędziliśmy w doskonałej, wręcz sielskiej atmosferze. Żyć nie umierać…
Boisko to okazało się do gry całkiem wygodne, nie powiem, chociaż znajdujące się tu bramki dość mocno odbiegały od pożądanego przez nas poziomu, jako że składały się jedynie z samych słupków, żadnych poprzeczek już na nich nie było. A poza tym, już po pierwszym soczystym strzale, po którym właśnie w taki słupek piłka trafiła, owo rachityczne ustrojstwo z wielkim wdziękiem na ziemię się obaliło, w dodatku… przełamując się jeszcze na dwie części, odsłaniając przy tym swoje puste wnętrze, w którym aż roiło się od mrówek! No cóż, okazało się więc, że akurat ten słupek stanowił dla tych owadów dom, a my to specyficzne mrowisko po prostu w ten sposób zniszczyliśmy. Ot, ciekawostka – drewniany słupek piłkarskiej bramki pełen mrówek, które w jego środku powydrążały sobie korytarzyki swojego oryginalnego domostwa. Rzecz jasna zaraz po tym odkryciu sprawdziliśmy pozostałe trzy słupki, ale one jednak okazały się konstrukcjami całkiem solidnymi, do których już żadne inne zwierzątka się nie wwierciły, by się tam osiedlić.
Sam mecz zbyt wysokim poziomem niestety nie imponował – bez bicia się też przyznaję, że wtedy naprawdę nie był to mój dzień, szło mi po prostu bardzo źle – ale przecież nie o to w tym wszystkim chodziło, czyż nie..? Wszak relaks był naszą sprawą numer jeden, a nie jakieś tam ambitne sportowe wyczyny, dlatego też na tym boisku zbytnio wysokimi umiejętnościami nikt nie grzeszył, nawet Włosi. Owszem, serce na murawie zostawialiśmy – na marginesie dodam, że był remis 2:2 – ale jednak w miarę upływu czasu, a co za tym idzie, wraz z rosnącym z minuty na minutę zmęczeniem, coraz to częściej rzucaliśmy tęskne spojrzenia w kierunku zarośli, w którym to miejscu – w cieniu rzecz jasna – pozostawiliśmy „na zaś” nasze szlachetne napoje. Tak więc, kiedy już naszą grę zakończyliśmy, kolejny raz ze świadomością pełnego i niczym nieskrępowanego luzu sobie pobiesiadowaliśmy, wygodnie rozkładając się na trawie.
Szkoda tylko, że trwało to niestety dość krótko, albowiem… W pewnym momencie… krzyk! Jeden z moich kolegów ze statku poderwał się raptownie z tej łączki drąc się wniebogłosy jak opętany, a ja przyznam, że w tejże chwili naprawdę dość solidnie się przestraszyłem. Nie tylko ja jeden zresztą, bo po reakcji innych wnioskowałem, że takie zachowanie naszego Motorzysty wynika być może z tego, że zauważył on nagle coś bardzo niebezpiecznego – ot, na przykład jakichś uzbrojonych ludzi w naszym pobliżu – więc zapewne wielu z nas w pierwszym odruchu pomyślało, iż to jacyś guerillas (wszak nadal jeszcze byliśmy pod wrażeniem wczorajszych widoków z miasteczka), ale już po tej pierwszej chwili, kiedy to „zastrzyk adrenaliny” mocno mną wstrząsnął, przyszła kolej na lepszą orientację w czym rzecz. Mianowicie, nasz kolega po prostu gwałtownie i w panice z czegoś… się otrzepywał. Plecy, brzuch i nogi… Czochrał się po głowie iście po wariacku… No co jest..?
No właśnie… Wszyscy odruchowo spojrzeliśmy w dół, koncentrując naszą uwagę w gęstwinie trawy, na której siedzieliśmy, a tam… Ufff..! Prawie wszyscy natychmiast poderwaliśmy się na równe nogi! Ależ tam była menażeria..! Pomiędzy źdźbłami tej trawy łaziło sobie spokojnie wszystko to, co tylko można by uznać za najpaskudniejsze stworzenia na całej naszej planecie. O zwykłych mrówkach już wspomniałem, nie będę się więc powtarzał, zwłaszcza że akurat one wydawały się w tym gronie najsympatyczniejsze, ale ich współmieszkańcy tej łąki, to już były prawdziwe obrzydliwe monstra! Małe, ale wręcz przeohydnie wyglądające! A już zwłaszcza dwa gatunki z nich – jakieś okropnie długie wije, wyglądające trochę jak nasze dżdżownice, ale z nóżkami (!) oraz coś bardzo włochatego i niezwykle ruchliwego, coś podobnego do naszej stonogi, tyle że nieco większe i… niezwykle liczne! Peeeełno… Brrr…
Dodam tylko, że od tej chwili już dokładnie każdy z nas, Włosi także, czochrał się nerwowo po całym swoim ciele, otrzepywał się nieustannie, choć de facto wcale tych robali na nas nie było – one owszem, w ogromnie licznym gronie w trawce sobie wędrowały, ale jednak rzadko który z nich na nas właził. Jednakże któż to wówczas mógł wiedzieć? Nasze reakcje były więc takie, jakie były. Ot, co… Chwilkę później wszyscy jak jeden mąż rączym biegiem skierowaliśmy się ku portowej bramie. Koniec biesiady…
Ufff, jak to dobrze więc, że o obecności tych stworów nie wiedzieliśmy wcześniej, bo z całą pewnością na taki mecz byśmy się już w tym miejscu nie zdecydowali, a tak to przynajmniej jest co powspominać, bo wesoło rzeczywiście było.
Kiedy dotarliśmy już do portowej bramy, to tam z kolei spotkała nas następna niespodzianka, mianowicie, usłyszeliśmy nagle, wyraźnie od strony miasteczka dobiegające odgłosy wystrzałów, całe ich serie. Była to wręcz kanonada, a my rzecz jasna w tej samej chwili znowu od razu pomyśleliśmy o rzeczonych guerillas, że zapewne coś niedobrego się w La Union dzieje! Rozglądaliśmy się więc po sobie niepewnie – nie powiem, że struchleliśmy, ale jednak dość spora obawa na naszych obliczach się malowała, to pewne – lecz na szczęście trwało to tak krótko, że na ewentualny prawdziwy strach spowodowany tymi podejrzeniami nawet nie było czasu. A dlatego, że natychmiast zobaczyliśmy reakcję portowych strażników, którzy rozlewając się w szerokich uśmiechach od razu nas skwapliwie poinformowali, że to „ejercito” – czyli do miasteczka właśnie dotarły oczekiwane tam wojskowe oddziały. A ta kanonada, to po prostu było zwykłe strzelanie w powietrze na wiwat - ot, z radości jasna sprawa.
Owi strażnicy na portowej bramie przy tej okazji od razu też nas zachęcali do wyprawy do miasta, bo z pewnością dziś, jutro i być może jeszcze kilka kolejnych dni będzie tam naprawdę wesoło. „Warto iść” – namawiali gorąco, co oczywiście spotkało się z naszym natychmiastowym pozytywnym odzewem. „No jasne, że warto! Bez dwóch zdań tam pójdziemy!” – odpowiedzieliśmy na owe dictum. W tej chwili znowu wszyscy popatrzeliśmy sobie głęboko w oczy, które to spojrzenia były „już same przez się” zrozumiałe. Idziemy, a jakże – dzisiaj jest już zdecydowanie za późno, ale jutro następna wyprawa! A ja ucieszyłem się, że akurat w tym czasie będę wolny, jako że moją następną służbę na pokładzie zaczynać będę dopiero pojutrze o ósmej rano. Dobra nasza..! Niech żyje wolność…
A zatem, zgodnie z naszymi ustaleniami, następnego dnia już około godziny 16 (czyli po duuużo wcześniejszej kolacji) wyruszyliśmy w wyprawę do La Union. I ponownie uczyniliśmy to „ w silnej grupie”, której skład zresztą był nieomal taki sam jak przedwczoraj. A którędy do miasteczka podążaliśmy, jak sądzicie? No oczywiście, że na skróty kolejowymi torami, jako że w tym dniu byliśmy już bogatsi o wiedzę dotyczącą tych rzekomych „skaczących żmijek”, toteż żadnych specjalnych przeszkód dla naszej wędrówki po torach tym razem nie było. Bo teraz to nawet i gęsiego nie szliśmy oraz rzecz jasna już bez rozbieganych wszędzie dookoła przestraszonych oczu, ale już spokojni, rozbawieni, roześmiani, choć oczywiście też pełni zaciekawienia i nadziei na miłe spędzenie tego wieczoru. I nie omyliliśmy się, bo tym razem było rzeczywiście ciekawie. Ba, mało powiedziane – było nad wyraz ciekawie..!

Ciekawie było..? No to oczywiście pora na odcinek następny…
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
louis
louis
zwiedził 75% świata (150 państw)
Zasoby: 519 wpisów519 60 komentarzy60 574 zdjęcia574 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
01.02.2019 - 01.02.2019
 
 
30.01.2019 - 30.01.2019
 
 
29.01.2019 - 29.01.2019