Geoblog.pl    louis    Podróże    Salwador - Cutuco    Salwador - Cutuco-4
Zwiń mapę
2019
05
sty

Salwador - Cutuco-4

 
Salwador
Salwador, Cutuco Wharf
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 50 km
 
A zaczęło się od tego, że gdy doszliśmy już do pierwszych zabudowań miasteczka, to natychmiast rzuciły nam się w oczy widoki, których tutaj poprzednio zupełnie nie było. Mianowicie, wszędzie dookoła, gdzie by nie spojrzeć, uliczny ruch i duża liczba przechodniów. W tym momencie zdaliśmy sobie zatem sprawę z tego, jak bardzo miejscowa społeczność kierowała się wówczas strachem, przed całkiem realnym zagrożeniem jak widać, skoro obecny wygląd miasteczka aż tak mocno kontrastuje z tym przedwczorajszym. Okna w domach były poodsłaniane, drzwi pootwierane, zaś na ulicach panował zwykły codzienny ruch. Czyli, jak ponownie mogliśmy się na swoje własne oczy przekonać, ówczesna sytuacja w Salwadorze była naprawdę bardzo napięta, natomiast niebezpieczeństwo wynikające z możliwości zaistnienia ewentualnych zbrojnych starć wojska z rebeliantami wcale nie wydumane.
Tak, to się działo naprawdę, to nie był film! My natomiast jesteśmy teraz w samym sercu tych potencjalnych wydarzeń, które na całe szczęście nas wówczas ominęły, dobry los sprawił, że przeżywanie takich wydarzeń nie było nam dane. Ale przynajmniej mieliśmy okazję zobaczyć wtedy oblicze prawdziwego ludzkiego strachu. I przyznam szczerze, iż ja osobiście byłem wówczas tym niezwykle wyrazistym kontrastem wyglądu tegoż miasta sprzed dwóch dni a obecnym, nieco zszokowany.
No cóż, poczytajcie dalej, a zapewne zbytnio tym słowom dziwić się nie będziecie. Bo oto minęliśmy już „rogatki” miasteczka i wchodzimy do jego centrum. I co widzimy..? Otóż, jeśli napiszę, iż zobaczyliśmy wtedy pełne ludzi ulice i normalną ludzką krzątaninę, to oczywiście już was tym nie zaskoczę, ale… jeżeli napiszę, że niektóre z obserwowanych widoków w sposób wręcz astronomiczny mnie zaszokowały, to już z pewnością tak, prawda..? Bo tak rzeczywiście było! Wszak mogę powiedzieć tylko jedno – jakżeż odmienny obraz tego miasteczka mamy teraz przed swoimi oczyma! Bo ono nie tylko że tętniło życiem, że JUŻ żyło, ale… JAK żyło..! Tak, moi drodzy, bowiem takich widoków co wówczas było mi dane podziwiać, to ja nawet i w samej Brazylii czy Wenezueli – aż dotychczas, czyli do chwili, w której niniejsze słowa piszę – jeszcze nigdy w życiu nie widziałem! I podejrzewam też, że zapewne nigdy czegoś podobnego już nie ujrzę. Ot, po prostu, jak na mój gust, to należałoby nawet rzec, iż to się dosłownie w głowie nie mieści! Co, poczuliście się zaintrygowani..? Jeśli tak, to jadę z opisami dalej…
O co więc chodzi..? Co mnie wtedy aż tak mocno zdumiało..? Otóż, te boczne wąskie uliczki, o których wcześniej wspominałem, a w których wówczas było cicho i spokojnie, wręcz grobowo, gdzie wszystkie okna i drzwi były pozamykane, a przemykających tam ludzi można było policzyć na palcach jednej ręki. Bo oto dzisiaj te zaułki przypominały pełne pszczół ule, jako że aż tak dużo się tam osób kręciło. Zewsząd słychać było głośną muzykę, drzwi wszystkich lokalików były zachęcająco na oścież pootwierane, zaś od wojskowych mundurów tam aż się roiło. Czyli, krótko mówiąc, miasteczko odżyło, a zabawy trwały na całego. Zaułki te żyły w iście niewiarygodnym tempie.
A co my na to..? No, wiadomo! Jazda w głąb tych zaułków! Przyłączyć się do tej sielanki, znaleźć sobie jakieś przytulisko, by raczyć podniebienia miejscowym zimnym piwem oraz uszy skoczną latynoską muzyką. Zanurkowaliśmy więc szybko w tę ludzką ciżbę, rozpoczynając nasze poszukiwania odpowiedniego miejsca na bezpieczne „zakotwiczenie”. Jednakże, kiedy już w jednej z takich ciasnych uliczek zorientowaliśmy się jak bogata jest tutaj oferta, w pewnym sensie będąc nawet zaskoczonymi mnogością czekających tu na nas atrakcji, to od razu zgodnym chórem postanowiliśmy, że nie będziemy nigdzie się zbyt długo zasiadywali, ale jednak wpadać będziemy do kolejnych knajpek na tylko jedno piwo, by po jego skończeniu wybrać się dalej – a zatem robić tak, aby skorzystać tego wieczoru z jak największej oferty tego miasteczka. Poznać tutejszą atmosferę „od podszewki” i pokręcić się po jak największej ilości tych niewielkich barów, chłonąc ten nastrój i całkowicie wtapiając się w wieczorne życie tego miejsca. I tak właśnie uczyniliśmy.
Ech, mówię wam, istny cymes..! Dosłownie wszędzie było wprost rewelacyjnie, relaks z „najwyższej marynarskiej półki”. Każdy bar był typową „knajpką z duszą”, natomiast - jeszcze na dokładkę – w niektórych z nich spotykały nas zupełnie nieoczekiwane atrakcje w postaci widoków... no… yyyyy, ejże, ejże, panie autorze – stop..!
Hm, przyznam szczerze, że się w tej chwili mocno zawahałem. Ba, ugryzłem się w język nawet (czyli w klawiaturę komputera), ażeby przypadkiem zbytnio się w swych opisach nie zagalopować, zanim tego dokładnie nie przemyślę. Bowiem, no co tu dużo ukrywać, temat ten jest nieco „śliski”, chociaż wątek ten z całą pewnością należałby do jednych z najbardziej intrygujących, cóż więc robić..? Sądzę, że jednak powinienem go poruszyć i o tych sprawach coś napisać... a niech tam! Wszak nie ma czego ukrywać i sobie żałować, bo przecież tak po prostu tam było, a wy – jak mniemam – również „takowymi tematami” co pewien czas chcielibyście być uraczani, nieprawdaż..? Prawdaż! No to kontynuuję...
…spotykały nas zupełnie nieoczekiwane atrakcje w postaci widoków kręcących się pomiędzy stolikami w tychże knajpkach… mocno roznegliżowanych miejscowych „piękności nocy” – panienek w swej większości jeszcze bardzo, bardzo młodych, ale już uprawiających „najstarszy zawód świata” w miejscowych lokalach, w których – a jakże, przecież to Południowa Ameryka – znajdowały się na ich poddaszach lub gdzieś na zapleczu „gościnne pokoiki”, oczywiście dla amatorów nocnych z tymi dziewczętami spotkań.
Tak, wiem – zapewne ten i ów z W.Sz.Czytelników skrzywił się w tym momencie z niesmakiem, oceniając moje obiekcje dotyczące poruszania tego tematu za zbyt przesadzone. No bo przecież cóż w tym nadzwyczajnego, że wspominam o kręcących się w tych knajpkach „nocnych panienkach”? Dyć to w takowych miejscach jest południowoamerykańskim standardem, czymże się więc tu aż tak bardzo krępować, że aż musiałem cały akapit poświęcić swoim wahaniom, czy pisać o tym, czy też może jednak lepiej nie..? A mało to takich widoków nieomal w każdym podobnego typu lokalu..?
No cóż, spieszę więc natychmiast z wyjaśnieniem, iż użyte przeze mnie powyżej określenie „mocno roznegliżowanych” w odniesieniu do co niektórych z tychże muchachas, zbyt mało jeszcze oddaje stan ich aktualnego odzienia, ponieważ wiele z nich było wtedy po prostu całkowicie nago! Co do joty! Możecie więc sobie wyobrazić jak to wszystko w istocie wyglądało..? Hmm, powtórzę zatem jeszcze raz – szok, istny szok! A co, czyżby to na taką właśnie ocenę nie zasługiwało?
Bo pomyślcie sobie sami – proszę łaskawie ruszyć swoją wyobraźnią. Otóż, wchodzicie sobie do którejś z takich przytulnych, a mieszczących się w tych niezwykle ciasnych uliczkach knajpek, siadacie przy stoliku, zamawiacie piwo i sobie je najspokojniej w świecie przy dźwiękach świetnej muzyki i w gwarze rozmów popijacie. Aż tu w pewnej chwili wychodzi sobie „z jakiegoś tam zaplecza” całkowicie gołe dziewczę (!) i nawet bez cienia skrępowania chodzi sobie po sali, co pewien czas… do któregoś ze stolików się przysiadając! Ot, na przykład do tego, przy którym właśnie wy siedzicie.
Taka całkiem rozebrana dziewczyna dosiadła się komuś do stolika oczywiście w wiadomym celu – głównie po to, by „upolować” następnego klienta do „wycieczki na poddasze”, a jej aktualny strój (czyli de facto jego całkowity brak) mocno jej w tych łowach pomaga, jako że natrafiwszy na jakiegoś mniej na aż tak obcesowe widoki odpornego faceta, ma go już od razu „jak na tacy”. To raz…
A dwa… Jedna z takich panienek, która również i do naszego stolika się dosiadła, na nasze zapytanie o powód jej całkowitego roznegliżowania, z rozbrajającą szczerością odpowiedziała: „a bo to mi się opłaca ubierać w przerwach między kolejnymi klientami? Czasu szkoda.” No cóż, akurat tego – czyli logiki, jak również i praktyczności – takim dziewczynom odmówić nie można.
Tego wieczora kilka razy zatem bywało tak, że spędzaliśmy w którejś z knajpek czas przy kolejnym piwie w towarzystwie siedzących razem z nami całkowicie gołych dziewczyn, które zresztą – i to trzeba uczciwie im wszystkim oddać – wcale się namolnie nie zachowywały, ani trochę. Ot, dosiadła się nagle „taka jedna z drugą” i poprosiła o postawienie jej piwa lub jakiegoś drinka, oferując jednocześnie jasno i wyraźnie swoje usługi, ale w wypadku odmowy wcale się nie narzucała i nie wygłupiała się na przykład z rzucaniem komuś na szyję lub siadaniem na kolana, ale grzecznie sobie siedziała, próbując z aktualnymi współtowarzyszami biesiady nawiązać jakąś luźną rozmówkę. Tyle że oczywiście całkiem nago. Ufff, no szok..!
Z tym że – i to muszę wyraźnie podkreślić – akurat to nie było zjawiskiem powszechnym, o nie. Żebyście sobie czasem nie pomyśleli, że w salwadorskich miasteczkach dziewczyny na golasa po lokalach biegają, co to to nie! Zdecydowana większość z tych panienek była rzecz jasna odziana normalnie (no powiedzmy, jak na knajpiane standardy oczywiście), jednakże właśnie te całkowicie gołe – co absolutnie oczywiste – natychmiast najbardziej rzucały się w oczy. Co rzecz jasna nie zmienia faktu, że już sama obecność takich pań powodowała wręcz niezwykłą oryginalność takich miejsc, jako że… No właśnie – któryż z marynarzy nie chciałby tak od czasu do czasu przy piwie zawiesić oka na czymś aż tak bardzo intrygującym? O tak, było to bez wątpienia zjawiskiem niecodziennym, a i nawet samo piwo od razu zupełnie inaczej smakowało, bowiem w tak oryginalnym tle nawet ta lura, którą tam podawano zaczynała ten szlachetny napój choć trochę przypominać.
Co więcej, zdarzało się również i tak, że takowa panienka „w stroju Ewy” zupełnie bez jakiegokolwiek skrępowania potrafiła wyjść na ulicę (!) w celu zmiany lokalu – ot, po prostu wychodziła sobie z jednej knajpki, by po przejściu na drugą stronę tego zaułka zniknąć we wnętrzu knajpki następnej, a to wszystko oczywiście działo się na oczach przechodniów! Owszem, zaułki te były bardzo wąskie, odległość pomiędzy znajdującymi się naprzeciw siebie drzwiami dwóch sąsiednich lokali była rzędu co najwyżej 3-4 metrów, ale to jednak otwarta ulica, czyż nie? Zatem, już choćby tylko z tego powodu nasze zdziwienie częstokroć sięgało wręcz zenitu. No cóż, zdziwienie zdziwieniem, ale… zaciekawienie również. Ot, co…
Powiedzcie zatem sami, czy nie było to jednak aż nazbyt dziwnym zachowaniem? Czy mieliśmy więc prawo poczuć się tym zaszokowanymi? No owszem, taka rozwiązłość ma miejsce w wielu pod tym względem atrakcyjnych portach Ameryki Środkowej i Południowej, ale jednak z takimi widokami spotkałem się w moim życiu tylko jeden jedyny raz, właśnie tam, w salwadorskim La Union. Zdarzało mi się wprawdzie jeszcze kilkakrotnie spotykać się z podobnym zjawiskiem „biegającej na golasa po lokalu dziewczęcej młodzieży”, na przykład w Paranagua i w Manaus w Brazylii czy w wenezuelskiej Guancie, ale przecież tam nigdy nie było to na aż tak dużą skalę jak tutaj. Bo tam zawsze były takie okoliczności, które wyraźnie wskazywały na nienormalność tego zjawiska, to były po prostu pojedyncze wybryki podchmielonych osób, to były z całą pewnością przypadki odosobnione, natomiast to, z czym zetknęliśmy się w tym niewielkim miasteczku sprawiało wrażenie jednak czegoś zwyczajowego.
W tym miejscu mojej relacji, ten i ów W.Cz.Czytelnik zapewne bardzo zechciałby wypytać mnie o… nasze ówczesne zachowanie, czy my wtedy też z tych wręcz wciskających się w oczy „dobrodziejstw natury” nie korzystaliśmy. Ha, pytanie takie byłoby jak najbardziej sensowne, tylko że ja odpowiadam na nie tak: ja już nie raz na kartach niniejszych „Wspominek” wyraźnie podkreślałem, że o wyczynach moich kolegów w tej materii (ktokolwiek by to był i gdziekolwiek by się to nie działo) przenigdy nic wypisywać nie będę. Bo każdy mający się za uczciwego i lojalnego wobec kumpli marynarz nigdy nie pozwoli sobie na żadne tego typu donosicielstwo. Zatem o tzw. „ciąg dalszy” naszego szalonego wieczoru mnie już nie pytajcie, bo po prostu nie napiszę niczego, co by mogło w najdrobniejszy nawet sposób komukolwiek z czytelników tego tekstu umożliwić czyjąkolwiek identyfikację. A bo to ja mogę wiedzieć, co z tymi wypocinami w przyszłości stać się może? W jakie ręce nie daj Boże by wpadły..?
Bo podkreślam jeszcze raz – niniejsze „Wspominki” nie są beletrystyczną powieścią, one dotyczą wydarzeń prawdziwych, które naprawdę kiedyś miały miejsce. Przewijające się w nich osoby są ludźmi rzeczywistymi, z krwi i kości, a nie stworzonymi przez autora fikcyjnymi postaciami, jak więc miałbym teraz wyżywać się w swoim pisarskim zapale, podkładając komuś przy tej okazji jakąś potwornie wredną „świnię”..? O nigdy! Przenigdy! Na takie opisy zatem nie czekajcie, choć… jedno dopisać jednak mogę: było wtedy naprawdę wesoło, jak cholera! Tyle w temacie…
Acha, przypomniało mi się teraz nagle jeszcze coś, o czym jednak również napisać powinienem. No proszę, a już chciałem ten wątek zakończyć. Otóż, było wtedy tak wesoło, że w pewnym momencie w którejś z knajpek, biesiadujący obok nas miejscowi żołnierze w przypływie nagłej do nas sympatii (oczywiście z powodu „bycia pod wpływem procentów” również) zaproponowali nam… możliwość postrzelania (!) sobie z ich broni! Ot, tak na wiwat, w powietrze. Ale jaja! I jak myślicie, skorzystaliśmy..?
Ależ tak, oczywiście. Co prawda ja osobiście na ten „punkt programu” się nie załapałem – zresztą, prawdę mówiąc nawet tego nie chciałem – ale jeden z naszego grona natychmiast temat podłapał, wyraził chęć „wręcz ogromną”, co poskutkowało tym, że jeden z tych żołnierzy rzeczywiście dał mu ze swego karabinu na ulicy w powietrze postrzelać, z czego nasz kolega aż tak skwapliwie skorzystał, że energicznie wywalił w górę dosłownie cały magazynek! O rety! Oczywiście nie za darmo, kumpel musiał mu za to postawić aż trzy piwa i „jednego głębszego” drinka, ale jak sam stwierdził, opłacało się. Ufff, i co wy o tym sądzicie..? Toż to przecież totalna samowola i wprost niewiarygodne rozpasanie! No cóż, dziwny jest ten nasz świat. A przynajmniej taki był tam, w Salwadorze Anno Domini 1982.
Muszę się z dumą przyznać, że tamtego wieczora wróciłem na statek w stanie „całkiem do rzeczy”, wcale zbytnio „w czubie” nie miałem, co zresztą było efektem nie tylko słabości miejscowego piwa, ile bardziej… zasobności mojego prywatnego portfela, która powodowała, iż na zbyt wiele pozwolić sobie wówczas nie mogłem. Toteż poprzestać musiałem na tych zaledwie 6-7 szklanicach złocistego płynu. Ot, takie czasy… Wówczas nikt z nas specjalnie groszem nie śmierdział, zatem owymi skromnymi „siłami nabywczymi” musieliśmy niezwykle rozsądnie gospodarować – tak, aby jeszcze na inne porty mogły nam wystarczyć.
Następnego dnia, od 8 rano aż do 20-tej miałem swoją służbę na pokładzie, tak więc ten dzień mojego życiorysu już nie wzbogacił, czego rzecz jasna powiedzieć już nie mogę o innych - o moich kolegach, którzy ponownie gremialnie udali się do miasteczka w tym samym oczywiście celu – na „bailary”. Kilku z nich wróciło wtedy dopiero nad ranem, ale za to przeszczęśliwi, rozluźnieni i w pełni zrelaksowani, choć oczywiście niezupełnie po swych „baletach” trzeźwi. Z tym że tym razem już żadnej niebezpiecznej strzelaniny w powietrze w wąskiej uliczce w obecności przechodniów nie było.
Co więcej, podczas pobytu w tym właśnie lokalu, gdzie owo zdarzenie poprzedniego dnia miało miejsce dowiedzieli się, że tenże żołnierz został potem za to bardzo surowo ukarany, jako że przebywał wtedy na służbie, bo stąd właśnie wynikał fakt, że był wówczas uzbrojony. Wszak wszyscy inni żołnierze, którzy wtedy po tych zaułkach się pętali, żadnej osobistej broni przy sobie nie posiadali, to jasne. Ale dzięki temu przynajmniej zrozumieliśmy, iż tamten incydent nie był w tym kraju normą zachowań się uzbrojonych żołnierzy (no bo tego by jeszcze brakowało!), ale jedynie wynikiem totalnego rozochocenia się alkoholem i nieodpowiedzialności tego jednego konkretnego umundurowanego młodzieńca.

Koniec odcinka… Zapraszam do lektury następnego i już ostatniego…
louis
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
louis
louis
zwiedził 75% świata (150 państw)
Zasoby: 519 wpisów519 60 komentarzy60 574 zdjęcia574 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
01.02.2019 - 01.02.2019
 
 
30.01.2019 - 30.01.2019
 
 
29.01.2019 - 29.01.2019